Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa LunetaLyra leżała rozpalona i niemal równie niespokojna, ale pogrążona w głębokim śnie, oszołomiona wywarem, który matka w nią wmusiła ledwie przed godziną. Pewien sen prześladował ją od dawna i teraz powrócił, wyrywając z jej gardła ciche jęki żalu, wściekłości i desperacji, aż Pantalaimon zgrzytał ząbkami ze współczucia.
Niedaleko stamtąd, na leśnej ścieżce pod szarpanymi wiatrem gałęziami sosen, Will i Ama wędrowali w stronę jaskini. Will próbował wyjaśnić Amie, co zamierza zrobić, ale jej dajmon nic nie zrozumiał, a kiedy Will wyciął okno, żeby jej pokazać, tak się przeraziła, że prawie zemdlała. Musiał zachowywać się spokojnie i mówić cicho, żeby zatrzymać ją przy sobie, ponieważ nie chciała oddać mu proszku ani nawet wyjaśnić, jak należy go zastosować. W końcu powiedział po prostu: „Chodź za mną i bądź cicho”, i miał nadzieję, że dziewczynka posłucha.
Iorek w swojej zbroi był gdzieś w pobliżu, czekając, żeby zatrzymać żołnierzy z zeppelinów i dać Willowi czas na działanie. Natomiast żaden z nich nie wiedział, że oddziały Lorda Asriela również się zbliżają; od czasu do czasu uszy Iorka wychwytywały niesiony wiatrem odległy warkot, ale chociaż niedźwiedź znał dźwięk silnika zeppelina, nigdy nie słyszał giroptera i nie mógł go rozpoznać.
Balthamos mógł im powiedzieć, ale Will martwił się o niego. Teraz, kiedy znaleźli Lyrę, anioł ponownie pogrążył się w żalu: był milczący, roztargniony i ponury. Co z kolei utrudniało rozmowy z Amą.
Kiedy przystanęli na ścieżce, Will rzucił w powietrze:
– Balthamosie? Jesteś tam?
– Tak – odpowiedział anioł bezbarwnie.
– Balthamosie, proszę, zostań ze mną. Bądź blisko i ostrzegaj mnie przed każdym niebezpieczeństwem. Potrzebuję cię.
– Jeszcze cię nie opuściłem – odparł anioł. Nic więcej Will nie zdołał z niego wyciągnąć. Wysoko w powietrzu Tialys i Salmakia szybowali nad doliną, próbując wypatrzyć jaskinię. Ważki spełniały każdy rozkaz, ale ich ciała z trudem znosiły zimno, a gwałtowny wiatr rzucał nimi niebezpiecznie na wszystkie strony. Jeźdźcy skierowali je nisko, pod osłonę drzew, a potem przelatywali z gałęzi na gałąź, szukając drogi w zapadających ciemnościach.
Will i Ama podkradli się w zmiennym blasku księżyca do punktu najbliższego wejścia, ale wciąż niewidocznego z jaskini. Znaleźli się za gęsto ulistnionym krzakiem tuż obok ścieżki i tam Will wyciął okno w powietrzu.
Jedyny świat z taką samą konfiguracją terenu, jaki znalazł, był kamienistą pustynią, gdzie księżyc łypał z wygwieżdżonego nieba na wybieloną, białą jak kość ziemię, po której pełzały i szurały niewielkie owady, mącąc głęboką ciszę zgrzytliwymi głosami.
Ama przeszła za nim, gorączkowo poruszając palcami w gestach chroniących przed diabłami, które musiały nawiedzać to upiorne miejsce; a jej dajmon, natychmiast przystosowany, zmienił się w jaszczurkę i zwinnie umknął pomiędzy głazy.
Will od razu dostrzegł problem. Przecież ten jaskrawy księżycowy blask na białych skałach zaświeci jak latarnia, kiedy otworzy się okno w jaskini pani Coulter. Musiał otworzyć je szybko, przeciągnąć Lyrę na drugą stronę i natychmiast je zamknąć. Mogli ją obudzić w tym drugim, bezpieczniejszym świecie.
Przystanął na rozświetlonym zboczu i powiedział do Amy:
– Musimy to zrobić bardzo szybko i w całkowitej ciszy. Bez żadnych hałasów, nawet szeptu.
Zrozumiała, chociaż się bała. Mała paczuszka proszku spoczywała w kieszeni na jej piersi; sprawdzała ją co chwila i tyle razy powtarzała wszystkie czynności razem ze swoim dajmonem, że mogli je wykonać nawet po ciemku.
Wspięli się na białą jak kość skałę, Will starannie odmierzył odległość i wyliczył, że znajdą się już w głębi jaskini.
Potem wyjął nóż i wyciął najmniejsze okno, przez jakie mógł wyjrzeć, nie większe niż kółko z kciuka i palca wskazującego.
Szybko przyłożył oko do otworu, żeby nie dopuścić księżycowego blasku, i zajrzał do jaskini. Wszystko na miejscu; dobrze wyliczył. Widział przed sobą wylot jaskini, ciemne głazy na tle nocnego nieba; widział sylwetkę śpiącej pani Coulter i obok niej złotego dajmona; widział nawet ogon małpy, przerzucony niedbale przez śpiwór.
Zmienił kąt widzenia, wytężył wzrok i zobaczył głaz, za którym leżała Lyra. Ale nie dostrzegł jej. Czy podszedł za blisko? Zamknął okno, cofnął się o krok i znowu je otworzył.
Nie było jej.
– Słuchaj – powiedział do Amy i jej dajmona. – Ta kobieta ją przeniosła i nie widzę jej. Będę musiał przejść na drugą stronę i poszukać jej w jaskini, a potem wrócić jak najszybciej. Więc stań dalej... trzymaj się z daleka, żebym cię przypadkiem nie przeciął. Jeśli tu utknę z jakichś powodów, wracaj i czekaj przy drugim oknie, tam, gdzie weszliśmy.
─ Oboje powinniśmy przejść – powiedziała Ama – bo ja wiem, jak ją obudzić, a ty nie wiesz, i znam jaskinię lepiej od ciebie.
Miała upartą minę, usta zaciśnięte, dłonie zwinięte w pięści. Jej dajmon-jaszczurka stworzył sobie krezę wokół szyi i rozpostarł ją powoli.
– Och, no dobrze – ustąpił Will. – Ale przechodzimy szybko i po cichu, i robisz dokładnie to, co mówię, od razu, zrozumiałaś?
Przytaknęła i znowu poklepała się po kieszeni, żeby sprawdzić, czy nie zgubiła lekarstwa.
Will zrobił mały otwór nisko nad ziemią, zajrzał przez niego, powiększył go szybko i przeszedł na drugą stronę na czworakach. Ama deptała mu po piętach. W sumie okno było otwarte przez niecałe dziesięć sekund.
Przykucnęli na podłodze jaskini za dużym głazem, obok Balthamosa pod postacią ptaka, i przez chwilę przyzwyczajali wzrok do ciemności po zalanej księżycowym blaskiem pustyni. Wewnątrz jaskini było znacznie ciemniej i znacznie głośniej; słyszeli głównie szum drzew na wietrze, ale oprócz tego jeszcze jeden dźwięk. Był to ryk silników zeppelinów, coraz bliżej.
Trzymając nóż w prawej ręce, Will ostrożnie zbalansował swój ciężar i rozejrzał się po jaskini.
Ama robiła to samo, a jej sowiooki dajmon spoglądał na wszystkie strony; ale Lyry z pewnością nie było w tym końcu jaskini.
Will uniósł głowę ponad głaz i rzucił długie spojrzenie w kierunku wejścia, gdzie leżała pogrążona we śnie pani Coulter ze swoim dajmonem.
I wtedy serce w nim zamarło. Tam leżała Lyra, pogrążona we śnie, tuż obok pani Coulter. Ich sylwetki zlewały się w mroku; nic dziwnego, że nie zauważył dziewczynki.
Will dotknął ręki Amy i pokazał.
– Musimy to zrobić bardzo ostrożnie – szepnął.
Coś działo się na zewnątrz. Ryk zeppelinów rozbrzmiewał teraz znacznie głośniej niż szum wiatru. Światło też się poruszało, przeświecało z góry przez gałęzie. Im szybciej zabiorą Lyrę, tym lepiej, więc muszą tam pobiec teraz, zanim pani Coulter się obudzi, wyciąć okno, przeciągnąć ją na drugą stronę i zamknąć otwór.
Wyszeptał ten plan do ucha Amy. Kiwnęła głową.
Potem, kiedy już chciał wstać, pani Coulter się obudziła.
Poruszyła się i coś powiedziała, a złocista małpa natychmiast doskoczyła do jej stóp. Will widział sylwetkę dajmona w wejściu jaskini, sprężoną i czujną, a potem pani Coulter też usiadła, osłaniając oczy przed światłem z zewnątrz.
Will zacisnął lewą dłoń na przegubie Amy. Pani Coulter wstała, całkowicie ubrana, lekka i zwinna, jakby wcale nie spała. Może czuwała przez cały czas. Razem ze złocistą małpą przykucnęły w wylocie jaskini, patrzyły i słuchały, jak snopy światła z zeppelinów kołyszą się nad wierzchołkami drzew i męskie głosy wykrzykują ostrzegawczo lub rozkazująco, co wskazywało, że powinni ruszać szybko, bardzo szybko.
Will ścisnął nadgarstek Amy i skoczył do przodu, patrząc pod nogi, żeby się nie potknąć. Znalazł się obok Lyry, śpiącej głęboko, z Pantalaimonem wokół szyi; a potem podniósł nóż i pomacał ostrożnie, sekundę później zrobiłby otwór, żeby przeciągnąć Lyrę w bezpieczne miejsce...