Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa LunetaWill pomyślał: On nam powie, jak naprawić nóż!
Najpierw jednak zapytał:
– Dobrze się czujesz? Nie jesteś głodna albo spragniona?
– Nie wiem... tak. Ale nie bardzo. W każdym razie...
– Powinniśmy odejść od tego okna – oświadczył Will – na wypadek, gdyby je znaleźli i przeszli na drugą stronę.
– Tak, racja – przyznała i ruszyli w górę zbocza. Will wziął swój plecak, a uszczęśliwiona Lyra niosła małą torbę, w której był aletheiometr. Kątem oka Will zauważył, że dwoje małych szpiegów podąża za nimi, ale trzymali się na dystans i nie wyglądali groźnie.
Ponad krawędzią wzniesienia znajdowała się skalna półka, stanowiąca skromną osłonę. Usiedli pod nią, starannie sprawdziwszy, czy nie ma tam węży, i podzielili się suszonymi owocami oraz wodą z manierki Willa.
Will powiedział cicho:
– Nóż jest złamany. Nie wiem, jak to się stało. Pani Coulter coś powiedziała albo zrobiła i pomyślałem o mojej matce, i wtedy nóż się omsknął albo zaczepił, albo... sam nie wiem. Ale utknęliśmy tutaj, dopóki go nie naprawimy. Nie chcę, żeby te dwa ludziki o tym wiedziały, bo dopóki myślą, że wciąż mogę go używać, mam nad nimi przewagę. Pomyślałem, żebyś zapytała aletheiometru...
– Tak! – zawołała od razu Lyra. – Tak, zapytam.
W jednej chwili wyjęła złoty instrument i usiadła w świetle księżyca, żeby wyraźnie widzieć tarczę. Odgarnąwszy włosy za uszy, zupełnie jak jej matka, zaczęła obracać kółka znajomym ruchem, a Pantalaimon pod postacią myszy przycupnął na jej kolanie. Lecz nie tak łatwo było patrzeć, jak przypuszczała; pewnie światło księżyca łudziło wzrok. Musiała obrócić przyrząd w dłoniach i zamrugać, zanim wyraźnie zobaczyła symbole, a po chwili wszystko powtórzyła od początku.
Ledwie zaczęła, wydała zdławiony okrzyk podniecenia i podniosła na Willa błyszczące oczy. Ale igła jeszcze nie skończyła się obracać, więc Lyra znowu spojrzała na nią, dopóki instrument nie znieruchomiał.
Odłożyła go i powiedziała:
– Iorek? Czy on jest w pobliżu, Will? Chyba słyszałam, jak go wołałeś, ale potem pomyślałam, że tylko mi się zdawało. Czy on naprawdę tu jest?
– Tak. On potrafi naprawić nóż? To ci powiedział aletheiometr?
– Och, on potrafi zrobić wszystko z metalem, Will! Nie tylko pancerz... umie też robić małe, delikatne przedmioty... – Opowiedziała mu o blaszanym pudełku, które zrobił dla niej Iorek, żeby zamknęła w nim insekta-szpiega. – Ale gdzie on jest?
– Niedaleko. Przyszedłby, kiedy zawołałem, ale widocznie wtedy walczył... I Balthamos! Och, na pewno umiera ze strachu!
– Kto?
Will wyjaśnił pokrótce, czując, że policzki mu płoną ze wstydu, jaki pewnie odczuwał anioł.
– Później powiem ci o nim więcej – obiecał. – To takie dziwne... Tyle mi opowiedział i chyba wszystko zrozumiałem...
Przeczesał palcami włosy i potarł oczy.
– Musisz mi opowiedzieć wszystko – zażądała Lyra. – Wszystko, co robiłeś, odkąd ona mnie schwytała. Och, Will, ty jeszcze krwawisz? Twoja biedna ręka...
– Nie. Ojciec ją wyleczył. Po prostu rana mi się otwarła, kiedy uderzyłem złotą małpę, ale już mi lepiej. Dał mi trochę maści, którą zrobił...
– Znalazłeś swojego ojca?!
– Owszem, na górze tamtej nocy...
Pozwolił, żeby oczyściła mu ranę i nałożyła trochę świeżej maści z małego rogowego puzderka, podczas kiedy relacjonował jej niektóre wydarzenia: walkę z nieznajomym, objawienie, którego doznali obaj na sekundę przedtem, zanim strzała czarownicy trafiła w cel, spotkanie z aniołami, podróż do jaskini i spotkanie z Iorkiem.
– Tyle się wydarzyło, a ja spałam – dziwiła się Lyra. – Wiesz, ona była dla mnie dobra... przynajmniej tak myślę... chyba nigdy nie chciała mnie skrzywdzić... Uczyniła tyle złego, ale... – Potarła oczy. – Och, ale mój sen... nie umiem ci powiedzieć, jaki był dziwny! Całkiem jak wtedy, kiedy odczytuję aletheiometr, kiedy jasność i zrozumienie sięgają tak głęboko, że nie widać dna, a jednak wszystko jest wyraźne. To było... Pamiętasz, jak ci opowiadałam o moim przyjacielu Rogerze, jak Grobale go porwali, a ja próbowałam go ratować, ale wszystko poszło źle i Lord Asriel go zabił? No więc widziałam go we śnie. On nie żył, był duchem i jakby mnie wołał, wzywał mnie, tylko że nic nie słyszałam. Ale nie chciał, żebym umarła. Chciał ze mną porozmawiać. I to ja go tam zabrałam, na Svalbard, gdzie go zabito, zginął przeze mnie. I wspominałam, jak się bawiliśmy w Kolegium Jordana, Roger i ja, na dachach, w mieście, na rynkach i nad rzeką, i na Gliniankach... Ja, Roger i inni... Pojechałam do Bolvangaru, żeby go odstawić bezpiecznie do domu, ale tylko pogorszyłam sprawę i jeśli nie przeproszę, to wszystko będzie na nic... wielka strata czasu. Muszę to zrobić, rozumiesz, Will? Muszę zejść do krainy zmarłych i znaleźć go, i... i przeprosić. Nie obchodzi mnie, co będzie potem. Wtedy możemy... mogę... potem to już nieważne.
– To miejsce, gdzie mieszkają zmarli – odezwał się Will. – Czy to świat jak ten, jak twój albo mój, albo inne? Czy to świat, który mogę otworzyć nożem?
Spojrzała na niego, zaskoczona tym pomysłem.
– Możesz zapytać – ciągnął. – Zapytaj teraz. Zapytaj, gdzie to jest i jak się tam dostaniemy.
Lyra pochyliła się nad aletheiometrem, przetarła oczy i znowu wytężyła wzrok, a jej palce poruszały się szybko. Po chwili otrzymała odpowiedź.
– Tak – powiedziała – ale to dziwne miejsce, Will... Strasznie dziwne... Naprawdę możemy to zrobić? Naprawdę możemy wejść do krainy zmarłych? Ale... jaka część nas tam wejdzie? Bo nasze dajmony giną po śmierci... widziałam to... a ciała, no, po prostu zostają w grobach i gniją, prawda?
– Więc musi być jakaś trzecia część. Inna część.
– Wiesz – zawołała z ożywieniem – chyba to prawda! Bo mogę myśleć o moim ciele i o moim dajmonie... więc musi być inna część, która myśli!
– Tak. I to jest duch. – Oczy Lyry ciskały płomienie.
– Może wyciągniemy stamtąd ducha Rogera. Może go uratujemy.
– Możemy spróbować.
– Tak, spróbujemy! – zdecydowała natychmiast. – Pójdziemy razem! Właśnie tak zrobimy!
Ale jeśli nie naprawimy noża, pomyślał Will, niczego nie wskóramy.
Jak tylko w głowie mu się rozjaśniło i żołądek się uspokoił, usiadł i zawołał małych szpiegów, zajętych w pobliżu jakimś mikroskopijnym aparatem.
– Kim jesteście? – zapytał. – I czyją stronę trzymacie?
Mężczyzna skończył to, co robił, i zatrzasnął drewnianą skrzynkę, niczym pudło skrzypiec nie większe od włoskiego orzecha. Kobieta odezwała się pierwsza.
– Jesteśmy Gallivespianami – oznajmiła. – Nazywam się lady Salmakia, a mój towarzysz to kawaler Tialys. Szpiegujemy dla Lorda Asriela.
Stała na kamieniu w odległości trzech czy czterech kroków od Lyry i Willa, oblana jasnym światłem księżyca. Jej cichy głosik brzmiał idealnie czysto, dykcję miała nienaganną, minę pewną siebie. Nosiła szeroką spódnicę z jakiegoś srebrzystego materiału i zielony top bez rękawów, a na bosych stopach miała ostrogi, podobnie jak mężczyzna. On był ubrany w te same kolory, ale rękawy koszuli miał długie, a szerokie spodnie sięgały mu do pół łydki. Oboje wyglądali na silnych, zaradnych, bezwzględnych i dumnych.
– Z jakiego świata pochodzicie? – zapytała Lyra. – Jeszcze nigdy nie widziałam takich jak wy.
– Nasz świat ma takie same problemy jak wasz – odparł Tialys. – Jesteśmy wyrzutkami. Nasz przywódca, Lord Roke, usłyszał o rewolcie Lorda Asriela i ofiarował nasze poparcie.
– Co chcieliście ze mną zrobić?