Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #2
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wsp
- ISBN: 83-7018-082-5
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]». Краткое содержание книги:
— Tak, to bardzo istotne. Zastanowimy się, jak uniknąć tego niebezpieczeństwa. A teraz chciałbym usłyszeć wasze drugie zastrzeżenie.
— Jest związane z pierwszym. Zdobyliście jedną Stację Metryki, ale pięć pozostałych jest nadal w rękach Niszczycieli. Jeżeli chybimy, wrogowie tak zakrzywią przestrzeń, że wystrzelone przez nas promienie ugodzą w nas samych. Raz już to się zdarzyło i wiele planet zmieniło się w cmentarzyska. Chcecie, byśmy działali na własną zgubę?
Nie odpowiadając Gracjuszowi zwróciłem się do Tigrana:
— Mówił pan, że na swoich planetach jesteście nieśmiertelni. Nie wyzbyliście się jednak strachu przed śmiercią?
Odpowiedział mi znów Gracjusz:
— Zapewniliśmy sobie takie warunki życia, że możemy nie obawiać się śmierci. Czynniki przynoszące śmierć mogą pojawić się tylko z zewnątrz. Promieniowanie biologiczne może być takim czynnikiem.
Poprosiłem o bardziej szczegółowe wyjaśnienie.
— Śmierć — odparł Gracjusz — zjawia się w wyniku choroby lub katastrofy. Katastrofy nie zdarzają się na naszych planetach. Choroby zostały już pokonane. Z jakich więc powodów Galaktowie mogą umierać? Po zużyciu jakiegoś organu zastępuje się go nowym. Sam trzy raz zmieniałem serce, dwa razy mózg i chyba z osiem razy żołądek. Po takiej transplantacji cały organizm się odmładza.
— Ruch wahadłowy pomiędzy starością a niemowlęctwem — rzucił Romero. — Czy też na wieki zakonserwowana starość? Nasz strożytny pisarz Swift opisał takich nieśmiertelnych starców. Niedołężnych, kłótliwych, nieszczęśliwych…
Uwaga Pawła była zbyt wyzywająca, aby Galakt mógł pozostawić ją bez odpowiedzi.
— Nie słyszałem o Swifcie. Starości jednak nie można zakonserwować, nie sposób. I w młodości i w starości zmiany biologiczne przebiegają tak szybko, że nie warto nawet próbować ich powstrzymywać. Ale pełny rozkwit następuje w wieku, kiedy organizm pracuje najrówniej. Właśnie ten wiek, stabilną dojrzałość, wybieramy jako najbardziej godny zachowania. Chętnie przekażemy ludziom tę umiejętność, aby mogli być rozumnie nieśmiertelni.
Nie wtrącałem się do rozmowy, jedynie słuchałem i obserwowałem. W każdym słowie, w każdym geście Galaktów odkrywałem ogromny strach przed śmiercią. Nie, to nie był nasz odwieczny lęk przed niebytem, gdyż my od dzieciństwa wiemy, że śmierć jest naturalnym zakończeniem życia. Przypadkowy początek i nieunikniony koniec — oto nasze pojmowanie istnienia. Nasz lęk przed umieraniem wyraża się jedynie w chęci przedłużenia życia. A ci nieśmiertelni pełni są chorobliwej obawy przed śmiercią, którą uważają za katastrofę.
Trudne zadanie, Eli — pomyślałem — przypadło ci w udziale. Nie zawieranie korzystnego i szlachetnego sojuszu, lecz przełamywanie natury Galaktów!
— Rozumiecie teraz, niespokojni przyjaciele, jak wielkie są nasze wątpliwości — zakończył Gracjusz swoją wypowiedź. — Nie nadużywajmy jednak cierpliwości zebranych i chodźmy na festyn. Wszyscy już od dawna czekają.
10
Szybko opuściłem festyn.
Rozrywek było zbyt wiele: różnobarwnego blasku różnorodnych zapachów, dziwacznych postaci, zbyt uprzejmych słów i zbyt radosnych uśmiechów… Bal pod świecącymi, wonnymi drzewami wydał mi się tak męczący, jak męczące musiały być starożytne bale ludzi na parkietach dusznych sal. Mary jednakże zabawa podobała się i przez wzgląd na nią wytrzymałem, jak długo mogłem.
W pewnej chwili podszedł do mnie podniecony Romero.
— Drogi admirale, czemu takie smętne oblicze? Byłoby wspaniale, gdyby dowódca gwiezdnej armii ludzi zatańczył z najnowszymi sojusznikami!
— Z sojusznikami, Pawle, tylko z sojusznikami! Ale niestety nie mogę. Proszę tańczyć w moim imieniu.
11
Zawieziono nas na jedną z pustynnych planet, którą właśnie przystosowano do życia organicznego. Ta wyprawa interesowała mnie o wiele bardziej, niż zapoznawanie się z trybem życia Galaktów w ich bajecznie urządzonych siedzibach. Planetę nazwano „Masywna”. Była istotnie masywna — gigantyczny kamień pokryty szczytami i rozpadlinami bez dna, które przecinały glob od bieguna do bieguna. Ani śladu atmosfery, całkowity brak wody — nawet kopalnej.
Tę całą tytaniczną szyszkę pokrywała brunatna „pleśń”, nieprzyjemna w dotyku pleśń, w oczach zżerająca całe góry. Nie były to bakterie rodzące życie, jakie wyhodowała Mary, lecz jedynie organizmy rozkładające na poszczególne pierwiastki kamień. Nasze wytwórnie atmosfery na Plutonie pracowały intensywniej, ale przetwarzały za jednym zamachem tylko niewielki fragment powierzchni planety, natomiast „mchy” Galaktów „nadgryzały” od razu cały glob. Martwa planeta parowała strugami azotu i tlenu, kropelki wody łączyły się w potoki i rzeki napełniające zapadliska przyszłych mórz.
Po wytworzeniu atmosfery i nawodnieniu planety ludzie rozpoczęliby kolonizację: przywieźliby z Ziemi nasiona roślin, ptaki, ryby, zwierzęta. Galaktowie postępowali inaczej. Na Masywnej — z jej wielką grawitacją zamierzali wyhodować gatunki lekkich istot o niewielkiej masie, potężnym umięśnieniu, wyposażonych w skrzydła. Poznali tak głęboko genetyczne możliwości ewolucji, że wydawało się to nam aż niemożliwością. Nowo powstałe oceany były już zamieszkałe przez prymitywne organizmy składające się z kilku komórek. Pokazano nam na modelach, w co te pierwotniaki przekształcą się w przyszłości. Po kilku tysiącach lat naturalnej ewolucji miały powstać nowe istoty rozumne, podobne zarazem do Aniołów, sześcioskrzydłych świerszczy i nawet do samych Galaktów. Nasi gospodarze mówili o nich tak, jakby te projektowane istoty od dawna już żyły w swojej ostatecznej formie.
Po zwiedzeniu Masywnej Gracjusz powiedział do mnie:
— Przygotuj apel do Galaktów. Wracamy na naszą planetę. Stamtąd będziemy prowadzić transmisję na wszystkie satelity Płomienistej oraz do zaprzyjaźnionych systemów gwiezdnych. Będziesz miał wielkie audytorium, przyjacielu Eli.
Gracjusz i Tigran wprowadzili mnie do pustej sali, w której stały dwa stoły. Przy pierwszym z nich usiedli obaj Galaktowie, przy drugim ja wraz z Romerem i Orlanem.
Dokoła nas znajdowały się tylko połyskliwe ściany zbiegające się w kopułę. Nie widzieliśmy nikogo, ale wiedzieliśmy, że patrzy teraz na nas kilka miliardów osób: wszystkie systemy gwiezdne Galaktów odbierały transmisję. Później okazało się, że Niszczyciele nie zakłócili łączności. Sądzę zresztą, że nie próbowali: wrogowie sami chcieli się dowiedzieć, o czym będziemy mówić i co ich w związku z tym czeka.
— Mów, Eli — powiedział Gracjusz.
Zacząłem od tego, że jesteśmy przyjaciółmi, a wśród przyjaciół szczerość jest rzeczą normalną. Galaktowie dokonali bardzo dużo. Ludzie nie marzą jeszcze nawet o wielu osiągnięciach, które w Perseuszu stały się powszechne. Całe nieszczęście polega jednak na tym, iż Galaktowie pogodzili się z rolą dobrze strzeżonych jeńców, zamkniętych w niewielkim rejonie kosmosu i odciętych od innych światów. Światy gnębione przez Niszczycieli błagają potężnych Galaktów o pomoc, Galaktowie jednak pozostają głusi na te wołania.
— Tak, wiem, że boicie się zguby, gdyż śmierć jest dla was katastrofą — powiedziałem brutalnie. — Nie mogę też zagwarantować wam, że któryś z was nie zginie: wojna jest wojną. Ale chcę powiedzieć, że nie będziecie sami w tej bitwie i że wraz z wami będą walczyć ludzie znajdujący się na swych statkach uzbrojonych w anihilatory. Dowodzę flotą ludzi i uroczyście obiecuję, że jeśli któryś z waszych gwiazdolotów chybi, zanihilujemy przestrzeń wraz z zabójczą wiązką promieni. Potrafimy to zrobić. Nie musicie się więc obawiać, że doprowadzicie do zniszczenia jakiegoś dalekiego życia, nie musicie również bać się tego, że promieniowanie biologiczne unicestwi którąś z waszych planet. Zagraża wam w tej chwili głównie własny strach. A czeka cały świat. Wyjdźcie mu naprzeciw!