Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa LunetaAle podniósł wzrok. Spojrzał na panią Coulter. Odwróciła się w milczeniu i blask z nieba, odbity od wilgotnej ściany jaskini, rozświetlił jej twarz, i przez chwilę to wcale nie była jej twarz; to była twarz jego matki, pełna wyrzutu, i serce mu się ścisnęło z żalu; a potem, kiedy dźgnął nożem, zboczył z właściwego punktu i nóż z trzaskiem upadł w kawałkach na ziemię.
Był złamany.
Teraz Will wcale nie mógł otworzyć okna.
─ Obudź ją. Teraz – powiedział do Amy.
Potem wstał, gotów do walki. Najpierw udusi tę małpę. Sprężył się na przyjęcie jej skoku i odkrył, że wciąż trzyma rękojeść noża; przynajmniej mógł nią uderzać.
Ale atak nie nastąpił ani ze strony małpy, ani ze strony pani Coulter, która tylko poruszyła się lekko, żeby blask z zewnątrz oświetlił pistolet w jej dłoni. Przy tym ruchu trochę światła padło na Amę: dziewczynka sypała proszek na górną wargę Lyry i pomagała jej go wdychać, wmiatając go w nozdrza ogonem jej własnego dajmona.
Will uświadomił sobie, że hałas na zewnątrz się zmienił: do ryku zeppelinów dołączył inny dźwięk. Brzmiał znajomo, niczym wstawka z jego własnego świata; po chwili chłopiec rozpoznał warkot helikoptera. Potem zahuczał następny i jeszcze jeden, i coraz więcej świateł oblewało jaskrawozieloną łuną wiecznie rozkołysane drzewa przed jaskinią.
Pani Coulter obejrzała się szybko, słysząc nowy dźwięk, ale za szybko, żeby Will zdążył dopaść i wyrwać jej broń. Małpa-dajmon przysiadła gotowa do skoku i wpatrywała się w Willa bez mrugnięcia.
Lyra poruszała się i mamrotała. Will pochylił się i ścisnął jej rękę, a drugi dajmon szturchnął Pantalaimona, uniósł mu ciężki łepek, szepnął coś do niego.
Na zewnątrz rozległ się krzyk, jakiś człowiek spadł z nieba i wylądował z okropnym trzaskiem nie dalej niż dwa metry od wylotu jaskini. Pani Coulter nawet nie drgnęła; spojrzała na niego chłodno i z powrotem odwróciła się do Willa. Po chwili gdzieś w górze zaterkotał karabin, a sekundę później wybuchła istna kanonada i niebo rozdarły eksplozje, trzeszczące płomienie, serie wystrzałów.
Lyra walczyła o odzyskanie świadomości, chwytała powietrze, wzdychała, jęczała, podpierała się na rękach i znowu opadała bezsilnie na ziemię. Pantalaimon ziewał, przeciągał się, kłapał zębami na drugiego dajmona przewracał się niezdarnie na bok, kiedy mięśnie odmawiały mu posłuszeństwa.
Co do Willa, z największą starannością przeszukiwał podłogę jaskini, zbierając odłamki noża. Nie pora dociekać, jak to się stało albo czy można go naprawić: Will był posiadaczem noża i musiał go odzyskać w całości. Każdy odnaleziony kawałek podnosił ostrożnie, boleśnie świadom brakujących palców, i wsuwał go do pochwy. Widział kawałki całkiem wyraźnie, ponieważ metal połyskiwał w odblaskach z zewnątrz: siedem odłamków, najmniejszy sam czubek. Pozbierał wszystkie, a potem odwrócił się i próbował coś zrozumieć z walki, jaka toczyła się na zewnątrz.
Gdzieś ponad drzewami unosiły się zeppeliny i ludzie zsuwali się po linach, ale wiatr utrudniał pilotom utrzymanie maszyn w bezruchu. Tymczasem pierwsze giroptery pojawiły się nad granią. Mógł tam lądować tylko jeden, a potem afrykańscy strzelcy musieli spuścić się po zboczu. Właśnie jednego z nich trafił celny strzał z rozkołysanych zeppelinów.
Do tej pory obie strony zdążyły wysadzić część ludzi. Niektórzy zginęli pomiędzy niebem a ziemią; kilku innych odniosło rany i leżało na skałach lub między drzewami. Lecz żadne oddziały jeszcze nie dotarły do jaskini i tutaj przewagę miała pani Coulter.
– Co zamierzasz? – zapytał ją Will, przekrzykując hałas.
– Wziąć was do niewoli.
─ Co, jako zakładników? Myślisz, że tamci będą się przejmować? I tak chcą nas zabić.
─ Jedna strona bez wątpienia – odparła – ale nie jestem pewna co do drugiej. Miejmy nadzieję, że Afrykanie zwyciężą.
Mówiła radosnym, energicznym tonem; w świetle z zewnątrz Will zobaczył jej ożywioną, uszczęśliwioną twarz.
– Złamałaś nóż – powiedział.
– Nie, to nie ja. Potrzebowałam noża, żeby stąd uciec. To ty go złamałeś.
Rozległ się naglący głos Lyry:
– Will? Czy to Will?
– Lyra! – zawołał i szybko ukląkł przy niej. Ama pomagała jej usiąść.
– Co się dzieje? – wymamrotała Lyra. – Gdzie jesteśmy? Och, Will, miałam taki sen...
– Jesteśmy w jaskini. Nie wstawaj za szybko, bo zakręci ci się w głowie. Ostrożnie. Zbierz siły. Spałaś przez wiele dni.
Powieki wciąż jej opadały i ziewała szeroko, ale rozpaczliwie próbowała się obudzić. Will pomagał jej, zarzucił sobie jej ramię na szyję i dźwigał jej ciężar. Ama patrzyła potulnie, ponieważ teraz, kiedy obca dziewczynka się ocknęła, budziła w niej lęk. Will wdychał zapach sennego ciała Lyry z poczuciem szczęścia: była tutaj, była prawdziwa.
Usiedli na kamieniu. Lyra trzymała go za rękę i przecierała oczy.
– Co się stało, Will? – szepnęła.
– Ama przyniosła proszek, żeby cię obudzić – wyjaśnił, mówiąc bardzo cicho, a Lyra odwróciła się do dziewczynki, którą widziała po raz pierwszy, i w podziękowaniu położyła jej rękę na ramieniu. – Starałem się tutaj dotrzeć jak najszybciej – ciągnął Will – ale żołnierze też przybyli. Nie wiem, kim są. Wydostaniemy się stąd możliwie szybko.
Na zewnątrz hałas i zamieszanie sięgnęły zenitu; jeden z giropterów został ostrzelany przez karabin maszynowy z zeppelina, kiedy strzelcy zeskakiwali na szczyt skały, i stanął w płomieniach, nie tylko zabijając załogę, ale również uniemożliwiając lądowanie pozostałym giropterom.
Tymczasem inny zeppelin znalazł wolne miejsce trochę dalej w dolinie i kusznicy, którzy z niego wysiedli, nadbiegali teraz ścieżką, żeby wesprzeć tych już uczestniczących w walce. Pani Coulter śledziła przebieg akcji z wylotu jaskini, a teraz uniosła pistolet w obu rękach i starannie wycelowała, zanim oddała strzał. Will zobaczył błysk z lufy, ale nic nie usłyszał z powodu hałasów na zewnątrz.
Jeśli znowu strzeli, pomyślał, podbiegnę i przewrócę ją; odwrócił się, żeby uprzedzić Balthamosa o swoich zamiarach, ale nie zobaczył anioła w pobliżu. Zamiast tego stwierdził z przerażeniem, że Balthamos kuli się przy ścianie jaskini, znowu pod postacią anioła, jęcząc i dygocząc.
– Balthamos! – zawołał nagląco Will. – Przestań, oni cię nie skrzywdzą! Musisz nam pomóc! Możesz walczyć... przecież wiesz... nie jesteś tchórzem... potrzebujemy ciebie...
Zanim jednak anioł zdążył odpowiedzieć, zaszło coś innego.
Pani Coulter krzyknęła i sięgnęła do kostki nogi, a jednocześnie złocista małpa złapała coś w powietrzu ze złośliwym warknięciem.
Głos – kobiecy głos – ale bardzo cichutki – wydobył się z małpiej łapki:
– Tialys! Tialys!
To była maleńka kobietka, nie większa niż dłoń Lyry. Małpa ciągnęła ją za ramię tak mocno, że kobieta krzyczała z bólu. Ama wiedziała, że dajmon nie przestanie, dopóki nie urwie ramienia. Will skoczył do przodu, kiedy zobaczył, że pani Coulter wypuściła pistolet.
Chwycił broń – i wtedy pani Coulter zamarła, bo powstała patowa sytuacja.
Złocista małpa i jej właścicielka trwały w bezruchu, pani Coulter twarz miała wykrzywioną z bólu i wściekłości, ale nie ośmieliła się nawet drgnąć, ponieważ na jej ramieniu stał maleńki człowieczek, z rękami wplątanymi w jej włosy, przyciskając piętę do jej szyi. Will ze zdumieniem dostrzegł na tej pięcie lśniącą spiczastą ostrogę i zrozumiał, dlaczego kobieta krzyknęła przed chwilą. Widocznie ostroga ukłuła ją w kostkę.