Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
Popatrzyła na niego. Jej wzrok nie zdradzał, jakich uczuć doświadczała ani jakich nie doświadczała. To, co powiedziała, mogło być spontaniczne lub wykalkulowane, nie sposób było tego rozstrzygnąć.
— Byłeś przywiązany do Palata.
Nie odpowiedział.
— Nie jesteś do niego podobny. Prawdę mówiąc, jesteś podobny do mnie, z wyjątkiem karnacji. Sądziłam, że będziesz podobny do Palata. Tak przypuszczałam — to dziwne, w jaki sposób wyobraźnia człowieka snuje podobne przypuszczenia. A więc został z tobą?
Szevek skinął głową.
— Miał szczęście. — Choć nie westchnęła głośno, w jej głosie można było jednak wyczuć stłumione westchnienie.
— Ja też.
Nastąpiła pauza. Rulag uśmiechnęła się blado.
— Tak. Mogłam była pozostawać z tobą w kontakcie. Czy masz mi za złe, że tego nie zrobiłam?
— Za złe? Nigdy cię nie znałem.
— Owszem, znałeś. Zatrzymaliśmy cię z Palatem w domicylu, gdy już odstawiłam cię od piersi. Oboje tego chcieliśmy. Kontakt osobisty w tych najwcześniejszych latach ma zasadnicze znaczenie; psychologowie udowodnili to ponad wszelką wątpliwość. Dopiero na takim uczuciowym podłożu można rozwinąć pełną socjalizację… Chciałam kontynuować partnerstwo. Próbowałam wystarać się dla Palata o przydział do Abbenay. Ale nigdy nie było wakatów w jego dziedzinie, a on bez przydziału nie zgodziłby się tutaj przyjechać. Bywał uparty… Z początku pisywał czasem, żeby mi donieść, jak się miewasz, potem przestał.
— To nie ma znaczenia — powiedział młodzieniec. Jego wychudzoną chorobą twarz pokrywały kropelki potu, sprawiające, że policzki i czoło lśniły srebrzyście jakby naoliwione.
Znowu zapadła cisza, po czym Rulag powiedziała swoim spokojnym, sympatycznym głosem:
— Ależ owszem; to miało znaczenie i nadal je ma. Ale to Palatowi przypadło w udziale zostać z tobą i przeprowadzić przez kształtujące cię lata. Był opiekuńczy, rodzicielski, ja taka nie jestem. Dla mnie najważniejsza jest praca. Zawsze tak było. Mimo to cieszę się, że cię widzę, Szevek. Może będę ci teraz mogła oddać jakąś przysługę. Wiem, że Abbenay może wydać się na początku miejscem strasznym. Człowiek czuje się tutaj zagubiony, pozbawiony tej codziennej solidarności, jaką masz w małych miastach. Znam tu ciekawych ludzi, których może miałbyś ochotę poznać. A także takich, którzy mogliby ci się na coś przydać. Znam Sabula; potrafię sobie wyobrazić, co z nim przechodzisz i z czym przychodzi ci się stykać w Instytucie. Oni tam uprawiają gierki dominacji. Trzeba mieć trochę doświadczenia, żeby wiedzieć, jak ich ogrywać. Tak czy owak, cieszę się, że tu jesteś. Sprawia mi to nieoczekiwaną przyjemność — coś w rodzaju radości… Czytałam twoją książkę.
To tyś ją napisał, prawda? Bo inaczej po co miałby ją Sabul wydawać do spółki z dwudziestoletnim studentem? Temat mnie przerasta, jestem tylko inżynierem. Wyznaję, że jestem z ciebie dumna.
Dziwne, prawda? Nierozsądne. Nawet zawłaszczycielskie. Jak gdybyś był moją własnością! Lecz kiedy człowiek się starzeje, potrzebuje pewnych pociech, nie zawsze w stu procentach rozsądnych. Żeby móc w ogóle jakoś żyć.
Zrozumiał, że jest samotna. Wyczuł jej ból i wezbrała w nim niechęć. To stanowiło dla niego zagrożenie. Zagrażało lojalności wobec ojca, tej czystej, niewzruszonej miłości, w której było zakorzenione jego życie. Jakież ona, która opuściła Palata w potrzebie, miała prawo, żeby — sama się w niej znalazłszy — przychodzić do jego syna? Nie miał nic, nie miał nic do ofiarowania — jej czy komukolwiek.
— Byłoby chyba lepiej — powiedział — gdybyś i o mnie myślała nadal jako o jednostce statystycznej.
— Ach — szepnęła; cicha, zdawkowa, obojętna odpowiedź. Odwróciła od niego oczy.
Starcy w końcu sali zerkali na nią z podziwem, szturchając jeden drugiego łokciami.
— Podejrzewam — powiedziała — ze próbowałam coś od ciebie dostać. Sądziłam jednak, ze i ty zechcesz coś wziąć ode mnie.
Gdybyś miał ochotę.
Nie odpowiedział.
— Nie jesteśmy, oczywiście, poza w sensie biologicznym, matką i synem. — Przywołała swój blady uśmiech. — Ty mnie nie pamiętasz, a dziecko, które ja pamiętam, nie jest tym dwudziestoletnim mężczyzną. To wszystko należy do przeszłości, nie liczy się.
Ale jesteśmy bratem i siostrą, tu i teraz. I to się liczy naprawdę, czyż nie?
— Nie wiem.
Przez chwilę siedziała w milczeniu, potem wstała.
— Musisz odpocząć. Byłeś naprawdę chory, kiedy tu pierwszy raz przyszłam. Zapewniają, że teraz całkiem wyzdrowiejesz. Więcej już chyba nie przyjdę.
Milczał.
— Do widzenia, Szevek — powiedziała, odwracając się od niego.
Albo to było przelotne wrażenie, albo majak senny, ale wydało mu się, że gdy wymawiała te słowa, jej twarz zmieniła się nagle, pękła, rozpadła się na fragmenty. To musiało mu się przywidzieć.
Rulag wyszła z oddziału pełnym wdzięku, równym krokiem przystojnej kobiety; widział, jak przystaje w holu i uśmiechnięta rozmawia z asystentką.
Ogarnął go lęk, który wraz z nią się pojawił, poczuł, że zostały złamane jakieś obietnice, doznał niespójności Czasu. Rozkleił się.
Wybuchnął płaczem, usiłując zasłonić twarz rękami, bo nie miał siły, żeby się odwrócić. Któryś ze starców — chorych starców — podszedł, usiadł na brzegu łóżka i poklepał go po ramieniu.
— Już dobrze, bracie. Wszystko będzie dobrze, mały bracie — wymamrotał.
Szevek słyszał jego słowa, czul dotyk, lecz nie znajdował w tym pocieszenia. Nawet brat nie przyniesie pociechy w złej godzinie, w ciemności u stóp muru.
Rozdział piąty
Urras
Z ulgą porzucił karierę turysty. Na Ieu Eun zaczynał się nowy semestr; mógł teraz osiąść i pracować w Raju, a nie tylko przypatrywać mu się z zewnątrz.
Podjął się prowadzenia dwóch seminariów oraz otwartych wykładów. Nie wymagano od niego, żeby uczył, lecz gdy zapytał, czy nie mógłby tego robić, władze administracyjne zorganizowały mu seminaria. Pomysł otwartych wykładów nie pochodził ani od niego, ani od nich. Z prośbą, by je wygłaszał, wystąpiła doń delegacja studentów. Zgodził się bez wahania. Tak właśnie organizowano kursy w ośrodkach kształceniowych na Anarres: na żądanie studentów, z inicjatywy nauczyciela bądź wspólnym staraniem studentów i nauczycieli. Kiedy odkrył, że władze uczelni przyjęły ten fakt niechętnie, roześmiał się.
— Czyżby mieli nadzieję, że studenci nie okażą się anarchistami? — zdziwił się. — A kimże innym mają być młodzi? Gdy się jest na dole, trzeba organizować się od dołu!
Ani myślał pozwolić, żeby mu administracyjnie prowadzenie tego kursu uniemożliwiono — stoczył już kiedyś podobną walkę — a ponieważ objawił swą stanowczość studentom, ci twardo obstawali przy swoim. Chcąc uniknąć niepożądanego rozgłosu, rektorzy uniwersytetu ustąpili i Szevek rozpoczął kurs przed audytorium, liczącym pierwszego dnia dwa tysiące słuchaczy. Frekwencja wnet jednak spadła. Wykładowca trzymał się swego przedmiotu — fizyki wykładanej na bardzo wysokim poziomie — nie wdając się w osobiste czy polityczne dywagacje. Kilkuset studentów przychodziło wszak nadal. Jedni z czystej ciekawości ujrzenia człowieka z Księżyca; inni przyciągani osobowością Szeveka, wizerunkiem człowieka i wolnomyśliciela, jaki odczytywali z jego słów, nawet gdy nie byli w stanie podążać za tokiem jego matematycznego wywodu. Jednak zaskakująco wielu potrafiło śledzić zarówno jego filozofię, jak i matematykę.
Byli wyśmienicie przygotowani. Umysły mieli bystre i chłonne. Kiedy nie pracowali, oddawali się wypoczynkowi. Nie otępiały ich i nie rozpraszały dziesiątki innych obowiązków. Nigdy nie zasypiali na wykładach ze zmęczenia, dlatego że poprzedniego dnia przypadł ich okresowy dyżur. Społeczeństwo zapewniało im to, iż byli całkowicie wolni od potrzeb, kłopotów i trosk.