Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #2
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wsp
- ISBN: 83-7018-082-5
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]». Краткое содержание книги:
— Moim zdaniem ważne jest to, że są naszymi przyjaciółmi, a nie wrogami — wtrąciłem.
— To i dawniej było oczywiste — zaoponował Romero. Był gotów wciągnąć mnie do nowej dyskusji, ale ja nie miałem na nią ochoty.
— Coś mi się w Galaktach nie podoba — powiedziała Mary, kiedy zostaliśmy sami. — Są bosko piękni, mądrzy, uprzejmi i ubrani tak, że oczu nie można oderwać…
— Zamierzałaś mówić, co ci się w nich nie podoba, a zamiast tego wszystko chwalisz.
— Nie wszystko. W ich obecności czuję skrępowanie, niemal wrogość.
— Przecież Tigran patrzył na ciebie z takim zachwytem, że byłem o niego prawie zazdrosny!…
Przekomarzaliśmy się tak. starając się zagłuszyć żartami opanowujący nas niepokój. Gdybyśmy byli tylko zwykłymi ludźmi, którzy przypadkowo złożyli wizytę Galaktom, takie odwiedziny mogłyby nam sprawić jedynie radość. Ale chcieliśmy zmusić gospodarzy do działania, a to nie było proste.
Leżąc w wannie myślałem jedynie o tym zadaniu. Nigdy jeszcze nie brałem tak doskonałej kąpieli. W wannie była oczywiście woda, ale woda świetnie spreparowana, pieszcząca i podniecająca, uspokajająca i dająca radość. Wspaniała woda — pomyślałem z niechęcią.
— Wiesz — powiedziałem do Mary po wyjściu z łazienki — jeżeli przywyknąć do ich wygód, to życie w kosmosie może istotnie wydawać się ogromnym wyrzeczeniem. — Tak, kąpiel była znakomita — zgodziła się żona. W naszej sypialni stało wielkie lustro. Po naciśnięciu guzika zamieniało się ono w ekran, na którym można było oglądać programy rozrywkowe lub wizerunek gwiezdnego nieba.
Najpierw obejrzeliśmy sobie krajobrazy zamieszkanych planet, wygodnych, luksusowo urządzonych, później przywołałem obraz sfery gwiezdnej. Wśród gwiazd Perseusza połyskiwał czerwonym światłem „Cielec” oświetlony reflektorami znajdującego się opodal statku Galaktów…
— Wiem, że to głupie z mojej strony — powiedziałem — ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że tajemnicza broń biologiczna wycelowana jest teraz w „Cielca” i że jakiś Galakt siedzi w tej chwili przy pulpicie z palcem na przycisku spustowym…
8
Długo szliśmy kursem na Płomienistą, jedną z tych „nieaktywnych gwiazd”, które w czasie wyprawy „Pożeracza Przestrzeni” nawiązały z nami łączność. Był to olbrzym klasy B, obiegany przez czternaście planet różnych co do wielkości, niejednakowych pod względem klimatu, ale identycznie zagospodarowanych, monotonnie doskonałych…
Za orbitami planet obiegały gwiazdę asteroidy o średnicy od stu do ośmiuset kilometrów. Było ich tysiące, tworzyły zamkniętą sferę ochraniającą cały układ planetarny od wtargnięcia z zewnątrz…
Towarzyszący nam Tigran powiedział, że przycumujemy do jednego z asteroidów.
— Kolejna dezynfekcja? — zapytał Romero.
— Nie tylko. Polecono mi zapoznać was z naszymi kosmicznymi urządzeniami bojowymi.
Na asteroidzie oczekiwali już nas ubrani w skafandry Osima, Trub, Orlan i Gig, którzy wcześniej zeszli z pokładu „Cielca”, my natomiast musieliśmy strawić wiele godzin na ponowne „wyrośnięcie” do normalnych rozmiarów, stąd opóźnienie.
Galaktowie powitali Osunę i Truba z całą serdecznością. Niszczycieli natomiast potraktowali uprzejmie, lecz chłodno. Nie było w tym nic dziwnego: nie da się od razu usunąć ze świadomości tysiącleci strachu i wrogości.
Asteroid oblatywaliśmy w zabawnym urządzeniu przypominającym skrzydlatego wieloryba, raczej istotę żywą niż maszynę. Po wejściu do kabiny nie mogliśmy się oprzeć wrażeniu, że znaleźliśmy się w czyichś wnętrznościach.
W gigantycznej, jasnej pieczarze, do której nas wprowadzono, ujrzeliśmy jezioro, dziwne jezioro, bo pokryte przezroczystą, grubościenną kopułą, już na pierwszy rzut oka sprawiającą wrażenie tak masywnej i mocnej, iż żadna siła nie potrafiłaby jej przebić. Pod kopułą wściekle kipiała mlecznobiała masa. Nad powierzchnią mlecznego płynu wystrzelały żółtawe jęzory, bijące nieustannie o kopułę.
— Co to jest? — zapytałem Tigrana.
Tigran odparł tonem bardzo uroczystym, tak uroczystym, że nawet uśmiech znikł na chwilę z jego twarzy: — Widzicie najpotężniejszą broń biologiczną w naszym rejonie gwiezdnym. Dwa tysiące podobnych dział ochrania planety układu przed napadem z zewnątrz. Przez kilka minut wpatrywaliśmy się w milczeniu w rozszalałe jezioro. Coraz bardziej przypominało mi ono żywą istotę zamkniętą w kamiennej klatce. Tigran wyjaśnił nam, że jezioro jest istotnie żywą istotą, ogromnym zgęstkiem plazmy wypełniającym całe jądro asteroidu. Pokazano nam jedynie znikomą jego część, maleńkie „oczko”, przykryte ochronną kopułą. Pozostała część istoty znajduje się w wielokilometrowej głębi. Chociaż ta istota, broń biologiczna, pozbawiona jest rozumu w naszym pojmowaniu tego słowa, ma jednak kapryśny i złośliwy charakter. Nie tylko trzeba ją doskonale karmić — substancje odżywcze dostarczane są z planet wewnętrznych — lecz także obłaskawiać odpowiednim nagrzewaniem, specjalnym napromieniowaniem i łaskoczącymi wyładowaniami elektrycznymi. Produktem działalności życiowej jądra jest radiacja błyskawicznie unicestwiająca wszystko co żywe.
Kopuły, podobne do tej, którą nam pokazano, znajdują się w różnych miejscach asteroidu. Wobec tego krążownik wroga, atakujący z dowolnego kierunku, znajdzie się zavysze na osi strzału. W odpowiedniej chwili sklepienie pieczary otwiera się, tarcza ochronna zmienia swą strukturę molekularną i strumień zabójczego promieniowania tryska na zewnątrz, zabijając wszystko na swojej drodze.
— Po jakimś czasie nie uwolniona radiacja gromadzi się wewnątrz jądra — powiedział Romero. — Czy nie odbija się to na działalności życiowej plazmy?
Romero dotknął bolesnego punktu. Zabójczego promieniowania nie wolno wypuszczać na ślepo, gdyż w kosmosie ono nie zanika i wędruje dopóty, dopóki nie natrafi na jakieś ciało materialne. Stanowi zatem ciągłe zagrożenie dla wszelkiego życia. Z drugiej zaś strony żywe jądro asteroidu pochłaniając własne promieniowanie ulega częściowemu samozniszczeniu. Zachodzi równoczesny rozpad starych i synteza nowych komórek. Obserwowana przez nas burza na powierzchni jeziora jest zewnętrznym wyrazem tych reakcji. Co jakiś czas jądro słabnie i gaśnie, a następnie synteza bierze górę nad rozpadem i „broń” znów ożywa.
— A jeżeli wróg zbliży się właśnie w okresie, gdy działalność jądra zamiera?
— Okresy spadku aktywności są przesunięte w czasie na różnych asteroidach. Co najmniej połowa jąder jest w danej chwili aktywna. Zresztą periodyczne przygasanie jest konieczne do samoregulacji jądra. Jeśliby plazma swobodnie wydzielała swą radiację, jej komórki wkrótce rozsadziłyby cały asteroid. Im szybciej następują po sobie okresy wygasania i pełnej aktywności jądra, tym bardziej jest ono niezawodne.
— Czy wasze statki kosmiczne są wyposażone w broń biologiczną?
Wyraźnie było widać, że Tigran wolałby nie odpowiadać na to pytanie. Ale Galaktowie nie umieją kłamać. Jeżeli nie uda im się zbyć pytania milczeniem, mówią prawdę.
— Mamy, ale są to działa o mocy znacznie mniejszej.
Poza żywym jądrem nie było na asteroidzie nic ciekawego. Galaktowie zaprowadzili nas do pomieszczeń mieszkalnych i zaproponowali odpoczynek. Kiedy nasi przewodnicy odeszli już, zaczęła się dyskusja.
Rozpoczął, jak zwykle, Romero.
— Dziwię się — powiedział — że Galaktowie dysponując bronią absolutną, nie uzyskali przewagi w tej walce. Zgodzi się pan, drogi Orlanie, że wasze statki są znacznie słabiej uzbrojone. Zarówno wasze ciosy grawitacyjne, jak ich promieniowanie biologiczne rozchodzą się z prędkością światła. Ale fala grawitacyjna słabnie proporcjonalnie do kwadratu odległości, natomiast wiązka radiacji Galaktów praktycznie rzecz biorąc nie rozprasza się i nie znika. Na dalekich dystansach krążownik Galaktów zawsze weźmie górę nad okrętami Niszczycieli.