Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 29 30 31 32 33 34 35 36 37 ... 210
Перейти на страницу:

Nie mi­nę­ła go­dzi­na, a wszyst­ko się po­krę­ci­ło tak, że po­rucz­nik za­czął bar­dzo ża­ło­wać swo­je­go upo­ru.

Ken­neth otrze­pał fu­trza­ne spodnie i kurt­kę z war­stew­ki śnie­gu i się­gnął po pas z mie­czem. Za­bra­li ze sobą tyl­ko to, co nie­zbęd­ne. Żyw­ność dla lu­dzi i psów, broń i pan­ce­rze, na­mio­ty, sa­kwy z za­pa­so­wy­mi ubra­nia­mi. Ale w cza­sie jaz­dy wszyst­ko to po­dró­żo­wa­ło na sa­niach. Je­śli, pę­dząc po lo­do­wym pust­ko­wiu psim za­przę­giem, nie za­ło­żysz na prze­szy­wa­ni­cę gru­bej, fu­trza­nej kurt­ki z kap­tu­rem, tyl­ko wa­żą­cą trzy­dzie­ści fun­tów kol­czu­gę, że­la­zo wy­ssie z cie­bie każ­dą un­cję cie­pła. Po­dob­nie jak sta­lo­wy hełm, na­wet je­śli bę­dzie pod nim pi­ko­wa­ny cze­piec. An­day’ya z ra­do­ścią wi­ta­ła w lo­do­wych ob­ję­ciach wszyst­kich tych, któ­rzy są zbyt głu­pi, by uznać ją za praw­dzi­wą wład­czy­nię Pół­no­cy.

A jed­nak ktoś rzu­cił Pani Lodu wy­zwa­nie w sa­mym ser­cu jej kró­le­stwa. W efek­cie tego star­cia miesz­ka­ją­ce na krań­cu świa­ta ple­mio­na ahe­rów sta­nę­ły przed wy­bo­rem – prze­nieść się za Wiel­ki Grzbiet, na te­re­ny swo­ich wo­jow­ni­czych ku­zy­nów, i wal­czyć u ich boku prze­ciw lu­dziom, albo wy­mrzeć z gło­du.

Bo­re­hed miał dziw­ną minę, gdy mu o tym opo­wia­dał.

To ten cho­ler­ny sza­man był bez­po­śred­nią przy­czy­ną tego, że Szó­sta Kom­pa­nia i to­wa­rzy­szą­ca jej dru­ży­na Szczu­rów wy­lą­do­wa­ły tu­taj, pięć­dzie­siąt mil za Wiel­kim Grzbie­tem. W chwi­li gdy Pa­tyk dał znać, kto się zbli­ża, Ken­neth zro­zu­miał, że wszel­kie roz­ka­zy Nory czy do­wódz­twa stra­ci­ły zna­cze­nie. Po­rucz­nik wi­dział, jak ten wiel­ko­zę­by su­kin­syn za­bi­ja opę­ta­ne­go przez de­mo­na cza­row­ni­ka, a to była rzecz, któ­rej mógł do­ko­nać tyl­ko ktoś z umie­jęt­no­ścia­mi bi­tew­ne­go maga. Je­śli Bo­re­hed chciał „po­roz­ma­wiać”, to po­win­ni słu­chać, a gdy chciał im „coś po­ka­zać”, to mu­sie­li speł­nić jego „proś­bę”.

Albo bić się z, bo­go­wie wie­dzą ilo­ma, aher­ski­mi wo­jow­ni­ka­mi, wspie­ra­ny­mi przez naj­po­tęż­niej­sze­go sza­ma­na w tej czę­ści gór.

Ro­zej­rzał się wo­kół, za­pi­na­jąc pas z mie­czem. Na pierw­szych czte­rech sa­niach przy­je­cha­ło dzie­wię­ciu lu­dzi i sam Bo­re­hed. Ja­kieś dwie­ście jar­dów za nim za­trzy­ma­ły się ko­lej­ne dwa tu­zi­ny sań z resz­tą kom­pa­nii i dru­ży­ną Szczu­rów. Jed­no mu­siał nie­chęt­nie przy­znać ich do­wód­cy, Olag-hes-Brend szyb­ko ko­ja­rzył fak­ty, a że naj­pew­niej imię sza­ma­na nie było mu obce, nie opo­no­wał, gdy Bo­re­hed przed­sta­wił swo­ją pro­po­zy­cję.

Po­ja­dą z nim spraw­dzić, co lub kto tak zi­ry­to­wał Pa­nią Lodu, że uży­ła ca­łej swo­jej po­tę­gi, by zgnieść in­tru­za. A jej gniew ob­ja­wiał się od­bie­ra­ją­cym dech mro­zem i wia­tra­mi wie­ją­cy­mi nie­prze­rwa­nie od dwóch mie­się­cy. Lo­do­wa po­kry­wa sku­wa­ją­ca oce­an nie stop­nia­ła jak co roku, wody nie za­kwi­tły kry­lem, ryby – a za nimi pin­gwi­ny, foki, orki i wie­lo­ry­by – nie przy­pły­nę­ły, by że­ro­wać. Ple­mio­na ahe­rów uza­leż­nio­ne od ty­siąc­le­ci od na­tu­ral­ne­go cy­klu, w ja­kim przy­brzeż­ne wody tęt­ni­ły ży­ciem, zna­la­zły się na skra­ju śmier­ci gło­do­wej. Za­pa­sy z ze­szłej je­sie­ni wy­czer­pa­ły się już, my­śli­wi, wy­ru­sza­ją­cy dzie­siąt­ki mil w głąb lo­do­wych pól w po­szu­ki­wa­niu fok i mor­sów, na­po­ty­ka­li tyl­ko rów­nie jak oni wy­gło­dzo­ne bia­łe niedź­wie­dzie, a na­wet je­śli w ta­kim star­ciu szczę­ście po­zo­sta­wa­ło po ich stro­nie, to zwie­rzę­ta oka­zy­wa­ły się tak wy­chu­dzo­ne, że nie­wiel­ki był z nich po­ży­tek. Więk­szość ple­mion zja­dła już nie­mal wszyst­kie swo­je psy, a dzia­do­wie i bab­ki co­raz czę­ściej wy­cho­dzi­li nocą z lo­do­wych chat i zni­ka­li w za­mie­ci, by mło­dym zo­sta­ło wię­cej je­dze­nia.

Ofia­ry dla Pani Lodu jed­nak nie po­ma­ga­ły. Ahe­ro­wie ni­g­dy nie byli jej naj­wier­niej­szy­mi czci­cie­la­mi, wo­le­li swo­je du­chy opie­kuń­cze i mą­drość sza­ma­nów, ale od­no­si­li się do An­day’yi z na­le­ży­tym sza­cun­kiem. Ona jed­nak za­cho­wy­wa­ła się te­raz tak, jak­by chcia­ła ogo­ło­cić z ży­cia całe swo­je kró­le­stwo.

De­spe­ra­cja pchnę­ła wresz­cie pół­noc­ne ple­mio­na do wę­drów­ki w stro­nę je­dy­nej prze­łę­czy, któ­rą mo­gły prze­do­stać się za Wiel­ki Grzbiet. Wy­mie­nio­no po­słań­ców z miesz­ka­ją­cy­mi po dru­giej stro­nie ku­zy­na­mi, któ­rzy – choć cza­sa­mi han­dlo­wa­li z miesz­kań­ca­mi pół­noc­nej stro­ny gór – nie kwa­pi­li się zbyt­nio do po­mo­cy. Reszt­ki ziem, któ­rych lu­dzie jesz­cze im nie za­bra­li, le­d­wo mo­gły wy­ży­wić lo­kal­ne szcze­py ahe­rów. Po­lo­wa­nia, upra­wa owsa na ka­mie­ni­stych po­let­kach, ho­dow­la kóz i łu­pież­cze wy­pra­wy nie mo­gły do­star­czyć wy­star­cza­ją­cej ilo­ści żyw­no­ści, by wy­kar­mić ty­sią­ce no­wych gąb, z któ­rych może nie być żad­ne­go po­żyt­ku. Zwłasz­cza że przy­by­sze nie zna­li na­wet sło­wa „woj­na”. Ży­jąc na krań­cu świa­ta, gdzie każ­dy dzień był wal­ką o prze­trwa­nie, na­uczy­li się, że tyl­ko we współ­pra­cy i jed­no­ści siła, a prze­moc pro­wa­dzi do szyb­kiej śmier­ci. Wo­dzo­wie ta­kich ple­mion jak Czer­wo­ne Pasy kpi­li – po co im my­śli­wi, któ­rzy nie po­tra­fią po­lo­wać na dwu­no­gą zwie­rzy­nę?

A wte­dy po­ja­wił się on. Bo­re­hed. Od­był wę­drów­kę od jed­ne­go wo­dza do dru­gie­go, a gdy wy­cho­dził z ich na­mio­tów, sza­ła­sów lub ja­skiń, kpi­ny i śmie­chy ci­chły. Po­tem otwo­rzył przej­ście przez dro­gi du­chów wprost do roz­ro­śnię­te­go po­nad mia­rę obo­zo­wi­ska u stóp gór, po­słu­chał la­men­tów do­cho­dzą­cych z wnę­trza lo­do­wych chat, obej­rzał wy­chu­dzo­ne dzie­ci i jesz­cze bar­dziej wy­chu­dzo­ne psy i po­wie­dział:

— Pięć­dzie­siąt mil stąd znaj­du­je się to, co tak roz­wście­czy­ło Pa­nią Lodu. Mu­szę zo­ba­czyć co to. Po­trze­bu­ję set­ki wo­jow­ni­ków z psi­mi za­przę­ga­mi.

Współ­ple­mień­cy od­mó­wi­li mu, może po raz pierw­szy. Nie wo­jow­ni­ków i psich za­przę­gów, ale pój­ścia w stro­nę miej­sca, któ­re ścią­gnę­ło na sie­bie fu­rię Pani Lodu. Wie­dzie­li o nim, o chmu­rze, któ­ra usia­dła na lo­dzie i któ­rej nie po­tra­fi­ły roz­wiać naj­po­tęż­niej­sze wi­chu­ry. Kil­ka ple­mion mi­ja­ło ją z tak bli­ska, że sny ich sza­ma­nów wy­peł­ni­ły się wi­zja­mi, od któ­rych część z nich osza­la­ła.

Bo­re­hed nie wście­kał się i nie gro­ził. Wy­star­czy­ło mu to, co zo­ba­czył w oczach jed­ne­go z do­tknię­tych obłę­dem cza­row­ni­ków. Od­prysk bi­twy to­czo­nej mię­dzy An­day’yą a in­tru­zem pra­wie wy­rwał nie­szczę­śni­ko­wi du­szę z cia­ła.

1 ... 29 30 31 32 33 34 35 36 37 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)