Arivald z Wybrzeża
- Автор: Пекара Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:
– Nie ma się o co kłócić – powiedziała. – Wy, mężczyźni, zawsze myślicie, że jesteście tacy mądrzy i zjedliście wszystkie rozumy. Wpadliście w pułapki, które zastawiliście na samych siebie, a nasz udział był tylko taki, że zgodziłyśmy się na wasze warunki. Cóż – rozłożyła dłonie – przed nami pół roku zabaw i radości!
Jedyną pociechą dla Arivalda był fakt, iż przez te pół roku królowymi zajmować się będzie także mistrz żywiołów. Wysiłek zostanie więc podzielony na dwóch. Inna rzecz, że przy apetytach Solyenny, Ilyenny i Kylyenny nawet sześciu byłoby zbyt mało.
– Jest jednak problem. – Solyenna spojrzała na siostry. – Wy wybrałyście już sobie wymarzonych mężczyzn, a ja wciąż waham się i nie wiem, który z nich bardziej mi się podoba. Czy mam kochać Arivalda, czy Varrada? A może ich obu równie silnie?
Czarodziej i mistrz żywiołów spojrzeli na siebie ze zgrozą. Perspektywa królowej pragnącej udowodnić, iż każdego z nich kocha tak mocno jak drugiego, napawała przerażeniem.
– Jednak – westchnęła – postanowiłam rozwiązać sprawę w inny sposób. Pomyślałam, że miło będzie w zamku mieć trzech mężczyzn. Wspaniałych, urodziwych i silnych – słysząc te słowa, Varrad i Arivald nie mogli powstrzymać się od dumnego uśmiechu – dlatego otworzyłam z powrotem wrota naszego zaklęcia. Co nie znaczy, iż nie mamy dokonywać od czasu do czasu jakichś rozkosznych zmian, które tak przecież uatrakcyjniają życie – uśmiechnęła się najpierw do Varrada, a potem do Arivalda.
– Mamy rozumieć więc, że pojawi się ktoś następny? – zapytał, a raczej stwierdził Arivald.
– Właśnie tak. A magię nakierowałam w stronę, z której ty przybyłeś. Wierzę bowiem, że któryś z twoich przyjaciół zechce prędzej czy później sprawdzić, co się z tobą stało. Wtedy też nas odwiedzi. I powitam go bardzo gorąco.
– Wierzę – mruknął Arivald, zastanawiając się, kto trafi do zamku pięknych czarodziejek.
Efekt mógł być bardzo zabawny. Jednak cała sytuacja najwyraźniej wymknęła się spod kontroli. Królowe mogły do woli ich szantażować i wymóc wszelkie obietnice w zamian za chwilowe uwolnienie. A Arivald naprawdę nie chciał tu spędzać dwóch kwartałów w roku. Jednak nie wiadomo dlaczego czarodziejki z jednego nie zdawały sobie sprawy. Mag, który tu przybędzie, stawi się gotowy na wszelkie niebezpieczeństwa. Z różdżką oraz przygotowanymi wcześniej zaklęciami. Nie pójdzie im tak łatwo jak z Arivaldem czy Varradem, którzy zostali ściągnięci zupełnie niespodziewanie. Zaskoczeni, mieli niewielkie szansę znalezienia drogi powrotnej.
– Wyprawimy wieczorem ucztę – klasnęła w dłonie Solyenna.
– Ale najpierw kąpiel – zdecydowała Ilyenna.
– Wspólna? – bez cienia wstydu w głosie zapytała Kylyenna.
– Nie – tym razem Arivald i Varrad byli nadspodziewanie zgodni i odezwali się chórem.
Jeszcze nim zdołało w komnacie przebrzmieć ich zaprzeczenie, z podłogi uniósł się siwy dym. W pokoju zrobiło się ciemno, księżniczki pisnęły ze strachu, a Arivald i Varrad skoczyli w stronę tego dymu. W jego kłębach zmaterializował się najpierw Galladrin, z różdżką w prawej dłoni i z wyraźnie widoczną pod płaszczem kolczugą, a zaraz za nim opadł na czworakach Velvelvanel, mimo niewygodnej pozycji również mocno ściskający w dłoni swą różdżkę. Za pas miał zatkniętą różdżkę Arivalda.
Galladrin, niewiele myśląc, uderzył w Varrada potężnym czarem oszałamiającym i mistrz żywiołów potoczył się pod ścianę. Potem Velvelvanel szybko utworzył ochronną barierą. Cios w Varrada był oczywiście pomyłką, ale Galladrin, widząc groźnie wyglądającą brodatą postać, wolał nie zastanawiać się, czy jest to wróg, czy przyjaciel. Mistrz żywiołów gramolił się teraz z ziemi, kołysząc głową jak ogłuszony bokser.
– Arivaldzie! – Panienka pochwycił przyjaciela w ramiona. – Żyjesz! – Spojrzał na bogaty strój przyjaciela i zapał w jego głosie nieco ostygł. – Widzę, że nie musieliśmy się o ciebie aż tak zamartwiać.
– Gdybyś wiedział… – czarodziej pokiwał głową i uścisnął dłoń Velvelvanela, który tylko sapał ze zmęczenia.
Dym zasłaniający komnatę rozwiewał się szybko. Najwyraźniej któraś z sióstr rzuciła odpowiednie zaklęcie.
– A cóż to za urocze istoty? – Galladrinowi oczy się zaświeciły na widok trzech królowych.
– Nasze gospodynie – odparł Arivald z lekką ironią w głosie. Solyenna podeszła do nich i skrzywiła się nieco, napotykając ochronną barierę.
– Witam was – powiedziała – spodziewałam się co prawda przybycia tylko jednego gościa, ale tym radośniej witam dwóch.
Galladrin pochylił się w głębokim ukłonie.
– Zdejmijżeż to – warknął do Velvelvanela, myśląc o jego barierze.
Stary czarodziej tylko pokręcił głową. Wiedział dobrze, że tutaj o wszystkim musi decydować Arivald. W końcu to właśnie on najlepiej znał sytuację. Arivald tymczasem zastanawiał się, co robić. Z Velvelvanelem i Galladrinem u boku mógł się niczego nie obawiać. Po pierwsze, byli znamienitymi magami, po drugie, mieli ze sobą różdżki, a więc byli przygotowani do rzucenia najsilniejszych zaklęć. Jeżeli sami nawet nie poradziliby sobie z powrotem, to z całą pewnością mogli skłonić do pomocy dziewczęta. Ale coś jednak należało zrobić właśnie z pięknymi czarodziejkami. No i jakoś pomóc Varradowi, który przecież wydawał się całkiem sympatycznym człowiekiem (mimo zdrady, której Arivald nie miał zamiaru mu wybaczyć).
– Musimy chyba zastanowić się nad tym galimatiasem – rzekł na głos.
– Ja wiem jedno. Ty, blondasku, nigdy nie będziesz już taki ładniutki, jak dorwę cię w swoje ręce. – Varrad był naprawdę zły. – A tak nawiasem mówiąc, to jest mężczyzna, kobieta, czy jakieś ni to, ni sio? – zapytał Arivalda. – Bo nie wiem, czy jest go z czego kastrować.
Galladrin poczerwieniał. Nienawidził przytyków do swoich bujnych złotych włosów i delikatnych rysów twarzy. Nawet kiedy przyjaciele nazywali go Panienką, potrafił wyjść z równowagi. Uniósł różdżkę, lecz Arivald zatrzymał mu dłoń w pół ruchu. Nie zamierzał komplikować i tak skomplikowanej sytuacji.
– Dość! – rzekł ostro. – Uspokójcie się. Jesteśmy tu, by doprowadzić wszystko do szczęśliwego zakończenia, a nie skakać sobie nawzajem do gardeł. Zdejmij czar – rozkazał Velvelvanelowi. – Moje drogie – podprowadził przyjaciół w stronę księżniczek – oto Galladrin i Velvelvanel, moi przyjaciele oraz mistrzowie magii. A to Solyenna, Ilyenna oraz Kylyenna, urocze panie tego zamku. Pozwólcie też przedstawić sobie dostojnego Varrada Bar-dura, mistrza żywiołów z nieznanego nam świata.
– Jestem zaszczycony. – Galladrin o mało co nie zamiótł włosami podłogi, kłaniając się czarodziejkom. – Panie – dodał chłodno, przyglądając się Varradowi.
– Miło mi – mruknął Velvelvanel.
– Tak czy inaczej czas na ucztę – rzekła Solyenna i klasnęła w dłonie. – Lo, odprowadź naszych nowych gości do ich komnaty i dopilnuj, aby niczego im nie brakowało. Za godzinę zaczynamy.
Ilyenna podeszła do Arivalda i ku wyraźnej zazdrości Galladrina przytuliła się do niego mocno.
– Obiecałeś – szepnęła. – Nie opuścisz mnie przecież, prawda? Czarodziej czuł, że mięknie pod wpływem jej słodkiego głosu i odurzającego zapachu perfum. Postanowił jednak wziąć się w garść.
– Porozmawiamy o tym później – powiedział – nie odchodzimy przecież w tej chwili. Na razie wybacz mi, ale muszę porozmawiać z przyjaciółmi.
– Rozumiem. – Ilyenna miała bardzo smutną minę. – Nie znajdziesz już dla mnie czasu przed kolacją – bardziej stwierdziła niż spytała.