Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
Poszarzały na twarzy i drżący zwrócił się do Robin.
— Widziałaś to?
— Tak.
— Co to było?
— Ty.
— Na miłość boską! Ja? Jak to możliwe? Jak…
— To byłeś ty.
— Ale… — głos uwiązł mu w krtani. Opuściła go siła i szaleńcze opętanie. — Czy to było złudzenie? Halucynacja?
— Nie wiem. Też to widziałam.
— Boże wszechmocny! Żeby ujrzeć samego siebie… oko w oko… Ubranie stało w ogniu. Widziałaś? Co to mogło być, w imię boże?
— To był Gully Foyle — powiedziała Robin — smażący się w piekle.
— W porządku — wybuchnął złością Foyle. — To byłem ja w piekle, ale mimo to nie zrezygnuję. Jeśli spłonę w piekle, to „Vorga” spłonie razem ze mną. — Klasnął w dłonie otrząsając się z oszołomienia. — Na Boga, brnę w to dalej! Kolej na Szanghaj. Jauntuj!
ROZDZIAŁ 10
Na balu kostiumowym w Szanghaju Fourmyle z Ceres zbulwersował towarzystwo pojawiając się przebrany za Śmierć ze „Śmierci i panny” Dürera z olśniewającym blond stworzeniem u boku, spowitym w przezroczysty welon. Pomimo faktu, że w charakterze przyzwoitki towarzyszyła tej parze Robin Wednesbury, wiktoriańskie towarzystwo, które chroniło swe kobiety trzymając je w odosobnieniu i które uważało sukienki z 1920 roku noszone przez panie z klanu Peenmunde za zbyt wyzywające, było zaszokowane. Kiedy jednak Fourmyle wyjawił, że jego towarzyszka była świetnie podrobioną androidką, nastąpił natychmiastowy zwrot opinii publicznej na jego korzyść. Towarzystwo było zachwycone podstępem. Nagie ciało, haniebne w przypadku ludzi, było po prostu bezpłciową ciekawostką, kiedy należało do androida.
O północy Fourmyle ogłosił licytację androidki, zapraszając do wzięcia w niej udziału obecnych na balu gentlemanów.
— Czy pieniądze zostaną przeznaczone na cele dobroczynne, Fourmyle?
— Wykluczone. Znacie przecież mój slogan: „Ani centa na entropię”. Czy dobrze usłyszałem? Sto kredytek za to kosztowne i śliczne stworzenie? Sto, panowie? Ona jest skończoną pięknością, a do tego bardzo dobrze adaptuje się w nowych warunkach. Dwieście? Dziękuję. Trzysta pięćdziesiąt? Dziękuję. Kto da więcej? Pięćset? Osiemset? Dziękuję. Czy ktoś da więcej za to znakomite dzieło nadwornego geniusza z Cyrku Four Mile? Chodzi, rozmawia, jest uległa. Jest tak zaprogramowana, żeby była miła dla osoby oferującej najwyższą cenę. Dziewięćset? Dziewięćset po raz pierwszy. Dziewięćset po raz drugi. Dziewięćset po raz trzeci. Sprzedana Lordowi Yale za sumę w wysokości dziewięćset kredytek.
Rozległy się burzliwe oklaski i zatrwożone kalkulacje:
— Taki android musi być wart z dziewięćdziesiąt tysięcy! Jak może go być stać na taką rozrzutność?
— Czy zechce pan przekazać te pieniądze androidce, Lordzie Yale? Odpowiednio się panu odwdzięczy. Do zobaczenia w Rzymie, panie i panowie… Pałac Borgiów o północy. Szczęśliwego Nowego Roku.
Kiedy, ku zachwytowi swojemu i innych kawalerów, Lord Yale odkrył, że popełnione zostało podwójne oszustwo, Fourmyle’a nie było już wśród zebranych. Androidka była w rzeczywistości żywym, ludzkim stworzeniem, skończoną pięknością i to bardzo uległą. Po wręczeniu jej dziewięciuset kredytek była nad wyraz miła. Trik ten był przez cały rok tematem rozmów w palarniach. Mężczyźni nie posiadający partnerek, czekali pełni entuzjazmu, aby pogratulować Fourmyle’owi.
A Foyle z Robin Wednesbury mijali właśnie szyld głoszący w siedmiu językach:
TU ZDWOISZ SZYBKOŚĆ JAUNTOWANIA LUB OTRZYMASZ ZWROT KOSZTÓW W POSTACI PODWOJONEJ WNIESIONEJ OPŁATY
I wkraczali do ośrodka, w którym rządy sprawował:
DR SERGEI OREL, CUDOTWÓRCA W DZIEDZINIE ROZWIANIA ZDOLNOŚCI PSYCHOKINETYCZNYCH MÓZGU.
Poczekalnia udekorowana była niesamowitymi planszami objaśniającymi, w jaki to sposób dr Orel przykłada na mózg okłady, stawia na nim bańki, balsamuje go i poddaje elektrowstrząsom, a wszystko to w celu zdwojenia możliwości tego organu albo zwrotu wniesionej opłaty w podwójnej wysokości. Specjalista ten podwajał również pojemność pamięci przeciwgorączkowymi proszkami na przeczyszczenie, podbudowywał morale środkami wzmacniającymi oraz leczył wszelkie zbolałe dusze Maścią na rany Orela.
W poczekalni nie było nikogo. Foyle otworzył na chybił trafił jakieś drzwi. Zajrzeli z Robin do długiej sali. Foyle skrzywił się z niesmakiem.
— Wylęgarnia. Można się było spodziewać, że sięgnie również po chorych na głowę.
Melina ta zaspokajała potrzeby Kolektorów Chorób, najbardziej beznadziejnym spośród nerwicomanów. Leżeli w szpitalnych łóżkach umiarkowanie cierpiąc na wywoływane w nielegalny sposób para-odrę, para-grypę, para-malarię, doglądani troskliwie przez pielęgniarki w białych nakrochmalonych fartuchach i cieszyli się swymi nielegalnymi przypadłościami oraz uwagą, którą one zwracają.
— Popatrz na nich — powiedział pogardliwie Foyle. — Obrzydliwe. Jeśli istnieje coś plugawszego od religijnego narkomana, to jest nim wieczny chory.
— Dobry wieczór — rozległ się za ich plecami jakiś glos.
Foyle zamknął drzwi i odwrócił się. Doktor Sergei Orel zgiął się w ukłonie. W klasycznym ubiorze lekarza z klanu medycznego, do którego, jak twierdził, należał, a składającym się z białego czepka, fartucha i chirurgicznej maski, wyglądał rześko i sterylnie. Był niskim, smagłym mężczyzną o oliwkowych oczach, a jego rosyjskiego pochodzenia można się było domyślić jedynie z nazwiska. Przeszło wiek jauntingu tak wymieszał wszystkie narodowości świata, że zatarciu uległy wszelkie typy rasowe.
— Nie spodziewaliśmy się, że będzie miał pan otwarte w Sylwestra — powiedział Foyle.
— Nasz rosyjski Nowy Rok przychodzi o dwa tygodnie później — wyjaśnił doktor Orel. — Proszę tedy — wskazał drzwi i znikł z cichutkim cmoknięciem. Za drzwiami ukazała się ich oczom długa kondygnacja schodów. Gdy Foyle z Robin zaczęli wstępować na stopnie, doktor Orel pojawił się parę schodków nad nimi.
— Tedy proszę. Och… chwileczkę. — Znikł i pojawił się znowu za nimi. — Zapomnieli państwo zamknąć drzwi. — Zatrzasnął drzwi i jauntował się ponownie. Tym razem zjawił się wysoko, u szczytu schodów. — Proszę wejść.
— Popisuje się — mruknął pod nosem Foyle. — Zdwoisz szybkość jauntowania, albo otrzymasz zwrot kosztów w postaci podwojonej wniesionej opłaty. Wszystko jedno, jest szybki. Będę musiał być jeszcze szybszy.
Weszli do gabinetu konsultacyjnego. Była to nadbudówka o szklanym dachu. Pod ścianami stały zbytkowne, ale przestarzałe aparaty medyczne: maszyna do kąpieli uspokajającej; krzesło elektryczne do wstrząsowego leczenie schizofreników; analizator EKG do śledzenia rozwoju chorób nerwowych oraz stare mikroskopy — optyczny i elektronowy.
Szarlatan czekał już na nich siedząc za biurkiem. Gdy weszli, jauntował się do drzwi, zamknął je, jauntował się z powrotem za biurko, zgiął się w ukłonie, wskazał krzesła, jauntował się za Robin, aby podtrzymać jej krzesło, gdy siadała, jauntował się do okna i zaciągnął zasłony, jauntował się do kontaktu i wyregulował natężenie oświetlenia, po czym znowu pojawił się za biurkiem.
— Rok temu — powiedział z uśmiechem — wcale nie potrafiłem jauntować. Potem odkryłem sekret, który…
Foyle dotknął językiem klawiatury zainstalowanej w końcówkach nerwów jego zębów. Przyspieszył. Wstał, podszedł spokojnie do postaci za biurkiem poruszającej się wolno i bełkoczącej coś głębokim basem, zamachnął się i naukowo grzmotnął Orela w oko, powodując wstrząs czołowych płatów mózgu i porażając ośrodek jauntingu. Zaniósł szarlatana na krzesło elektryczne i przytroczył go doń pasami. Cała akcja zajęła mu w przybliżeniu pięć sekund. Dla Robin Wednesbury była to rozmazana plama ruchu.