Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
- Автор: Przechrzta Adam
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 978-83-7574-617-4
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:
– Może ja spróbuję? – Lekko zdyszany Drozd założył klucz na sześcioboczny trzpień gałki.
– Otwieraj! – zarządziłem.
Metaliczny zgrzyt świadczył, że coś się ruszyło, po chwili zawtórował mu drugi i trzeci.
– No, w końcu! – sapnął chłopak.
Szarpnął drzwiczki, te uchyliły się z potwornym skrzypieniem. Cóż, chyba nadeszła chwila prawdy... Zerknąłem do wnętrza sejfu: na górnej półce leżały jakieś dokumenty, wszystkie inne zastawione były metalowymi kasetkami. Czasem używa się takich do przechowywania niewielkich, no, względnie niewielkich sum pieniędzy. Gdy podniosłem jedną z nich, mimowolnie gwizdnąłem z podziwu, ledwo dałem radę. Teoretycznie wewnątrz mogły być łożyska kulkowe albo ołów, ale jeśli wykluczyć te ewentualności, pozostawała jedna, dużo bardziej prawdopodobna: złoto.
– Zabieramy kasety. Wszystkie – poleciłem. – Wiera! Gdzie te walizki?!
– No idę już, idę! – burknęła panna Turkuł.
Objuczona rozmaitego rodzaju sakwojażami wyglądała dość pociesznie.
– Tylko nie ładujcie za dużo, żeby nie rozwaliły się w drodze!
– Co w tym, do cholery, jest? – wystękał Drozd, z trudem unosząc dwie kasetki.
– Wyjaśnienia na potem! – powiedziałem niecierpliwie. – Zabierzcie wszystko z sejfu i na ciężarówkę z tym!
Sam wróciłem do pokoju sekretarki. Kobieta wpatrywała się w przestrzeń nieobecnym wzrokiem. Najwyraźniej stupor jeszcze nie minął. No i dobrze, będzie jej lżej. A i mnie jakoś łatwiej...
Przeszedłem za plecy nadal przywiązanej do krzesła sekretarki i przyłożywszy jej do głowy poduszkę, dwukrotnie nacisnąłem spust.
– Dlaczego wy tak... Dlaczego?
Stojąca w drzwiach Wiera wyglądała, jakby miała zemdleć.
– Przy takim strzale mózg i krew mogą pryskać na kilka metrów – wyjaśniłem rzeczowo, udając, że nie zrozumiałem pytania. – Nie chciałem się uświnić. Załadowaliście wszystko na ciężarówkę? – zmieniłem temat.
– Tak, ale...
– Żadne „ale” – uciąłem. – Jedziemy!
Zbiegłem po schodach, nie oglądając się za siebie, po chwili usłyszałem, że panna Turkuł schodzi w ślad za mną. Tyle że powoli i, jak można było się domyślić, bez specjalnego entuzjazmu. Cóż, Francuzi mawiają: „Na wojnie jak na wojnie”. Trzeba się przyzwyczaić, ot i wszystko...
Z zadowoleniem stwierdziłem, że wszystko jest gotowe do odjazdu, a Tima i Pietia siedzą już w szoferce.
– Pospiesz się, Wiera! – krzyknąłem.
Wgramoliłem się na pakę büssinga, kiedy podeszła, podałem jej rękę. Przyjęła ją, choć – nie ma co ukrywać – z pewnym wahaniem. Ech, baby...
Wciągnąłem dziewczynę do ciężarówki, dałem sygnał do odjazdu. Ruszyliśmy. Przez kilka minut, zanim wjechaliśmy do lasu, siedziałem z palcem na spuście pepeszy, później się rozluźniłem; najgorsze już za nami. Nadszedł czas, aby pogadać z panną Turkuł...
– Jak się czujesz? – spytałem spokojnie.
Kilkakrotnie przełknęła ślinę, zanim odpowiedziała.
– Czy musieliście ją...
– Musiałem.
– Ale dlaczego?
– Lepiej, jak nie będziesz wiedziała.
– Nie chcecie mi powiedzieć?!
Mimowolnie pokręciłem głową, zapominając, że dziewczyna nie może w ciemnościach dostrzec mojego gestu. Oj, naiwna ta nasza Wierka, naiwna...
– Gdybym ci wszystko wyjaśnił i coś poszłoby nie tak, byłabyś pierwszą podejrzaną. W naszej... branży lepiej nie wiedzieć zbyt wiele. Jakby co, nie pójdziemy na milicję, nie będzie rozprawy sądowej. Załatwimy to we własnym zakresie. A kara jest tylko jedna: kula w łeb! Żal ci tej baby?
– Żal – przyznała cichutko.
– Musiałem ją zabić, żebyśmy my przeżyli. Wierz mi, nie żartuję. Więcej wiedzieć nie musisz.
– Ale to kobieta...
– Owszem, taka sama jak te, które mordują i gwałcą faszyści! Tylko że one niczym i nikomu nie zawiniły, nie okupowały cudzego kraju, nie okradały go. Wiesz, że gdybyś została ranna, a my nie mielibyśmy możliwości wziąć cię ze sobą, któryś z nas zastrzeliłby i ciebie? Zbyt dużo wiesz, nie moglibyśmy ryzykować...
– Nie wydałabym was! – zawołała z oburzeniem.
– Z własnej woli na pewno nie – przyznałem. – Ale pod presją... Każdego można złamać, to tylko kwestia czasu.
– Was też?
– I mnie...
– A gdybyście to wy zostali ranni?
– To któreś z was oddałoby mi ostatnią przysługę. A potem zdjęlibyście mi buty...
– Jakie buty? O czym wy mówicie?!
– Wiesz, jest taki wiersz... Napisał go młody czołgista Ion Degen.
Mój towarzyszu, w śmiertelnej agonii
nie wołaj druhów, na nic twój krzyk.
Pozwól mi ogrzać zmarznięte me dłonie nad ciałem twym krwawym, co jeszcze drży...
Nie płacz i nie krzycz, tyś przecie nie baba.
Jesteś już martwy – nie boli cię nic.
Wezmę twe buty, normalna to sprawa.
Atak przede mną, a ja muszę żyć...
– Taka jest wojna – powiedziałem posępnie. – Postaraj się zrozumieć, bo jeśli tego nie pojmiesz, zginiesz nie tylko ty, ale sprowadzisz śmierć i na nas.
– Zdjęlibyście moje buty? – spytała.
– Zdjąłbym. Nie okradłbym cię ani nie podstawił pod kule dla własnej korzyści, ale gdybyś była martwa, a coś z twojego dobytku by mi się przydało...
Długo nie odpowiadała, wreszcie przysunęła się bliżej, przytuliła. W tym geście nie doszukiwałem się żadnego erotycznego podtekstu: na wojnie przyjaciele dzielą się nie tylko wódką i tytoniem, także ciepłem własnego ciała. Noc była chłodna, mżyło.
Krople deszczu ponuro bębniły po plandece ciężarówki, głuszyły odgłosy lasu. Siedziałem przygarbiony, kurczowo ściskając pepeszę, wpatrzony w nocny mrok. Któryś z chłopaków zastukał dwa razy: znaczy jeszcze dziesięć minut.
– Wyjdę zapalić – powiedziała Wiera.
– Siedź! – syknąłem ostro. – Trzymaj broń w pogotowiu!
– Myślicie, że Niemcy nas znajdą? – spytała niepewnie.
Złapałem dziewuchę za kark, przyciągnąłem do siebie.
– Nie wiem, jak Niemcy, mała idiotko, na razie musimy strzec się swoich – szepnąłem jej do ucha.
– Swoich?! – sapnęła z oburzeniem.
– Jest ich tu z dziesięciu, to biedni wieśniacy. Wiedzą, że mamy wóz pełen niemieckiego dobra, a Moskwa daleko... Samolot przyleci i co? W końcu operacja mogła się nie udać...
– Przecież musieli zameldować przez radio, że wszystko w porządku, inaczej maszyna zawróci!
– Może zameldowali, a może i nie... A mało to może zdarzyć się w ostatnim momencie?
– Na co im obrazy?
– Na nic, ale przecież nie wiedzą, co tu mamy. Za to widzieli ciebie.
– I co z tego?
– To, że zapewne nieco różnisz się od miejscowych dziewuszek: nie śmierdzisz gnojówką i masz wszystkie zęby. Gdyby tylko mieli okazję, zabawiliby się z tobą na wszystkie znane ci i wiele nieznanych sposobów, a potem zabili. Dlatego siedź cicho, uważaj na każdy szmer, a jeśli zacznie się rozpierducha, wal we wszystko, co się rusza!