Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]

Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:

Mieszkaniec planety Anarres, fizyk imieniem Szevek, nigdy nie potrafi zrezygnować z prawa do odrębności, do osobistej wolności, dlatego czuł się nieszczęśliwy będąc członkiem społeczeństwa ludzi całkowicie równych. Idealnym wyjściem w tej sytuacji wydaje się emigracja na sąsiednią, wrogą planetę Urras. Szevek otrzymuje zaproszenie i opuszcza ojczyznę, lecz już na pokładzie statku kosmicznego zdobywa pewne niepokojące informacje o Urras. Statek niebawem wyląduje…

Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 95
Перейти на страницу:

Inna sprawa, co im było wolno. Szevek odnosił wrażenie, że uwolnienie ich od obowiązków pozostawało w zależności wprost proporcjonalnej do braku własnej inicjatywy.

System egzaminacyjny, który poznał, przejął go zgrozą. Trudno mu było wyobrazić sobie skuteczniejszą metodę zohydzania naturalnego pociągu do nauki niż to wkuwanie wiadomości i wydawanie ich na żądanie. Początkowo odmówił przeprowadzania jakichkolwiek testów i wystawiania ocen, władzami uniwersyteckimi tak to jednak wstrząsnęło, że ustąpił, nie chcąc okazać braku szacunku dla gospodarzy. Poprosił swoich studentów, by napisali rozprawkę na temat dowolnego, zajmującego ich zagadnienia fizyki, zapowiadając, że wystawi wszystkim najwyższe oceny, aby biurokraci mieli co odnotować w swoich kwestionariuszach i formularzach. Ku jego zdziwnieniu niemała liczba studentów wyraziła swoje niezadowolenie z takiego rozwiązania. Oczekiwali odeń, że postawi przed nimi problemy, zada odpowiednie pytania; nie pragnęli obmyślać pytań, ale napisać odpowiedzi, jakich się wyuczyli.

Niektórzy zaś sprzeciwili się stanowczo jego zamiarowi wystawienia wszystkim jednakowej oceny. Jak można będzie odróżnić studentów pilnych od tępych? Po cóż się więc przykładać do nauki?

Jeśli nie będzie się stawiało stopni, człowiek może równie dobrze nic nie robić.

— No cóż, naturalnie — zgodził się zakłopotany. — Jeśli nie ma się ochoty na wykonanie jakiejś pracy, nie powinno się jej podejmować.

Odeszli nieusatysfakcjonowani, niezmiennie wszakże uprzejmi. Mili z nich byli chłopcy, otwarci i dobrze ułożeni. To, co czytał o historii Urras, wzbudziło w nim przekonanie, że byli w gruncie rzeczy — choć to słowo wychodziło już z użycia — arystokratami.

W czasach feudalnych arystokracja posyłała swoich synów na uniwersytety, nobilitując owe instytucje. W dzisiejszych było na odwrót: uniwersytet nobilitował człowieka. Szevekowi opowiadano z dumą, że rywalizacja o stypendia Ieu Eun z roku na rok się zaostrza, świadcząc o z gruntu demokratycznym charakterze tej instytucji. Odrzekł na to: „Zakładacie kolejny zamek na drzwi i nazywacie to demokracją”. Lubił swoich uprzejmych, inteligentnych studentów, lecz do żadnego z nich nie żywił cieplejszych uczuć.

Planowali zrobienie kariery naukowej w przemyśle lub szkolnictwie wyższym, to zaś, czego się od niego uczyli, traktowali jako środek do osiągnięcia celu, którym było odniesienie sukcesu. Odrzucali bądź przeczyli ważności wszystkiego, co ponad to mógł im ofiarować.

Uznał więc, że poza przygotowaniami do zajęć nie spoczywają już na nim inne obowiązki; resztą czasu mógł dysponować swobodnie. Nie był w podobnej sytuacji, odkąd jako dwudziestoparolatek zaczynał naukę w Instytucie w Abbenay. Od tamtej pory jego rola społeczna i życie osobiste coraz bardziej się gmatwały, pochłaniając go też coraz bardziej. Był nie tylko fizykiem, lecz i partnerem, ojcem, odonianinem, reformatorem społecznym wreszcie. Jako ten ostatni nie podlegał ochronie — ani też jej oczekiwał — przed wszelkimi troskami i zobowiązaniami, jakie rola ta na niego nakładała. Od niczego nie był wolny — miał tylko wolną rękę i mógł robić, co chciał. Tu było na odwrót. Podobnie jak studenci i profesorowie nie miał — poza pracą intelektualną — nic, ale to nic do roboty. Słano za nich łóżka, zamiatano pokoje, uwalniano ich od rutyny codziennego uczelnianego bytowania, usuwano im spod nóg wszelkie kłody. Do tego żadnych żon, żadnych rodzin. Żadnych w ogóle kobiet. Studentom uniwersytetu nie wolno się było żenić. Żonaci profesorowie przez pięć dni nauki siedmiodniowego tygodnia mieszkali zwykle w kawalerskich pokojach w campusie, do domu wyjeżdżali jedynie na weekendy. Nic nie odwracało ich uwagi. Pełna swoboda do pracy; wszystkie materiały pod ręką; na każde zawołanie — podnieta umysłowa, dyskusja, rozmowa; żadnych nacisków. Istny raj! Minio to nie mógł jakoś zabrać się do pracy.

Czegoś brakowało — jemu samemu, jak sądził, nie temu miejscu. Nie dorastał do niego. Nie był dość silny, aby przyjąć to, co mu tak hojnie ofiarowywano. Czuł się jałowy, niczym pustynna roślina wśród tej cudnej oazy. Życie na Anarres odcisnęło na nim swoje piętno, zapieczętowało mu duszę; dokoła tryskały wody życia, a on nie umiał pić.

Zmuszał się do pracy, lecz i w niej nie znajdował potwierdzenia.

Wyglądało na to, że utracił dar, który poczytywał sobie za swą główną przewagę nad większością pozostałych fizyków: wyczulenie na to, gdzie tkwi problem naprawdę ważny, tę wskazówkę, która wskazywała mu sedno rzeczy. Tutaj zdawał się być pozbawiony poczucia kierunku. Pracował w Laboratoriach Badań nad Światłem, dużo czytał, tamtego lata i jesieni napisał trzy rozprawy: wydajne pół roku wedle standardów. Lecz on wiedział, że w gruncie rzeczy niczego ważnego nie dokonał.

Im dłużej mieszkał na Urras, tym mniej wydawała mu się ona realna. Ten kipiący życiem, wspaniały, nieprzebrany świat, który oglądał z okien pierwszego dnia swojego tu pobytu, zdawał mu się wyślizgiwać z rąk. Wyślizgiwał się z jego niezgrabnych, obcych rąk, wymykał mu się, kiedy zaś spoglądał nań powtórnie, stwierdzał, że trzyma w dłoniach coś zgoła innego, coś, na czym wcale mu nie zależało, jakiś zmięty papier, opakowanie, śmieci.

Za artykuły, które napisał, otrzymał pieniężną zapłatę. Na jego koncie w Banku Narodowym leżało już 10 000 międzynarodowych jednostek monetarnych z nagrody Seo Oen oraz 5 000 przyznanego mu przez rząd ajoński stypendium. Sumę tę powiększały obecnie jego profesorskie zarobki i honoraria za trzy monografie, wypłacone mu przez Wydawnictwo Uniwersyteckie. To wszystko zrazu go bawiło; potem wprawiło w zakłopotanie. Nie wolno mu odrzucać jako dziwactwa czegoś, co miało tutaj tak wielkie znaczenie. Spróbował przeczytać jakiś elementarny tekst z ekonomii; znudził go śmiertelnie; przypominał słuchanie kogoś, kto opowiada rozwlekle jakiś długi i głupi sen. Nie potrafił nakłonić się do zrozumienia sposobu funkcjonowania banków i tym podobnych instytucji, wszystkie bowiem kapitalistyczne operacje były dlań równie pozbawione sensu, co rytuały jakiejś prymitywnej religii; wydawały mu się równie barbarzyńskie, pokrętne i zbędne.

W składanej bóstwu ofierze z ludzi zawierać się mogło jakieś błędne i straszliwe piękno; w obrzędach waluciarzy — w których ludzką aktywność wyzwalać miały jedynie pazerność, lenistwo i zawiść — nawet to, co straszne, stawało się trywialne. Szevek przyglądał się tej potwornej nikczemności z pogardą, bez zaciekawienia. Nie przyznawał się sam przed sobą — nie umiał — że tak naprawdę przejmowała go ona lękiem.

W drugim tygodniu jego pobytu w A-Io Saio Pae zabrał go na „zakupy”. Szevek, jakkolwiek nie zamierzał obcinać włosów — ostatecznie stanowiły jego część — chciał się choć ubrać po urrasyjsku i włożyć buty. Nie zależało mu na tym, skoro mógł temu zaradzić, by kłuć w oczy swym cudzoziemskim wyglądem. Zgrzebność jego starego ubioru ostentacyjnie podkreślała jego obcość, miękkie zaś, prymitywne sandały wyglądały istotnie dziwacznie wśród wymyślnego obuwia Ajończyków. Na jego więc prośbę Pae zawiózł go na ulicę Saemtenevia, elegancką ulicę handlową w Nio Esseii, żeby u krawca i szewca zaopatrzył się w co potrzeba.

Doświadczenie to tak nim wstrząsnęło, że czym prędzej wyrzucił je z pamięci, ale ono jeszcze po miesiącach wracało doń w snach, w zmorach sennych. Ulica Saemtenevia, długa na dwie mile, przedstawiała sobą zbitą masę ludzi, pojazdów i towarów: towarów do kupienia, towarów na sprzedaż. Płaszcze, togi, szlafroki, sukienki, spodnie, bryczesy, koszule, bluzki, kapelusze, buty, pończochy, szarfy, szale, kamizelki, peleryny, parasolki, ubrania do spania, do pływania, do gier, na popołudniowe przyjęcia, na przyjęcia wieczorne, na przyjęcia na wsi, do podróży, do teatru, do jazdy konnej, do pracy w ogrodzie, do przyjmowania gości, wyjściowe, do obiadu, do polowania — każde zaś inne, o stu różnych krojach, splotach, ze stu różnych materiałów, w stu różnych fasonach i kolorach. Perfumy, zegary, lampy, statuetki, kosmetyki, świece, obrazy, aparaty fotograficzne, gry, wazy, kanapy, czajniki, łamigłówki, poduszki, lalki, durszlaki, podnóżki, klejnoty, dywany, wykałaczki, kalendarze, dziecięce grzechotki z platyny o rączkach z górskiego kryształu, maszynki elektryczne do temperowania ołówków, zegarki na rękę z diamentowymi cyframi; figurynki, pamiątki, cacuszka, błyskotki, rupiecie, a wszystko albo z założenia bezużyteczne, albo tak ozdobione, by ukryć praktyczne przeznaczenie; całe akry luksusu, akry ekskrementów. Szevek zatrzymał się za pierwszą zaraz przecznicą, żeby się przyjrzeć kosmatemu, cętkowanemu paltu, wystawionemu w błyszczącej witrynie z ubraniami i klejnotami.

1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 95
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)