Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #2
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wsp
- ISBN: 83-7018-082-5
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]». Краткое содержание книги:
Orlan odpowiedział tak beznamiętnie, że jego spokój mógł uchodzić za ironię:
— Zapominasz, Romero, że nasz gwiazdolot może uskoczyć przed wąskim promieniem, zaś statek Galaktów zawsze znajdzie się w polu działania, choćby osłabionej, ale zawsze niebezpiecznej fali grawitacyjnej.
Broń biologiczna nie bardzo nadaje się do walki manewrowej.
— Ale jeśli walka manewrowa — nie poddawał się Romero — nie mogła przynieść zwycięstwa Galaktom, to czemu nie zaatakowali oni waszych układów planetarnych, chociażby Trzeciej Planety? Nie potraficie przecież odsunąć jej w bok, a trajektorię strumienia radiacyjnego można obliczyć z dokładnością do kilometra?
— Właśnie po to, aby uniknąć tego niebezpieczeństwa, zbudowaliśmy sześć Stacji Metryki.
Orlan opowiedział dalej o przebiegu ostatniego wielkiego starcia Galaktów z Niszczycielami. Galaktowie zaatakowali jedną stację Metryki, ale stacja zwinęła przestrzeń w swoim rejonie i wystrzelony w jej kierunku strumień promieniowania biologicznego odbiła z powrotem na planety przeciwnika. Od tej pory Galaktowie całkowicie zrezygnowali z walki o panowanie w skupisku gwiezdnym.
— Namawiałeś nas, Orlanie — powiedziałem z wyrzutem — abyśmy zwrócili się do Galaktów o pomoc, a teraz mówisz, że ich broń biologiczna nie jest skuteczna w walce.
— To zależy od tego, w jakiej walce, Eli. W strefie szturmu ziemskiej flotylli nasze krążowniki będą miały ograniczone pole manewru. Przecież jeżeli ratując się przed promieniami broni biologicznej rozpierzchną się we wszystkich kierunkach, to chyba to też was urządzi, prawda?
Wokół globu krążyły dwa księżyce. Opuściliśmy gwiazdolot na satelicie zewnętrznym i przesiedliśmy się do planetolotu. Po wylądowaniu na planecie na próżno szukaliśmy jakichkolwiek osiedli. Same lasy. Niezwykłe, ogromne puszcze.
— Oczy mnie już bolą od blasku tych drzew — powiedziała Mary.
— Drzewa zastępują w nocy światło gwiazdy-wyjaśnił Tigran. — A czyż wasze planety są inaczej oświetlone?
Uprzejmie wysłuchał odpowiedzi. Jestem jednak pewien, że nasze lampy i reflektory, samoświecące ściany i sufity wydały mu się dzikim barbarzyństwem. Zobaczyliśmy później, że w każdym pomieszczeniu Galaktów stoi niewielkie drzewko oświetlające pokój i odświeżające powietrze.
Wreszcie wśród gęstego lasu pojawiła się polanka, nasz aerobus pomknął w tamtą stronę.
Na rozległym placyku oczekiwali nas mieszkańcy. Nie będę opisywał powitania, gdyż wszyscy mogli oglądać je na stereoekranach. Wspomnę tylko o naszym zdumieniu, gdy wśród tłumu witających zobaczyliśmy nie tylko Galaktów. Dokoła tłoczyły się Anioły, sześcioskrzydłe świerszcze z mądrymi, ludzkimi twarzami, piękni Weganie. Zacząłem już obawiać się, iż wypuszczono na nas zgraję fantomów, powtarzających utrwalone w naszych mózgach wizerunki, ale potem dojrzałem wiele istot tak dziwacznych, że nikt by nie potrafił ich wymyślić.
Przechodziliśmy z rąk do rąk, ze skrzydeł do skrzydeł. I radośni ludzie, i niezmiennie spokojny Orlan, i podniecony Trub, i hałaśliwy Gig — wszyscy otrzymali swoją porcję uścisków i czułości.
Kiedy ucichł już zamęt pierwszego powitania, wraz z całym placem polecieliśmy gdzieś w dół i znaleźliśmy się w parku, pośród którego rozpościerało się miasto.
Było i podobne do naszych, i jednocześnie odmienne. Ulice byty rozległe i szerokie jak na Ziemi, ale wzdłuż nich nie wznosiły się domy z oknami i drzwiami, lecz wyrastały ślepe ściany podziurawione ciemnymi wlotami tuneli. Nad ulicą stykały się korony gigantycznych, świecących drzew. W powietrzu wyczuwało się całą gamę najróżnorodniejszych aromatów. Jeśliby zestaw tych zapachów nie zmieniał się co krok, można by pomyśleć, że to tak pachnie samo powietrze w mieście. Po chwili zorientowaliśmy się, że źródłem woni są świecące drzewa.
Wprowadzono nas do jednego z tuneli. Na końcu tunelu znajdowała się obszerna sala. Na nasze powitanie wstał Galakt, którego Tigran przedstawił jako Gracjusza.
— Na planetach zastąpi mnie Gracjusz — powiedział. — Będzie z wami pertraktował.
9
Wieczorem w małym gronie odbyliśmy naszą pierwszą rozmowę. Zacząłem ją od pytania, czy przypadkiem Galaktowie nie są genetycznie spokrewnieni z ludźmi. Nie będę zdziwiony, powiedziałem, jeżeli okaże się, że na jednej z planet odległych od Perseusza Galaktowie-astronauci pozostawili przedłużenie swojej rasy w postaci własnego wizerunku, odtworzonego z grubsza i na chybcika…
— My z kolei sądziliśmy, że Galaktowie są tworem ludzi, którzy pojawili się w Perseuszu około dziesięciu milionów lat temu — powiedział Gracjusz. — Po rozszyfrowaniu transmisji stereoskopowych z „Pożeracza Przestrzeni” byliśmy zdumieni naszym podobieństwem do ludzi. Jedynym wytłumaczeniem tego faktu była hipoteza, że jesteśmy waszymi potomkami.
Gracjusz bardzo się rozczarował, kiedy powiedzieliśmy mu, że cywilizacja ludzka liczy zaledwie od siedmiu do dziesięciu tysięcy lat, a człowiek pojawił się około miliona lat temu.
— Milion lat temu byliśmy już dobrze ukształtowanym społeczeństwem — powiedział z wyraźnym żalem rezygnując ze swej hipotezy. — Nie mamy też legend mówiących o utworzeniu jakichś istot na nasz obraz i podobieństwo. Najwidoczniej sama natura stworzyła w różnych miejscach kosmosu istoty łudząco do siebie podobne.
Po tej wstępnej informacji „wziąłem byka za rogi”, jak to określa Romero, i wyłożyłem powody, dla których sojusz ludzi i Galaktów jest naszym zdaniem konieczny.
— Imperium Niszczycieli miotane jest wewnętrznymi sprzecznościami. Trzeba więc uderzyć weń, a rozpadnie się ostatecznie. Flota ludzi, zagłębiająca się w Perseuszu, potrzebuje jednak pomocy. Jeżeli Zływrogi pokonają teraz ludzi, to wszyscy mieszkańcy tego rejonu kosmosu utracą na wiele tysiącleci możliwość wyzwolenia się spod stałej groźby zagłady. Zniszczenie floty ziemskiej nie leży więc w interesie Galaktów.
— Przekażemy waszą propozycję narodom zamieszkującym planety Płomienistej — obiecał Gracjusz z miłym uśmiechem. Wyraz jego twarzy był przy tych słowach pełen tak uprzedzającej grzeczności, że odniosłem wrażenie, iż biję głową o ścianę uprzejmej obojętności. — Zawiadomię także społeczeństwo Galaktów w innych systemach gwiezdnych. A na razie zapraszam was na wieczorną uroczystość zorganizowaną na waszą cześć.
— Nie — odparłem zdecydowanie. — Żadnych uroczystości, zanim nie uzyskamy konkretnej odpowiedzi. Gracjusz ze zdziwieniem uniósł brwi do góry.
— Nie potrafię przewidzieć, jakie decyzje podejmą wszystkie nasze narody — powiedział. — Mamy wiele powodów, powstrzymujących nas od udziału w otwartej wojnie z Niszczycielami. Musimy porównać straty, jakie niewątpliwie poniesiemy w walce z ewentualnymi korzyściami, jakie przyniesie nam zwycięstwo. Dopiero wtedy obierzemy właściwą linię postępowania.
— Zrozumcie — rzuciłem w podnieceniu — że nie chodzi mi o to, abyście natychmiast podali nam waszą ostateczną decyzję, powiedzcie jednak, jakie macie zastrzeżenia, żebyśmy mogli ustosunkować się do nich.
— Mamy dwa najbardziej zasadnicze zastrzeżenia. Jeżeli wyślemy na pomoc ludziom eskadrę okrętów z bronią biologiczną, to w ogniu walki działa te mogą chybić. Na samą myśl o tym ogarnia nas przerażenie. Jeśli strumień promieni trafi w cel, wiązka zostaje zneutralizowana, ale jeśli chybi, będzie mknął we Wszechświecie przez całe miliardy lat, aż wreszcie spotka na swej drodze jakieś ognisko życia i unicestwi je. Staniemy się wtedy mimowolnymi zabójcami. Żaden Galakt nie zgodzi się na takie przestępstwo!