Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Oko czasu [Time's Eye - pl]
Oko czasu [Time's Eye - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Oko czasu [Time's Eye - pl]

Электронная книга - «Oko czasu [Time's Eye - pl]». Краткое содержание книги:

Jest rok 1885. Przebywający na Granicy Północno-Zachodniej młody dziennikarz, Rudyard Kipling, jest świadkiem niezwykłego spotkania brytyjskich żołnierzy z wytworem nieprawdopodobnie zaawansowanej technologii: unoszącą się w powietrzu kulą, która wydaje się obserwować wszystko wokół. Niebawem zza okolicznego wzgórza wyłania się uszkodzony helikopter z 2037 roku…
1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 84
Перейти на страницу:

Sabie nawet nie drgnęła.

— Cholera, ależ ten facet śmierdzi! — Kola usłyszał w jej głosie szorstkość, wyczuł strach, który skrywał determinację. Ale wojownik się cofnął.

Mężczyźni rozmawiali ze sobą szybko, przyglądając się kosmonautom, ich statkowi i spadochronowi, który leżał rozpostarty na pokrytym pyłem stepie.

— Wiesz, myślę, że wiem, co mówią — szepnęła Sabie. — Że ciebie zabiją. A mnie zgwałcą, a potem zabiją.

— Staraj się nie reagować — powiedział Kola.

Napięcie przerwał jakiś pisk. Mała dziewczynka, może pięcioletnia, z twarzą pulchną jak pączek, dotknęła ściany Sojuza i odskoczyła z oparzoną dłonią.

Mężczyźni warknęli jak jeden mąż. Zabójca Musy przycisnął miecz do szyi Koli. Miał otwarte usta, małe oczka i Kola czuł w jego oddechu zapach mięsa i mleka. Nagle świat stał się bardzo żywy: zwierzęcy zapach stojącego przed nim mężczyzny, gorzki zapach stepu, nagły przypływ krwi. Czy to miało być jego ostatnie wspomnienie, zanim podąży za Musą w mrok?…

— Darughachi — powiedział. — Tengri. Darughachi.

Oczy mężczyzny rozszerzyły się. Cofnął się, ale nadal trzymał uniesiony miecz i znowu nastąpiła szybka wymiana zdań, ale teraz mężczyźni patrzyli na nich jeszcze uważniej.

Sabie syknęła:

— Coś ty powiedział?

— To wspomnienia z dzieciństwa. — Kola starał się mówić spokojnie. — Zgadywałem. To wcale nie musiał być ich język, mogliśmy byli wylądować wszędzie w czasie…

— Jaki to język, Kola?

— Mongolski. Sabie prychnęła.

— Wiedziałam.

— Powiedziałem, że jesteśmy wysłannikami. Wysłannikami Wiecznych Niebios. Jeżeli w to uwierzą, będą musieli traktować nas z szacunkiem. Być może przekażą nas miejscowym funkcjonariuszom. Blefuję, zwyczajnie blefuję…

— Dobry pomysł, Batmanie — powiedziała Sabie. — W końcu ci faceci widzieli, jak spadliśmy z nieba. Zabierzcie mnie do szefa. W filmach to zawsze działa. — Zaśmiała się wymuszonym, nieprzyjemnym śmiechem.

W końcu otaczający ich ludzie zaczęli się rozchodzić i nikt nie przyszedł ich zabić. Jeden z mężczyzn założył kurtkę i filcową czapkę, podbiegł do konia uwiązanego obok jurty, wskoczył mu na grzbiet i szybko odjechał.

Kosmonautom związano ręce na plecach i szturchańcami popchnięto w stronę jednej z jurt. Byłoby im trudno chodzić, nawet nie mając związanych rąk. Kola miał uczucie, jakby był pokryty warstwą ołowiu, szumiało mu w głowie. Kiedy szli, patrzące na nich i dłubiące w nosach dzieci tworzyły coś w rodzaju gwardii honorowej. Jeden paskudnie wyglądający bachor rzucił kamieniem, który odbił się od ramienia Koli. Pomyślał, że to nie jest pełen godności powrót na Ziemię. Ale przynajmniej żyli, przynajmniej zyskali trochę na czasie.

Klapę zasłaniającą wejście do jurty odsunięto i wepchnięto ich do środka.

Sabie i Kolę popchnięto na filcowe maty. W sztywnych skafandrach ciśnieniowych kosmonauci zajmowali całą jurtę, a ich nogi zabawnie wystawały na zewnątrz. Ale fakt, że mogli usiąść, stanowił prawdziwą ulgę.

Jedyne wejście do jurty wychodziło na południe. Kola widział słońce przesłonięte lekką mgiełką. Wiedział, że to była mongolska tradycja; w ich pierwotnych wierzeniach dominował kult słońca, a tutaj, na równinach północnej Azji, słońce w swej codziennej wędrówce poruszało się głównie na południu.

Mongołowie, przysadziści mężczyźni i muskularne kobiety, przychodzili i odchodzili, wyraźnie po to, aby kontrolować przybyszów. Wpatrywali się w kosmonautów, zwłaszcza w Sabie, z wyrazem łakomego wyrachowania.

Część sprzętu kosmonautów przyniesiono z kapsuły Sojuza. Większość tego wszystkiego — awaryjne zestawy medyczne, nadmuchiwana tratwa ratunkowa — była dla Mongołów niezrozumiała. Jednak Sabie i Koli pozwolono zdjąć nieporęczne skafandry i włożyć lżejsze pomarańczowe jednoczęściowe kombinezony, które nosili na orbicie. Mongolskie dzieci przyglądały się ich bieliźnie i elastycznym spodniom. Skafandry kosmiczne zwalili na kupę w rogu brudnej jurty, jak porzucone kokony.

Kosmonautom udało się ukryć przed oczyma Mongołów broń boczną, którą schowali za plecami.

Potem, ku ogromnej uldze Koli, na chwilę zostawiono ich samych. Oparł się o brudną ścianę jurty; nogi mu drżały i samą siłą woli próbował uspokoić bicie serca i pozbyć się zamętu w głowie. Powinien być w szpitalu, otoczony najnowocześniejszą aparaturą z dwudziestego pierwszego wieku i poddawany programowi fizjoterapii i powrotu do zdrowia, nie zaś wciśnięty w kąt tego cuchnącego namiotu. Był słaby jak starzec i w obecności tych krępych, potężnych Mongołów, całkowicie bezradny. Był zbity z tropu i wystraszony.

Próbował myśleć i obserwować otoczenie.

Jurta była solidnie zbudowana. Być może należała do wodza tej małej społeczności. Jej główną podporę stanowił gruby słup, a lżejsze drewniane paliki nadawały jej kopulasty kształt. Podłogę pokrywały brudne maty, a na hakach wisiały metalowe garnki i bukłaki. Wokół ścian stały paki z drewna i skóry, stanowiące jedyne meble wędrownego ludu. Jurta nie miała okien, tylko w dachu wycięto otwór nad kamiennym paleniskiem, gdzie nieustannie płonęły kawałki suszonego łajna.

Na początku Kola zastanawiał się, jak tę jurtę można rozebrać i ustawić ponownie, ponieważ koczownicy podróżowali co najmniej dwa razy w roku, przemieszczając się między letnimi i zimowymi pastwiskami. Ale dostrzegł stojący niedaleko duży wóz. Jego platforma była na tyle szeroka, by pomieścić całą jurtę i jej zawartość.

— Ale nie zawsze tak było — szepnął do Sabie. — Tylko na początku trzynastego wieku. Potem po prostu rozbierali jurty jak namioty i przenosili je złożone. To ustala nasze położenie w czasie… Wylądowaliśmy w centrum Imperium Mongołów, u szczytu ich potęgi!

— Mamy szczęście, że wiesz o nich tak wiele. Kola chrząknął.

— Szczęście? Sabie, Mongołowie przybyli do Rosji dwukrotnie. Czegoś takiego się nie zapomina, nawet po ośmiu stuleciach.

Po jakimś czasie przygotowano jedzenie. Kobieta wciągnęła do środka wielki żelazny garnek. Do garnka wrzuciła posiekaną półtuszę owcy, nie tylko mięso i kości, lecz także płuca, żołądek, mózg, wnętrzności, racice i oczy; najwyraźniej nic tu się nie marnowało. Kobieta miała twarz jak ze skóry i ramiona jak miotacz. Kiedy była zajęta przy mięsie, w ogóle nie zwracała uwagi na Sabie i Kolę, jak gdyby dwaj ludzie z przyszłości tkwiący w rogu jej jurty stanowili coś powszedniego.

Pozostawieni własnemu losowi kosmonauci robili, co mogli, aby jak najszybciej przystosować się do bezlitosnego przyciągania ziemskiego, ukradkiem zginając stawy i zmieniając pozycję, aby rozruszać kolejne grupy mięśni. Poza tym nie mieli nic do roboty. Kola przypuszczał, że czekano na powrót owego jeźdźca z wyprawy do miejscowego funkcjonariusza, kiedy to zostanie podjęta decyzja co do ich dalszego losu — decyzja, która jak wiedział, może wciąż oznaczać ich śmierć. Ale mimo tej ponurej perspektywy, kiedy minęło popołudnie, Kolę, o dziwo, ogarnęła nuda.

Masa mięsa i podrobów gotowała się w garnku przez parę godzin. Potem do jurty wepchnęli się dorośli i dzieci. Niektórzy przynieśli więcej mięsa, które wyglądało na mięso lisów, myszy i królików. Zwierzęta były obdarte ze skóry, ale nie oczyszczone. Kola widział przyklejone do nich ziarenka piasku i zaschłą krew.

Kiedy potrawa była gotowa, Mongołowie po prostu zabrali się do jedzenia. Posługując się drewnianymi miskami, wybierali kawałki mięsa, które jedli palcami. Popijali kubkami czegoś, co wyglądało jak mleko, które nalewano z bukłaków. Czasami, kiedy po paru ugryzieniach nie spodobał im się smak kawałka mięsa, wrzucali go z powrotem, podobnie jak chrząstki, które wypluwali do garnka.

1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 84
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)