Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фанфик » Desiderium Intimum
Desiderium Intimum - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Desiderium Intimum

Электронная книга - «Desiderium Intimum». Краткое содержание книги:

HP/SS (NC-17)
Kiedy jedno zdarzenie zmienia całe Twoje życie...
1 ... 351 352 353 354 355 356 357 358 359 ... 508
Перейти на страницу:

- Jak mogłeś? Jak mogłeś mi to zrobić? Jak mogłeś tak mnie oszukać? Jak mogłeś

mnie tak podle wykorzystać? Jak mogłeś mnie nienawidzić? Przez cały ten czas! Jak

mogłeś?!

Snape milczał. Jego zaciśnięte w cienką linię usta były niemal białe.

Ból był coraz większy. Nie do zniesienia. Przeobraził się w ogarniętą szałem bestię,

rozrywał Harry'ego od środka, miażdżył wnętrzności, rozszarpywał mięśnie.

- Odpowiedz mi, ty zdrajco! Dlaczego, do cholery, milczysz? Dla ciebie to wszystko

było tylko grą! Żałosną rozgrywką! Nigdy nic dla ciebie nie znaczyłem! Nic!!! Przez

cały czas kłamałeś! Przez cały cholerny czas! - Głos Harry'ego załamał się. Przełknął

łzy, które niepostrzeżenie wpłynęły mu do ust.

Snape stał niczym wykuty z kamienia. Był jeszcze bledszy niż wcześniej.

Przypominał teraz ducha. Nie poruszał się. Po prostu patrzył.

- Wykorzystałeś mnie! Wykorzystałeś moje pragnienie dla swojego pragnienia!

Myślałem, że chociaż ty... że chociaż ty nie uważasz mnie za narzędzie! Że jako

jedyny nie próbujesz się mną posłużyć! A jesteś taki sam! Jesteś jeszcze gorszy!

Jesteś potworem! Żaden człowiek nie mógłby... nie mógłby... przez cały ten czas... o

boże! - Harry złapał różdżkę obiema dłońmi, aby ją utrzymać. Nie panował nad sobą.

Nie panował nad wypełniającą go odrazą, która sączyła się z końca jego różdżki w

postaci coraz gorętszych, coraz gwałtowniej syczących iskier.

- Jak mogłeś? Jak mogłeś pokazywać mu nasze chwile? Przecież to były nasze

wspomnienia! Jak mogłeś...?!

Snape zacisnął usta jeszcze bardziej, chociaż wydawało się to niemożliwe.

- No odpowiedz mi! Pochwal się, jakim byłem dla was pośmiewiskiem! Opowiedz, jak

śmialiście się z tego, jakim byłem zaślepionym kretynem! Opowiedz, jak świetnie się

bawiłeś, kiedy pokazywałeś mu nasze intymne chwile, ty chory popaprańcu!

Ale Snape nie odpowiedział. Nie odezwał się ani jednym słowem. Stał tam tylko... z

tym swoim wielkim nosem, tłustymi włosami, długimi, obleśnymi, żółtymi palcami,

szkaradną twarzą...

- Jak mogłem cokolwiek w tobie widzieć? Jesteś odrażający! Jesteś... jesteś... nikim!

Nienawidzę cię! Słyszysz? Nienawidzę!!! - Nic. Żadnej reakcji. - Nigdy ci tego nie

wybaczę! Nigdy!!!

Zanim się zorientował, był już na zewnątrz, uciekając od niego, od tego... tego...

Biegł przez salon, gabinet, jak najdalej stąd, ponieważ miał wrażenie, że jeżeli

zostanie tutaj choćby minutę dłużej, to albo zwymiotuje, albo... Dopadł do drzwi i

zatrzasnął je za sobą z taką siłą, iż stojące na półkach książki zadygotały lekko.

W pomieszczeniu zapanowała cisza. Gładka niczym tafla jeziora, a jednocześnie

wibrująca niczym zbyt mocno naciągnięta struna, nadal rozbrzmiewająca echem

krzyku wypełnionego zdradą, rozczarowaniem i rozgoryczeniem. A także pewnego

rodzaju... ostatecznością.

Snape przymknął oczy. Z jego piersi wyrwało się długie, głębokie westchnienie. Zdjął

rękę z regału i powoli ją opuścił, kładąc dłoń na lewym przedramieniu i ściskając je.

Przez jego bladą, ściągniętą twarz przesunął się cień. Otworzył oczy, uniósł rękaw

szaty i spojrzał na rozległe zaczerwienienie widniejące wokół Mrocznego Znaku,

który wydawał się niemal wić na jego skórze i wyglądał tak, jakby od jakiegoś czasu

chciał ją przepalić.

Spojrzał na myślodsiewnię, a następnie przeniósł wzrok na znajdujący się na stole

kociołek wypełniony ciemnozielonym eliksirem. Po chwili cichej, niemal nieruchomej

kontemplacji, podszedł do jednego z regałów i spomiędzy kilku znajdujących się na

nim tomów, wyjął plik kartek, które wyglądały tak, jakby wyrwano je z jakiejś bardzo

starej książki. Ułożył je na stole, wyciągnął różdżkę i po chwili kartki już płonęły,

zwijając się i zmieniając w czarny popiół. Schował różdżkę z powrotem i jeszcze raz

powiódł wzrokiem po pomieszczeniu.

Jego wzrok przyciągnęło małe, pogniecione czerwone pudełeczko, leżące na

podłodze przed myślodsiewnią. Podszedł do niego i przez jakiś czas po prostu

przyglądał mu się. Po chwili jednak pochylił się i drżącą ręką podniósł je z podłogi. W

środku znajdowała się niewielka kartka. Rozwinął ją ostrożnie i zaczął czytać, a

wtedy jakaś ledwie widoczna iskra, która przez cały czas tliła się w jego oczach...

eksplodowała.

*

Harry biegł. Biegł co sił w nogach. Biegł przez pogrążone w mroku korytarze, przez

szkolny dziedziniec, przez most, wprost w ciemność rozciągających się wokół zamku,

pokrytych śniegiem błoni. Brakowało mu tchu, brakowało mu sił, ale biegł dalej,

rozrzucając na boki śnieg, pragnąc jedynie jednego... ucieczki. Ucieczki od tego...

rozrywającego na strzępy, tępego bólu, który zagnieździł się w nim niczym robak,

pożerając wszelkie emocje i pozostawiając po sobie jedynie pustkę. Tak wielką i

zimną, jakby ktoś wyrwał z niego duszę, a następnie podeptał ją i wyrzucił niczym

niepotrzebny śmieć. Czuł jedynie chłód. Lodowaty chłód, wdzierający się przez tę

pustkę do jego wnętrza i zamrażający wszystko, co napotkał na swej drodze... każde

szybsze zabicie serca, każdy uśmiech, który kiedykolwiek zagościł na jego twarzy,

każde cieplejsze uczucie...

Biegł coraz wolniej, w miarę, jak lodowate zimno przenikało przez jego cienkie

ubranie, a padający śnieg osiadał na jego włosach i okularach, przez które już prawie

nic nie widział. W pewnym momencie potknął się o coś znajdującego się pod białą

płachtą i z całym impetem runął prosto w miliony drobinek lodu. Przez chwilę leżał

bez ruchu, zaciskając w dłoniach śnieg i pragnąc, by zamroził go jeszcze bardziej, by

zamroził ten ból i zmusił go do odejścia...

Ale nic nie było na tyle zimne, aby tego dokonać.

Powoli, podpierając się na rękach, podniósł się na kolana. Wydawało mu się, że w

płucach ma igły, a każdy mięsień drży z wycieńczenia. Pomimo ciemności i

całkowicie pokrytych śniegiem okularów, dojrzał w pobliżu niewielki, półokrągły

kształt. Powoli, brnąc w śniegu na czworakach, dotarł do wyrastającego z podłoża

kamienia i usiadł u jego podstawy, obejmując rękami kolana i ukrywając w nich twarz.

Wszystko, w co wierzył, wszystko do czego dążył... nagle przestało istnieć. Sev...

Snape także nigdy nie istniał. Był tylko ogarnięty obsesją człowiek, bydlak bez uczuć,

dla którego Harry był jedynie pionkiem w jakiejś żałosnej rozgrywce. Chciał go

poświęcić dla osiągnięcia swojego celu i nie obchodziło go, kogo i co zniszczy po

drodze, jakie uczucia podepcze, jak głębokie rany zada...

Nie... to nie był człowiek. Nikt nie może być aż tak okrutny. Nikt nie może aż tak

dobrze udawać, chyba że nie ma serca. W każdej chwili, w której sądził, że cokolwiek

dla niego znaczy... on przez cały czas grał! Gardził nim od początku aż do samego

końca! Boże... i jeszcze... ich chwile... pokazywał im! Pokazywał im to, co było dla

niego tak cenne! Śmiał się z niego! Przez cały czas tylko się śmiał! Harry był dla

niego... dla nich jedynie pośmiewiskiem! Głupim, zakochanym szczeniakiem, który

zrobiłby dla niego wszystko. Ale kim trzeba być... jak wielki mrok mieć w sobie... aby

tak perfidnie wykorzystać tego... szczeniaka, a potem posłać go na śmierć. Bez

cienia wahania.

Przecież to niemożliwe, aby przez cały czas, przez absolutnie cały czas czuć jedynie

1 ... 351 352 353 354 355 356 357 358 359 ... 508
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)