Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Nie minęła godzina, a wszystko się pokręciło tak, że porucznik zaczął bardzo żałować swojego uporu.
Kenneth otrzepał futrzane spodnie i kurtkę z warstewki śniegu i sięgnął po pas z mieczem. Zabrali ze sobą tylko to, co niezbędne. Żywność dla ludzi i psów, broń i pancerze, namioty, sakwy z zapasowymi ubraniami. Ale w czasie jazdy wszystko to podróżowało na saniach. Jeśli, pędząc po lodowym pustkowiu psim zaprzęgiem, nie założysz na przeszywanicę grubej, futrzanej kurtki z kapturem, tylko ważącą trzydzieści funtów kolczugę, żelazo wyssie z ciebie każdą uncję ciepła. Podobnie jak stalowy hełm, nawet jeśli będzie pod nim pikowany czepiec. Anday’ya z radością witała w lodowych objęciach wszystkich tych, którzy są zbyt głupi, by uznać ją za prawdziwą władczynię Północy.
A jednak ktoś rzucił Pani Lodu wyzwanie w samym sercu jej królestwa. W efekcie tego starcia mieszkające na krańcu świata plemiona aherów stanęły przed wyborem – przenieść się za Wielki Grzbiet, na tereny swoich wojowniczych kuzynów, i walczyć u ich boku przeciw ludziom, albo wymrzeć z głodu.
Borehed miał dziwną minę, gdy mu o tym opowiadał.
To ten cholerny szaman był bezpośrednią przyczyną tego, że Szósta Kompania i towarzysząca jej drużyna Szczurów wylądowały tutaj, pięćdziesiąt mil za Wielkim Grzbietem. W chwili gdy Patyk dał znać, kto się zbliża, Kenneth zrozumiał, że wszelkie rozkazy Nory czy dowództwa straciły znaczenie. Porucznik widział, jak ten wielkozęby sukinsyn zabija opętanego przez demona czarownika, a to była rzecz, której mógł dokonać tylko ktoś z umiejętnościami bitewnego maga. Jeśli Borehed chciał „porozmawiać”, to powinni słuchać, a gdy chciał im „coś pokazać”, to musieli spełnić jego „prośbę”.
Albo bić się z, bogowie wiedzą iloma, aherskimi wojownikami, wspieranymi przez najpotężniejszego szamana w tej części gór.
Rozejrzał się wokół, zapinając pas z mieczem. Na pierwszych czterech saniach przyjechało dziewięciu ludzi i sam Borehed. Jakieś dwieście jardów za nim zatrzymały się kolejne dwa tuziny sań z resztą kompanii i drużyną Szczurów. Jedno musiał niechętnie przyznać ich dowódcy, Olag-hes-Brend szybko kojarzył fakty, a że najpewniej imię szamana nie było mu obce, nie oponował, gdy Borehed przedstawił swoją propozycję.
Pojadą z nim sprawdzić, co lub kto tak zirytował Panią Lodu, że użyła całej swojej potęgi, by zgnieść intruza. A jej gniew objawiał się odbierającym dech mrozem i wiatrami wiejącymi nieprzerwanie od dwóch miesięcy. Lodowa pokrywa skuwająca ocean nie stopniała jak co roku, wody nie zakwitły krylem, ryby – a za nimi pingwiny, foki, orki i wieloryby – nie przypłynęły, by żerować. Plemiona aherów uzależnione od tysiącleci od naturalnego cyklu, w jakim przybrzeżne wody tętniły życiem, znalazły się na skraju śmierci głodowej. Zapasy z zeszłej jesieni wyczerpały się już, myśliwi, wyruszający dziesiątki mil w głąb lodowych pól w poszukiwaniu fok i morsów, napotykali tylko równie jak oni wygłodzone białe niedźwiedzie, a nawet jeśli w takim starciu szczęście pozostawało po ich stronie, to zwierzęta okazywały się tak wychudzone, że niewielki był z nich pożytek. Większość plemion zjadła już niemal wszystkie swoje psy, a dziadowie i babki coraz częściej wychodzili nocą z lodowych chat i znikali w zamieci, by młodym zostało więcej jedzenia.
Ofiary dla Pani Lodu jednak nie pomagały. Aherowie nigdy nie byli jej najwierniejszymi czcicielami, woleli swoje duchy opiekuńcze i mądrość szamanów, ale odnosili się do Anday’yi z należytym szacunkiem. Ona jednak zachowywała się teraz tak, jakby chciała ogołocić z życia całe swoje królestwo.
Desperacja pchnęła wreszcie północne plemiona do wędrówki w stronę jedynej przełęczy, którą mogły przedostać się za Wielki Grzbiet. Wymieniono posłańców z mieszkającymi po drugiej stronie kuzynami, którzy – choć czasami handlowali z mieszkańcami północnej strony gór – nie kwapili się zbytnio do pomocy. Resztki ziem, których ludzie jeszcze im nie zabrali, ledwo mogły wyżywić lokalne szczepy aherów. Polowania, uprawa owsa na kamienistych poletkach, hodowla kóz i łupieżcze wyprawy nie mogły dostarczyć wystarczającej ilości żywności, by wykarmić tysiące nowych gąb, z których może nie być żadnego pożytku. Zwłaszcza że przybysze nie znali nawet słowa „wojna”. Żyjąc na krańcu świata, gdzie każdy dzień był walką o przetrwanie, nauczyli się, że tylko we współpracy i jedności siła, a przemoc prowadzi do szybkiej śmierci. Wodzowie takich plemion jak Czerwone Pasy kpili – po co im myśliwi, którzy nie potrafią polować na dwunogą zwierzynę?
A wtedy pojawił się on. Borehed. Odbył wędrówkę od jednego wodza do drugiego, a gdy wychodził z ich namiotów, szałasów lub jaskiń, kpiny i śmiechy cichły. Potem otworzył przejście przez drogi duchów wprost do rozrośniętego ponad miarę obozowiska u stóp gór, posłuchał lamentów dochodzących z wnętrza lodowych chat, obejrzał wychudzone dzieci i jeszcze bardziej wychudzone psy i powiedział:
— Pięćdziesiąt mil stąd znajduje się to, co tak rozwścieczyło Panią Lodu. Muszę zobaczyć co to. Potrzebuję setki wojowników z psimi zaprzęgami.
Współplemieńcy odmówili mu, może po raz pierwszy. Nie wojowników i psich zaprzęgów, ale pójścia w stronę miejsca, które ściągnęło na siebie furię Pani Lodu. Wiedzieli o nim, o chmurze, która usiadła na lodzie i której nie potrafiły rozwiać najpotężniejsze wichury. Kilka plemion mijało ją z tak bliska, że sny ich szamanów wypełniły się wizjami, od których część z nich oszalała.
Borehed nie wściekał się i nie groził. Wystarczyło mu to, co zobaczył w oczach jednego z dotkniętych obłędem czarowników. Odprysk bitwy toczonej między Anday’yą a intruzem prawie wyrwał nieszczęśnikowi duszę z ciała.