Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bursztynowa Luneta
Bursztynowa Luneta - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bursztynowa Luneta

Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:

Аннотация

Bursztynowa Luneta
1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 112
Перейти на страницу:

Lecz mały człowieczek nie mógł już skrzywdzić pani Coulter, ponieważ jego partnerka znalazła się w rękach dajmona; a dajmon mógł zrobić jej krzywdę, gdyby człowieczek wbił zatrutą ostrogę w żyłę szyjną pani Coulter. Żadne z nich nie mogło się poruszyć.

Oddychając głęboko i przełykając ślinę, żeby opanować ból, pani Coulter podniosła pełne łez oczy na Willa i zapytała spokojnie:

– No więc, panie Willu, co teraz zrobimy?

13. Tialys i Salmakia

O, groźna, groźna nocy! Niech nad puszczą uśpioną – Gdy ja zamykam oczy – Twoje gwiazdy zapłoną.
William Blake. Dziewczynka zabłąkana

Ściskając ciężki pistolet, Will zamachnął się w bok i przewrócił złocistą małpę na ziemię. Pani Coulter jęknęła głośno, a ogłuszona małpa rozluźniła łapę na tyle, że maleńka kobietka zdołała się wyrwać.

Po chwili wskoczyła na głazy, a człowieczek zeskoczył z ramienia pani Coulter. Oboje poruszali się szybko i zwinnie jak koniki polne. Trójka dzieci nawet nie zdążyła się zdziwić. Mężczyzna czule, z zatroskaniem obmacał ramię swojej towarzyszki i objął ją krótko, zanim zwrócił się do Willa.

– Ty! Chłopcze! – zawołał głosem cichym, ale niskim jak u dorosłego mężczyzny. – Czy masz nóż?

– Oczywiście, że mam – odparł Will. Jeśli nie wiedzieli, że nóż był złamany, nie zamierzał im powiedzieć.

– Ty i dziewczyna musicie pójść z nami. Kim jest tamto dziecko?

– Ama, dziewczynka z wioski – wyjaśnił Will.

– Każ jej tam wracać. Ruszajmy, zanim zjawią się Szwajcarzy.

Will nie wahał się. Cokolwiek zamierzało tych dwoje, on i Lyra mogli jeszcze uciec przez okno, które otworzył za krzakiem na ścieżce.

Więc pomógł jej wstać i patrzył ciekawie, jak dwie małe figurki wskoczyły na grzbiety... ptaków? Nie, ważek, prawie tak długich jak jego przedramię, które czekały w ciemności. Pomknęły do wylotu pieczary, gdzie leżała pani Coulter. Wciąż półprzytomna z bólu i oszołomiona trucizną kawalera, zdołała jednak wyciągnąć rękę, kiedy ją mijali, i zawołała:

– Lyra! Lyro, moja córeczko, moja najdroższa! Lyro, nie odchodź! Nie odchodź!

Lyra spojrzała na nią boleśnie; potem jednak przestąpiła nad ciałem matki i uwolniła kostkę z jej słabego uścisku. Kobieta szlochała; Will widział łzy błyszczące na jej policzkach.

Przykucnąwszy w wejściu jaskini, troje dzieci wyczekało na krótką przerwę w strzelaninie, a potem pobiegło za ważkami, które śmignęły nad ścieżką. Oświetlenie się zmieniło: oprócz zimnego anbarycznego blasku z reflektorów zeppelinów widzieli pomarańczowe, skaczące jęzory płomieni.

Will obejrzał się tylko raz. W zmiennym świetle twarz pani Coulter przypominała tragiczną maskę. Dajmon przywierał żałośnie do boku kobiety, która klęczała i wyciągała ramiona, zawodząc:

– Lyra! Lyra, moja kochana! Mój skarbie najdroższy, moje jedyne dziecko, moja maleńka! Och, Lyro, Lyro, nie odchodź, nie zostawiaj mnie! Moja ukochana córeczko... rozdzierasz mi serce...

Silny, gwałtowny szloch wstrząsnął również Lyra, ponieważ nigdy nie miała innej matki poza panią Coulter. Will zobaczył strumienie łez spływające po policzkach dziewczyny.

Musiał jednak postępować bezwzględnie. Pociągnął Lyrę za rękę. Jeździec na ważce śmignął mu obok głowy przynaglając do pośpiechu. Will skulił się i pobiegł ścieżką, prowadząc Lyrę. W lewej dłoni, znowu krwawiącej po ciosie zadanym małpie, trzymał pistolet pani Coulter.

– Wejdźcie na grań – poradził im jeździec – i oddajcie się w ręce Afrykanów. To wasza jedyna nadzieja.

Pamiętając o ostrogach, Will nie odpowiedział, ale nie miał najmniejszego zamiaru usłuchać. Interesowało go tylko jedno miejsce: okno za krzakiem. Więc pochylił głowę nisko i biegł szybko, a Lyra i Ama biegły za nim.

– Stać!

Trzech ludzi blokowało ścieżkę przed nimi – mężczyźni w mundurach – biali mężczyźni z kuszami i szczerzącymi zęby wilczycami-dajmonami – Gwardia Szwajcarska.

– Iorek! – krzyknął natychmiast Will. – Iorek Byrnison!

Słyszał, jak niedźwiedź trzeszczy gałęziami i warczy gdzieś niedaleko, słyszał wrzaski żołnierzy, którzy mieli pecha go napotkać.

Lecz niespodziewanie ktoś inny przyszedł im z pomocą: Balthamos w porywie desperacji rzucił się pomiędzy dzieci a żołnierzy. Zaskoczeni mężczyźni cofnęli się, kiedy przed nimi pojawiła się migotliwa zjawa.

Lecz byli wyszkolonymi wojownikami i po chwili ich dajmony skoczyły na anioła, groźnie błyskając białymi zębiskami w mroku – i Balthamos stchórzył: krzyknął ze strachu i wstydu, odskoczył i wzbił się w powietrze, mocno uderzając skrzydłami. Will patrzył z konsternacją, jak sylwetka jego przyjaciela i przewodnika poszybowała do góry i znikła wśród wierzchołków drzew.

Lyra obserwowała wszystko oczami wciąż zamglonymi od snu. Całe zajście trwało najwyżej dwie lub trzy sekundy, ale wystarczyły żołnierzom do przegrupowania i teraz ich dowódca unosił kuszę. Will nie miał wyboru: podniósł pistolet i pociągnął za spust. Odrzut wstrząsnął jego kośćmi, a kula trafiła mężczyznę w serce.

Żołnierz upadł na plecy, jakby koń go kopnął. Dwoje małych szpiegów jednocześnie zaatakowało pozostałych dwóch, skacząc z ważek na swoje ofiary, zanim Will zdążył mrugnąć. Kobieta wybrała szyję, mężczyzna przegub ręki i każde zadało szybki cios piętą do tyłu. Ze zdławionymi okrzykami bólu dwaj Szwajcarzy umarli, ich dajmony znikły w pół skowytu.

Will przeskoczył nad ciałami, a Lyra pobiegła za nim. Pantalaimon pod postacią żbika deptał im po piętach. Gdzie jest Ama?, pomyślał Will i w tej samej chwili zobaczył, jak skręciła na inną ścieżkę. Teraz będzie bezpieczna, pomyślał i sekundę później dostrzegł blady błysk okna głęboko w krzakach. Chwycił Lyrę za rękę i pociągnął w tamtym kierunku. Podrapali sobie twarze, podarli ubrania, wykręcali kostki na korzeniach i głazach, ale znaleźli okno i przecisnęli się do innego świata, na białe jak kość skały pod jaskrawo świecącym księżycem, gdzie tylko chrobotanie owadów mąciło majestatyczną ciszę.

Will chwycił się za brzuch i zwymiotował, wstrząsany śmiertelną grozą. Teraz zabił już dwóch ludzi, nie licząc młodzieńca w Wieży Aniołów... Nie chciał tego. Jego ciało buntowało się przeciwko nakazom instynktu; w rezultacie dostał okropnego ataku kwaśnych, suchych torsji i wymiotował na kolanach, aż opróżnił żołądek. Serce też poczuło ulgę.

Lyra obserwowała go bezradnie, głaszcząc Pana i tuląc go do piersi.

W końcu Will doszedł do siebie i rozejrzał się dookoła. Natychmiast zobaczył, że nie byli sami w tym świecie – mali szpiedzy również tu przybyli z bagażami, które leżały w pobliżu na ziemi. Ważki śmigały nad skałami łowiąc ćmy. Mężczyzna masował ramię kobiety i oboje surowo patrzyli na dzieci. Oczy mieli tak jasne, rysy tak wyraziste, że ich uczucia nie mogły budzić wątpliwości. Will wiedział, że kimkolwiek są, stanowią niezwykłą parę.

– Aletheiometr jest tam, w moim plecaku – powiedział do Lyry.

– Och, Will... taką miałam nadzieję, że go znajdziesz... co się stało? Znalazłeś ojca? I mój sen, Will... nie mogę w to uwierzyć, co musimy zrobić, och, nawet boję się o tym myśleć... Jest bezpieczny! Przyniosłeś go dla mnie z daleka...

Słowa wylewały się z niej tak gwałtownie, że nawet nie oczekiwała odpowiedzi. Obracała aletheiometr w dłoniach, gładziła palcami ciężkie złoto, gładki kryształ i karbowane kółka, które znali tak dobrze.

1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 112
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)