Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]

Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:

Mieszkaniec planety Anarres, fizyk imieniem Szevek, nigdy nie potrafi zrezygnować z prawa do odrębności, do osobistej wolności, dlatego czuł się nieszczęśliwy będąc członkiem społeczeństwa ludzi całkowicie równych. Idealnym wyjściem w tej sytuacji wydaje się emigracja na sąsiednią, wrogą planetę Urras. Szevek otrzymuje zaproszenie i opuszcza ojczyznę, lecz już na pokładzie statku kosmicznego zdobywa pewne niepokojące informacje o Urras. Statek niebawem wyląduje…

Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
1 ... 29 30 31 32 33 34 35 36 37 ... 95
Перейти на страницу:

— To palto kosztuje 8 400 jednostek? — zapytał z niedowierzaniem, przeczytał bowiem niedawno w gazecie, że płaca „minimalna” wynosi 2 000 jednostek rocznie.

— O tak, to prawdziwe futro, wielka dziś rzadkość, odkąd zwierzęta są pod ochroną — wyjaśnił Pae. — Ładne, nieprawdaż? Kobiety kochają się w futrach.

Ruszyli dalej. Za następną przecznicą Szevek poczuł się zupełnie wyczerpany. Nie mógł dłużej patrzeć na to wszystko. Nie wiedział, gdzie podziać oczy.

Najdziwniejsze na tej koszmarnej ulicy było to, że żaden z milionów wystawionych na sprzedaż przedmiotów nie został tam wyprodukowany. Sprzedawano je tam tylko. Gdzież były warsztaty, fabryki, gdzie rolnicy, rzemieślnicy, górnicy, tkacze, chemicy, snycerze, farbiarze, konstruktorzy, mechanicy, gdzie ręce, gdzie trudzący się ludzie? Poza polem widzenia, gdzie indziej. Za murami. Ci zaś osobnicy, we wszystkich tych sklepach, byli albo nabywcami, albo sprzedawcami. Jedynym stosunkiem, jaki łączył ich z tymi przedmiotami, był stosunek własności.

Stwierdziwszy, że gdy raz wzięto jego miarę, może wszystko, co potrzebne, zamawiać przez telefon, postanowił nie wracać nigdy więcej na tę upiorną ulicę.

Ubranie i buty dostarczono mu w ciągu tygodnia. Włożył je i stanął przed wysokim lustrem w sypialni. Szary, dopasowany surdut, biała koszula, czarne spodnie, skarpetki i wyglansowane buty pasowały do jego wysokiej, szczupłej figury i wąskich stóp.

Dotknął ostrożnie powierzchni jednego z butów. Wykonano go z tej samej substancji, którą były obite krzesła w sąsiednim pokoju — materiału przypominającego w dotyku skórę; zapytał kogoś ostatnio, co to takiego, i dowiedział się, że to w istocie skóra — skóra zwierzęca, skóra wyprawiona, jak ją nazywano. Nachmurzył się, dotknąwszy tego, a następnie wyprostował i odwrócił od lustra; nie wcześniej jednak, nim nie był zmuszony przyznać, że tak odziany, jest bardziej niż kiedykolwiek podobny do Rulag, jego matki.

W połowie jesieni zaczęła się długa przerwa między semestrami. Większość studentów wyjechała na ferie do domu. Szevek z grupą studentów i pracowników naukowo-badawczych z Laboratoriów Badań nad Światłem wybrał się na kilkudniową górską włóczęgę w pasmo Meitei, a potem wrócił, by prosić o dostęp na parę godzin do potężnego komputera, podczas semestru bezustannie zajętego. Zniechęcony pracą, która prowadziła donikąd, nie przemęczał się zbytnio. Sypiał więcej niż zwykle, chodził na spacery, czytał i powtarzał sobie, że odbija się na nim po prostu nazbyt wielki pośpiech; nie można w parę miesięcy ogarnąć nowego świata. Uniwersyteckie trawniki i parki wyglądały pięknie i dziko; pod miękkim, szarym, deszczowym niebem połyskiwały niesione wiatrem złote liście. Szevek sięgnął po dzieła wielkich poetów ajońskich i przeczytał je; rozumiał ich teraz, gdy pisali o kwiatach, fruwających ptakach i jesiennych kolorach lasów. Ta zdolność rozumienia sprawiła mu szaloną przyjemność. Przyjemnie było wracać o zmierzchu do pokoju, którego oszczędne, piękne proporcje nie przestały go nigdy cieszyć. Przywykł już do tego wyrafinowania i wygód, oswoił się z nimi. Podobnie jak z twarzami kolegów przy wspólnych wieczerzach; jednych lubił bardziej, innych mniej, ale wszyscy byli mu już znajomi. Przyzwyczaił się też do jedzenia, do jego rozmaitości i ilości, które szokowały go na początku. Usługujący do stołu mężczyźni wiedzieli już, czego sobie życzył, i obsługiwali tak, jak by sam się obsłużył. Nadal nie jadł mięsa; próbował, z uprzejmości, oraz by wykazać sobie, że nie ulega nieracjonalnym uprzedzeniom, ale jego żołądek — z sobie tylko znanych powodów — zbuntował się. Po kilku takich próbach, które się omal nie skończyły katastrofą, Szevek poniechał dalszych i pozostał — z całego serca — wegetarianinem. Kolacje bardzo mu smakowały.

Od przybycia na Urras przybrał na wadze trzy lub cztery kilo; opalony po górskiej wyprawie, wypoczęty po feriach, wyglądał świetnie. Przyciągał spojrzenia, kiedy w wielkiej sali jadalnej o wysokim, belkowanym, tonącym w półmroku suficie i wykładanych boazerią, obwieszonych portretami ścianach, wstał od zastawionego porcelaną i srebrem, rozjarzonego płomykami świec stołu. Pozdrowił kogoś przy sąsiednim stole i z wyrazem pogodnego roztargnienia na twarzy skierował się ku wyjściu. W drzwiach dogonił go Chifoilisk, który go wypatrzył z drugiego końca sali.

— Nie znalazłby pan dla mnie paru minut, Szevek?

— Owszem. W moim mieszkaniu?

Przyzwyczaił się już do ciągłego używania zaimków dzierżawczych i posługiwał się nimi bezwiednie.

Chifoilisk zdawał się wahać.

— Co by pan powiedział na bibliotekę? Panu po drodze, a ja wziąłbym sobie stamtąd jakąś książkę.

Ramię przy ramieniu w siąpiącej deszczem ciemności ruszyli przez dziedziniec w stronę Biblioteki Nauki Szlachetnej — Nauka Szlachetna była to stara nazwa fizyki, która w pewnych znaczeniach zachowała się nawet na Anarres. Chifoilisk otworzył parasol, ale Szevek szedł w deszczu jak Ajończycy w słońcu — z radością.

— Przemoknie pan — mruknął Chifoilisk. — Zdaje się, że miał pan coś z płucami, prawda? Powinien pan na siebie uważać.

— Czuję się świetnie — rzekł Szevek i uśmiechnął się, krocząc w świeżej, przyjemnej mżawce. — Ten rządowy doktor, wie pan, przepisał mi pewną kurację, inhalacje. To skutkuje; już nie kaszlę.

Poprosiłem go, żeby opisał te zabiegi i przez radio podał skład leków Syndykatowi Inicjatywy w Abbenay. Zrobił to. Zrobił to chętnie. Metoda jest całkiem prosta; może przynieść znaczną ulgę w kaszlu wywoływanym pylicą. Czemu nie wcześniej, czemu?

Dlaczego my nie współpracujemy ze sobą, Chifoilisk?

Thuwiańczyk chrząknął sarkastycznie. Weszli do czytelni.

W ciszy półmroku, pod delikatnymi podwójnymi łukami z marmuru stały szpalery starych ksiąg; lampy na długich stołach miały kształt zwykłych kuł z alabastru. W czytelni nie było żywej duszy, w ślad za nimi wbiegł jednak pośpiesznie posługacz, żeby rozpalić ogień na marmurowym kominku i upewnić się, nim się nie usunął, czy niczego nie potrzebują. Chifoilisk stał przy kominku, wpatrzony w zajmującą się podpałkę. Nad małymi oczami zjeżyły mu się brwi; jego surowa, smagła, inteligentna twarz wyglądała starzej niż zwykle.

— Mam zamiar być nieprzyjemny, Szevek — zaczął szorstkim głosem. — Nic w tym niezwykłego, jak przypuszczam — dorzucił z pokorą, jakiej się Szevek po nim nie spodziewał.

1 ... 29 30 31 32 33 34 35 36 37 ... 95
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)