Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Czas żyć czas zabijać
Czas żyć czas zabijać - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czas żyć czas zabijać

Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:

Czas żyć czas zabijać
1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 111
Перейти на страницу:

Jednak teraz to już przeszłość. Teraz oazy były wypalone, a źródła wody, o które nie miał kto dbać i ich utrzymywać, zniknęły przysypane piachem postępujących wydm lub jeszcze gorzej, zostały zatrute sokami toksycznych kaktusów. Obie strony konfliktu używały ich jako broni biologicznej po równo, bezlitośnie niszcząc przedpola nieprzyjaciela.

- Pojutrze? - Craig wydawał się wyraźnie niezadowolony z odpowiedzi Koharowa. - Przecież na mapie to mniej niż połowa dystansu, jaki pokonaliśmy w dwa dni - zaprotestował.

- Owszem, ale są tam również oznaczenia dwóch razgów - zwrócił jego uwagę Koharow. - My jesteśmy dopiero za pierwszym. Ciągnąc z wozami, postępujemy wolniej, niż gdybyśmy wędrowali pieszo.

Teraz i Sierżant zaczął przysłuchiwać się z uwagą.

- Ja wiem, że z wozami idziemy wolniej - Craig zaczynał się złościć - ale przecież i tak przez dwa dni przeszliśmy dwa razy więcej, niż dzieli nas od Hutskiej. Nie rozumiem, dlaczego nie mielibyśmy tam stanąć już jutro, i to bez pośpiechu!

- Bo razg razgowi nierówny - przyłączył się wreszcie do rozmowy Bakly. - Zależy od terenu. Są takie odcinki, że człowiek się cieszy, jak da radę wycisnąć cztery, pięć kilometrów. Mapy zwyczajnie kłamią.

Koharow rzucił mu badawcze spojrzenie. Bakly musiał mieć na myśli Bazaltową Wyżynę - rozległy obszar niewysokich gór. Wiatr i piasek wyżłobiły tam w ciągu stuleci prawdziwą plątaninę wąskich kanionów i przesmyków. Nie miał pojęcia, czego też Bakly mógł tam szukać. Sam zapuścił się kiedyś na wyżynę w poszukiwaniu ukrytej bazy Czarnych Jeźdźców. Nie wspominał tej wyprawy miło, o mały włos, a przypłaciłby ją życiem, i to bez pomocy bandytów.

- Rozumiem - uspokoił się Craig i wrócił do studiowania mapy.

Koharow otworzył oczy. Nie czekały go żadne niespodzianki. Ranek wyglądał identycznie jak poprzedni, jak setki, tysiące poprzednich poranków na pustyni. Wyschnięte, pozbawione jakiejkolwiek wilgotności powietrze, wyblakłe niebo, oślepiające słońce i długie, wędrujące szybko cienie skał. Kiedy wygrzebał się ze swojej derki, zauważył, że Bakly i Sierżant są już na nogach i o czymś po cichu konferują. Bakly wydobył z siebie całe trzy zdania i Koharow zgadywał, że w ten sposób wyczerpał przydział słów na nadchodzący tydzień.

Ludzie otrzymali swoją dzienną rację wody, który musiał im wystarczyć aż do wieczora, po czym zbiorniki zostały zapieczętowane. Sierżant nasmarował jeszcze osie wozów olejem daktylowym i ruszyli w drogę. Co chwila musieli się jednak zatrzymywać. Na tak nierównym terenie wozy dostarczały im pełne ręce pracy. Nikogo do roboty nie trzeba było zaganiać, każdy dawał z siebie, ile było trzeba. Im dalej w pustynię, tym lepiej zdawali sobie sprawę z tego, że ich przeżycie zależy wyłącznie od wody, którą ze sobą wiozą, i od tego, jak szybko zdołają dotrzeć do kolejnego źródła. W południe droga przywiodła ich na głęboką przełęcz.

- Gawryli Wąwóz - oznajmił Koharow. - Kiedyś regularnie szły tędy karawany, droga była dużo lepsza i wozy nie miały trudności z jego pokonaniem, ale dziś wygląda tak, że nawet nie jestem pewien, czy da się zjechać w dół.

- Da się. Będziemy sobie pomagać linami - zareagował Bakly. - Kawałek dalej jest takie miejsce, przez które wozy przejdą jeden za drugim. Na styk, nie będzie nawet miejsca na to, aby iść obok. No i pewnie będziemy musieli wąwóz trochę udrożnić.

Zaskoczony Koharow kiwnął głową.

- Zgadza się, na szerokość osi, nie więcej.

- Wolisz jechać z przodu czy zamykać pochód? - wielki mężczyzna zwrócił się do dowódcy najemników.

Koszula Craiga nie była już tak biała ani tak elegancka. Szerokie rękawy, które przy przeciskaniu się między skałami okazały się bardzo niepraktyczne, już dawno poodcinał. Pytanie wzbudziło w nim podejrzenia. Jak do tej pory Bakly wyłącznie rozkazywał, a i to głównie za pośrednictwem Sierżanta. Zazwyczaj jednak nie odzywał się wcale.

- Pójdziemy jako straż tylna - wybrał wreszcie.

- No to jedziemy - zakomenderował bez dalszych ceregieli Sierżant. - Wiążcie liny, po ośmiu chłopa na wóz.

Koharow prosił w duchu o przychylność opatrzności, aby dozwoliła im dostać się na dół w całości.

Jak się okazało, do najwęższego miejsca wąwozu dotarli bez większych trudności. Napierające na nich z obu stron skalne ściany wznosiły się tu tak wysoko, że skrywały ich przed promieniami słońca, zasłaniały zresztą większą część nieba. W cieniu nie czuli wreszcie wszechobecnego żaru. Wąski przesmyk, z daleka wyglądający jak co najwyżej nikła szczerbina, przy bliższych oględzinach okazał się na tyle szeroki, iż przy odrobinie wysiłku wozy powinny dać radę się przecisnąć.

- Ja i czterech chłopa z łomami pójdziemy pierwsi, na wypadek gdyby trzeba było odwalić z drogi jakiekolwiek głazy - zarządził Bakly i bez zwłoki wkroczył w panujący w przesmyku półmrok.

W normalnych okolicznościach Koharow powitałby panujący tu chłód z wdzięcznością, jednak nie tym razem. Coś mu się nie podobało, niepokoiło i wyczuwał, że podobne wrażenie mieli jego ludzie. Sprawdził miecz w pochwie, ustawił się za drugim wozem i ruszył wraz z nim.

Skrzypienie kół odbijało się echem, chrzęst żwiru wydał się nagle bardzo głośny.

Rżenie koni, krzyk.

- Wróg! Atakują! - Spełniły się jego obawy.

- Napadli nas od tyłu!

Zawrócił w miejscu i wraz z Sierżantem i swoimi ludźmi ruszyli z powrotem. Wylot wąwozu blokowali łucznicy. Widział masakrowane konie padające pod gradem strzał, dziesięciu najemników Craiga, którzy mieli ich pilnować, kryło się przed ostrzałem. Pozostali byli zbyt daleko, u przewężenia, i starali się skryć przed niebezpieczeństwem.

Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że walka na pustyni rządziła się swoimi własnymi prawami.

„Musimy przeprowadzić wozy na drugą stronę albo zlikwidować strzelców!” - chciał krzyknąć, ale zamiast tego padł tylko na ziemię i przetoczył się przez ramię. Powietrze tuż nad nim śpiewało od świszczących grotów.

Nie zatrzymywał się. W trakcie przewrotki złapał w lewą dłoń kamień, cisnął nim i szczęśliwie trafił jednego z wojowników naciągających właśnie cięciwę z nałożoną już strzałą.

„Czarni Jeźdźcy, Czarni Jeźdźcy!” - krzyczało w nim wszystko, zmusił się jednak, by przeć naprzód, by jak najszybciej zamknąć dystans dzielący go od łuczników, zanim zdążą znów naciągnąć i wycelować. Trafiony kamieniem wystrzelił, ale nie trafił. Koharow tymczasem robił już mieczem, ostrze przecięło łuk, zanurzyło się w przedramieniu łucznika. Podążający pół kroku za Koharowem najemnik zwalił się na ziemię przestrzelony na wylot. Koharow nie dostrzegł nic więcej, jak w amoku ciął na lewo i prawo, wkładając całą swą furię w te krótkie uderzenia. Opłaciło się. Jego atak zdołał roztrącić grupę łuczników, otworzył pozostałym pole do ataku.

Obejrzał się. Za jego plecami Sierżant wraz z trzema innymi powstrzymywali Czarnych Jeźdźców, którzy próbowali go podejść.

- Chrońcie wozy! Za każdą cenę chrońcie wozy z wodą! - udało mu się wreszcie krzyknąć.

Taktykę Czarnych Jeźdźców znał dobrze. Ich pierwszym celem zawsze była próba oddzielenia ofiary od zapasów wody. Gdyby to okazało się niemożliwe, wtedy starali się te zapasy zniszczyć, aby pozostawić napadniętych na pastwę pustyni.

Walka nie trwała długo. Kiedy napastnicy zorientowali się, że utracili przewagę zaskoczenia oraz liczebną, błyskawicznie rozbiegli się i w swych ciemnych płaszczach dosłownie wtopili się w cienie i okoliczne głazy.

1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 111
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)