Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]
Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]

Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]». Краткое содержание книги:

Trafiamy oto na Ziemię dalekiej przyszłości. Nie wiemy dokładnie, który to rok, lecz „czytając między wierszami” przypuszczam, że akcja rozgrywa się w okolicach przełomu trzeciego i czwartego tysiąclecia. Ludzie osiągnęli technologiczne szczyty. Na Ziemi kontrolują pogodę, w kosmosie, dzięki silnikom wykorzystującym tzw. efekt Taniewa, poruszają się z prędkością wielokrotnie przewyższającą szybkość światła. Krótkodystansowa komunikacja odbywa się za pośrednictwem fal mózgowych, a na obiekty fizyczne wpływać można dzięki swobodnie generowanym polom siłowym. Uporano się ze wszystkimi wielkimi plagami ludzkości, takimi jak katastrofy naturalne, głód, choroby… I nie, nie ma żadnego „ale”. Homo sapiens osiągnął ostateczną formę dobrobytu oraz szczęścia na Ziemi i zajął się zaawansowaną eksploracją Wszechświata. Nawiązano kontakt z wieloma inteligentnymi rasami, ale żadna z nich nie dorównuje poziomem zaawansowania technicznego człowiekowi. Wygląda więc na to, że ludziom przypadła rola przodowników kosmosu. Do czasu… Na arenie międzygwiezdnych zdarzeń pojawiają się potężni i zagadkowi Galaktowie oraz złowrodzy Niszczyciele. Bohaterowie wyruszają na sztuczną planetę Orę, gdzie odbyć ma się wielka konferencja z udziałem wszystkich zjednoczonych pod przewodnictwem człowieka inteligentnych gatunków. Jej uczestnicy zadecydują, jakie kroki należy podjąć w związku z odkryciem nowych ras i na jakich zasadach spróbować nawiązać z nimi kontakt.
1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 43
Перейти на страницу:

— Ja mam syntetyczne płuca — mruknął ponurym głosem Lusin. — Spadłem z pegaza. W Himalajach. Stare płuca zamarzły.

— Na Ziemi kosmonauci również przechodzą kwarantannę — kontynuował Romero — ale tam obawiają się bakterii, a nie sztuczności.

— Sztuczność jest niebezpieczniejsza od bakterii znów zabrzmiał głos — ale wasza nie jest groźna. Możecie wychodzić, przyjaciele.

Zapłonęło światło. Szeroko rozlany, radosny blask prysnął do wnętrza przez iluminatory. Za przezroczystym pancerzem okien rozpościerała się wielka równina: łąki, zagajniki, niewysokie pagórki, strumienie i rzeki biegnące aż po horyzont. Nad brzegami rzek, na skraju lasów wznosiły się domy. Jedne z nich przypominały wysmukłe wieże, inne znów niskie żywopłoty, wewnątrz których dostrzegliśmy ogrody pełne kwiatów i owocowych drzew. W powietrzu unosiły się jaskrawe ptaki i wężokształtne zwierzęta podobne do latających pochodni. Nad równiną, budynkami i latającymi stworzeniami rozpościerało się błękitne niebo.

— Doskonała iluzja — powiedział Romero. Znacznie doskonalsze od naszych stereowizerunków. Nie wyobrażam sobie jednak, jak można wyjść na tę zjawiskową scenę.

— Wychodźcie, przyjaciele. Czekamy na was — rozległ się głos.

Otworzyłem pokrywę luku i wyszedłem na zewnątrz. Planetolot stał na łące. Wokół tłoczyli się Galaktowie, do złudzenia przypominający tych, których widzieliśmy na obrazach Altairczyków i na rzeźbach z Sigmy. Zeskoczyłem na grunt i znalazłem się w objęciach jednego z gospodarzy.

5

Siedzieliśmy na trawie nad brzegiem rzeczki: czterech Ziemian i dziesięciu Galaktów ubranych w kolorowe stroje. Czułem się doskonale, ale nie mogłem wyzbyć się wrażenia, że znów nawiedził mnie jakiś nierealny sen.

— No, dobrze, mili gospodarze — powiedział Romero. — Znaleźliśmy się w królestwie nieprawdopodobieństw, które stały się już powszechne. Jeśli chcieliście nas zadziwić, udało się to wam w zupełności.

— Wcale nie chcieliśmy was zaskakiwać i nie ma w tym żadnych cudów — zaprzeczył jeden z Gałaktów, którego imię brzmiało Tigran. — Galaktowie uważają cud, to znaczy odchylenie od powszechnych praw natury, za przestępstwo, chociaż każdy z nas potrafi tworzyć cuda. Dzieciom, oczywiście, pozwalamy na to, ale młodocianych Galaktów jest niewielu.

— A czy ten doskonały stereowizerunek jest dziełem dzieci? — zapytał Romero.

— To nie jest iluzja, znajdujesz się w realnej przestrzeni.

— W realnej? — zmarszczył brwi Paweł. — Nie jestem aż tak naiwny. Wasz gwiazdolot ma najwyżej kilometr średnicy, a tutaj do horyzontu jest co najmniej dwadzieścia pięć…

— Za horyzontem są też łąki i lasy, dalej morze, później znów las i rzeki, znów łąki… Ile masz wzrostu?

Około dwóch i pół tysięcznych kilometra? No to obwód wyniesie około dwóch tysięcy kilometrów, licząc według twojej miary.

— A więc planetę o obwodzie dwóch tysięcy kilometrów, czyli sześciuset kilometrów średnicy, zmieściliście w kuli o średnicy niepełnego kilometra? I chcecie, abym uwierzył, że to nie iluzja i cud?

— A jednak ani cud, ani iluzja. W miarę waszej wędrówki w głąb gwiazdolotu odpowiednie urządzenia redukowały rozmiary waszych tkanek. Niestety nie potrafimy jeszcze zmniejszać proporcjonalnie organizmów żywych i ciał nieożywionych. To właśnie, choć nie to głównie, było przyczyną naszego zaniepokojenia obecnością elementów sztucznych w waszych ciałach. Baliśmy się, aby was niechcący nie zniekształcić.

— Powiedział pan, że ewentualne zniekształcenia naszych ciał nie były główną przyczyną waszego zaniepokojenia. Dlaczego nasze sztuczne tkanki tak was przeraziły?

— Galaktowie nie mają tajemnic, ale aby odpowiedzieć na to pytanie muszę opowiedzieć o smutnych wydarzeniach, które rozbiły Perseusza na dwa wrogie obozy. Właśnie problem, czy należy zwiększyć, czy też zmniejszyć stopień sztuczności istot żywych doprowadził do wojny między Galaktami i Niszczycielami. Podnoszenie procentu elementów sztucznych w organizmie dawno już uznaliśmy za zło. Jest to zbyt łatwa droga tworzenia, a my najsurowiej zakazaliśmy sobie korzystania z łatwych dróg.

Wyjaśnienie Tigrana wywołało krótkotrwałą ciszę. Później odezwała się Mary:

— Piękno rozległego kraju zmieściliście na swoim stateczku! Ludzie na razie nie potrafią tego…

— O, tego was bardzo prędko nauczymy! — wykrzyknął inny z Galaktów.

Mary podziękowała mu uśmiechem i zakończyła:

— Ale zastanawiam się, czy to jest w ogóle potrzebne? Dla ludzi surowość warunków bytowych na statkach kosmicznych stanowi jedną z atrakcji zawodu astronauty. Nasi konstruktorzy wcale nie zamierzają dawać załogom gwiazdolotów wszystkich ziemskich wygód, absolutnego zabezpieczenia przed możliwymi niebezpieczeństwami… My to nazywamy romantyką dalekich podróży.

Galaktowie spojrzeli na siebie znacząco, jestem pewien, że stwierdzenie Mary wydało im się nietaktowne. Głos odpowiadającego jej Tigrana zabrzmiał jednak równie przyjaźnie jak poprzednio:

— Nasze obyczaje można by w skrócie przedstawić następująco: każdy ma prawo żądać tego, czego społeczeństwo jako całość może mu dostarczyć. I na odwrót: nikogo nie można pozbawiać tego, z czego korzysta chociażby jeden z członków społeczeństwa. Dlatego też mamy obowiązek zapewnić załodze statku dalekiego zasięgu takie same wygody, z jakich korzystają Galaktowie pozostający na miejscu. W przeciwnym wypadku zostałaby zachwiana zasada równouprawnienia podróżnicy żyliby inaczej niż mieszkańcy planet. Niestety nie potrafimy w pełni zrealizować tej zasady i piękna kraina zawarta w naszym statku, która tak was zachwyciła, jest o wiele uboższa od przyrody naszych planet. Z tej niedoskonałości naszej cywilizacji wypływa wiele smutnych wniosków.

— Nie należy wysyłać Galaktów w kosmos, gdyż na statkach nie może być im tak wygodnie jak na planetach? — ironicznie podpowiedziała Mary.

— Tak, musimy rezygnować z wielu wypraw — potwierdził Tigran, z niezmiennie uprzejmym uśmiechem.

I znów rozmową zawładnął Romero.

— Powiedział pan, równouprawnienie. U nas również jest równouprawnienie społeczne, w znaczeniu zapewnienia każdemu zaspokojenia jego podstawowych potrzeb: wyżywienia, mieszkania, nauki, pracy… Ale nie gwarantujemy każdemu, że pokocha go właśnie ta, którą on pokocha. O to już dany osobnik sam musi się starać. Tu społeczeństwo mu nie pomoże.

— Tak, miłość — powiedział Galakt kręcąc głową. Miłość indywidualna to trudny problem. Okropnie nieobiektywne uczucie. Zdajemy sobie sprawę z istnienia niesprawiedliwego uczucia zakłócającego doskonałość zasady równouprawnienia, ale na razie nie potrafimy go zwalczyć. Zresztą szukamy rozwiązania tego odwiecznego problemu i mam nadzieję, że wkrótce nam się to uda.

— No, dobrze, zostawmy na razie miłość w spokoju — Romero nie dawał za wygraną. — Mówił pan o załogach gwiazdolotów… Skoro są załogi, to muszą być chyba i dowódcy?… Dowódca najprawdopodobniej wydaje rozkazy, które jego podwładni muszą wykonywać. Sam zaś natomiast rozkazów członków załogi nie wykonuje? Nieprawdaż, mili gospodarze?

Tigran pokręcił głową.

— U nas nie ma dowódców. Gwiazdolotem dowodzimy wspólnie. Jego mechanizmy wykonawcze dostrojone są do naszych fal mózgowych i reagują na naszą wspólną wolę.

— Ale jeżeli zdarzą się różnice zdań?…

— Załogę kompletuje się z osobników o zbliżonych charakterach, reagujących podobnie nawet na nadzwyczajne wydarzenia.

Teraz nawet Romero nie wiedział, co powiedzieć. Galakt zwrócił się do mnie:

1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 43
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)