Arivald z Wybrzeża
- Автор: Пекара Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:
– Przyjdę po ciebie – obiecał Arivald – no i przecież możemy się chwilę spóźnić – dodał łamiąc postanowienie, bo jednak dziewczyna była urocza.
Ilyenna uśmiechnęła się.
– Będę czekała – powiedziała i pocałowała czarodzieja prosto w usta.
Arivaldowi najbardziej podobało się wrażenie, jakie zrobiło to na Galladrinie.
Panienka siedział w wannie pełnej piany, a Velvelvanel z odrazą przeglądał w pokoju obok zawartość pełnej ubrań szafy. Lo wyraźnie zasugerował, iż jego strój nie jest odpowiedni, aby przybyć w nim na kolację, i stary czarodziej musiał znaleźć sobie inne ubranie. Przeklinał też strasznie (ale jednak pod nosem), bo wydawało mu się, iż cokolwiek włoży, będzie wyglądał jak sędziwy błazen. Arivald siedział przy stoliku i popijając wino, tłumaczył przyjaciołom sytuację. Oczekiwał też, iż pomogą mu w rozwiązaniu problemu ku zadowoleniu wszystkich.
– Mówisz więc, że blondynka jest wolna? – zapytał Galladrin. Arivald westchnął ciężko.
– Wolałbym, abyś skoncentrował się na innych aspektach tej kwestii – powiedział – i starał się myśleć za pomocą głowy, a nie innych części ciała. Zresztą masz żonę – dodał.
– Jak kot trzymał się jednej dziury, to zdechł – wulgarnie, choć nie bez cienia racji skwitował Galladrin. – Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal – dodał.
– Dużo znasz jeszcze takich ludowych mądrości? – zapytał Arivald. – Bo jeśli nie, to może zastanowimy się, jak z tego wybrnąć.
– Pakujmy się, zjemy kolację w domu – rzekł Velvelvanel.
Arivald westchnął ponownie. Okazało się, że pomoc przyjaciół było mu niełatwo uzyskać. Galladrinowi najwyraźniej uderzyła do głowy uroda gospodyń zamku, a stary czarodziej myślał tylko o powrocie i o tym, aby nie musieć dziś wieczorem paradować w tych zabawnych strojach, które mógł wybrać sobie z szafy.
– No co ty! – Galladrin obruszył się na Velvelvanela. – Ja nie mam nic przeciwko temu, by zostać tu tydzień czy dwa.
– Tydzień czy dwa?! – wrzasnął Velvelvanel. – Czy masz dobrze w głowie? Wiesz, co by nas czekało po powrocie?
– A co mnie to obchodzi? – Galladrin wzruszył ramionami. – I tak później wracam do siebie, a te stare pierdoły z Silmaniony nic mi nie zrobią. Poza tym rok, dwa i Arivald zostanie Wielkim Mistrzem.
– Nie zostanie – odezwał się chłodnym tonem Arivald – bo nie ma na to najmniejszej ochoty. I nie podoba mi się nazywanie czarodziei z Silmaniony starymi pierdołami.
– Szkoda, że nie słyszałeś, z jaką ochotą debatowali nad przyjściem ci na ratunek – mruknął złośliwie Galladrin. – Zresztą powiedzmy sobie szczerze: Silmaniona się kończy. Przyszłość jest na Wybrzeżu i w założonej przez ciebie filii Akademii. Za paręnaście lat w Silmanionie będzie tylko paru starców zajętych odkurzaniem książek i własnymi sporami.
– Oby tak nigdy się nie stało – rzekł poważnie Velvelvanel, przerywając poszukiwania.
Stary czarodziej co prawda nie przepadał za zwyczajami panującymi w Silmanionie, ale wiedział, czym może grozić cywilizowanemu światu jej upadek.
– A to niby dlaczego? – Galladrin zdmuchnął pianę, która osiadała mu na brodzie. – Sądzę, iż…
– Zamknij się! – Arivald postanowił być stanowczy. – Wysil swój intelekt, jeżeli w ogóle posiadasz coś takiego, aby nam pomóc. A jak nie umiesz pomóc, to siedź cicho i nie przeszkadzaj.
– Najlepiej wracajmy – powtórzy! Velvelvanel.
– Ty też się zamknij! – krzyknął Arivald z rozpaczą w głosie i postanowił odwiedzić Ilyennę. Była zdecydowanie milsza od jego przyjaciół. A poza tym świetnie się z nią porozumiewał. Nawet bez słów.
– Zacząłbym od tego – rzekł protekcjonalnym tonem Velvelvanel – by „wywiedzieć się, kim one są i skąd przybyły.
– Jasne! – Arivald strzelił się w czoło otwartą dłonią. – Że też mi to zupełnie wypadło z głowy. Masz zupełną rację.
– Gdzie idziesz? – zapytał Galladrin widząc, że Arivald kieruje się w stronę drzwi.
– Znaleźć odpowiedzi na kilka pytań – odparł czarodziej. – Spotkamy się na kolacji.
Ilyenna była bardzo stęskniona i bardzo uradowana, a Arivaldowi zajęło jakieś małe pół godzinki udowadnianie, iż nadal jest dla niego niezwykle ważna i w jego uczuciach nic się nie zmieniło. W końcu jednak mógł zacząć zadawać pytania.
– Moja droga – rzekł – darujmy sobie bajeczki o złym stryju i wygnaniu. Kim wy naprawdę jesteście i skądżeście się tu wzięły?
– Ależ Arivaldzie – obruszyła się Ilyenna – czyżbyś nam nie wierzył?
– Niestety, moja mała, nie wierzę wam za grosz. I muszę – podkreślił ostatnie słowo – znać prawdę.
Ilyenna ciężko westchnęła, a jej piersi uroczo zafalowały.
– Doprawdy, twoja nieufność zdumiewa mnie i budzi żal. Jak możesz myśleć, iż mogłybyśmy cię oszukiwać?
– Nie sądzę, abyście oszukiwały – odparł grzecznie Arivald. – Myślę, że puściłyście trochę wodze fantazji. Takie niewinne zmyślenia, prawda?
– Może to, co od nas słyszałeś, rzeczywiście było leciutko ubarwione – powiedziała po chwili namysłu – ale czy czasem fantazje nie są przyjemniejsze od rzeczywistości?
– Kiedyś trzeba jednak do niej wrócić.
– Och, zapewne masz rację, lecz rzeczywistość jest tak nudna i tak mało podniecająca! – Ilyenna znowu westchnęła i przytuliła się do Arivalda. – A może zanim zaczniemy poważne rozmowy, to…
– Nie, nie. – Arivald odsunął ją delikatnie, ale stanowczo. – Naprawdę nadszedł już czas na poważną rozmowę.
– Być może, przestaniesz mnie kochać, kiedy powiem ci prawdę – westchnęła Ilyenna i było to dosyć prawdziwie brzmiące westchnienie.
Czarodziej tym razem nie odpowiedział.
– A więc – zaczęła Ilyenna – jesteśmy naprawdę czarodziejkami…
To już Arivald wiedział, lecz cierpliwie czekał, kiedy dowie się czegoś nowego.
– …i zawsze wiedziałyśmy, iż naszym przeznaczeniem jest stać się władczyniami jakiegoś pięknego królestwa…
Na razie więc była mowa o pragnieniach i pobożnych życzeniach, ale przynajmniej Ilyenna zaczęła w ogóle mówić. To też był jakiś sukces.
– …niestety wychowywałyśmy się w bardzo nieprzyjemnym miejscu. Od dziecka byłyśmy uczone magicznych sztuk, ale nie miałyśmy serca do tych poważnych i nudnych ćwiczeń…
No cóż, to było widać po sposobie, w jaki próbowały rozbić zapory Arivalda i mistrza żywiołów.
– …znajdowałyśmy jednak liczne sposoby, by wyrwać się na wolność i zakosztować nieco bardziej ekscytującego życia…
Arivald już sobie wyobrażał, jak to mogło wyglądać.
– …ale zostałyśmy kilkakrotnie przyłapane na opuszczaniu naszej akademii, aż wreszcie – tu Ilyenna znowu głęboko westchnęła – wybuchnął dość poważny skandal…
Jeżeli Ilyenna nazywała coś poważnym skandalem, to rzeczywiście sprawa nie była błaha. Arivald wolał się nawet nie dopytywać, o co chodziło.
– …żeby tylko skończyło się na wyrzuceniu z akademii. Ale nie, naszej przełożonej to by nie wystarczyło. Uznała, iż zhańbiłyśmy szkołę i jej nauki, przysporzyłyśmy kłopotów i musimy zostać ukarane.
– A na czym miała polegać kara?
– Zostałyśmy odesłane właśnie tutaj, na nieokreślony czas. I przełożona powiedziała, że skoro przedkładałyśmy mężczyzn nad naukę, od tej pory będziemy zawsze pragnąć mężczyzn, a ci nigdy nie będą chcieli z nami zostać.
– A więc to klątwa! – krzyknął czarodziej.
– Chyba tak. – Ilyenna ukryła twarz w dłoniach. – Jesteś pierwszym, który naprawdę zainteresował się nami i starał nam pomóc.
– Biedna moja! – Arivald pogłaskał Ilyennę po płomienistych włosach. – Nic się nie martw, poradzimy sobie z tym szybko. W końcu przybyło nam do pomocy dwóch potężnych magów.