Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
— To trudna operacja — powiedział wtedy Yáng-Yeovil — ale tej szaleńczej próby wysadzenia „Vorgi” w powietrze dokonał właśnie Gully Foyle, AS-128/127.006. No a dwadzieścia funtów PirE warte jest zachodu.
Teraz, kołysząc się w biodrach, wstępował po schodach podchodząc do człowieka w renesansowym kostiumie i w masce. Dzięki kuracji hormonalnej przybrał na wadze czterdzieści funtów. Cerę przyciemnił umiejętnie dobraną dietą. Jego fizjonomia, nie zdradzająca bynajmniej cech orientalnych, a zbliżona raczej do jastrzębich rysów twarzy starożytnego amerykańskiego Indianina, przy pewnej kontroli nad mimiką pasowała swobodnie do niezbyt jasno opisanego pierwowzoru.
Tak więc agent kołysząc się w biodrach wstępował teraz po Schodach Hiszpańskich niczym tłusty kogut o złodziejskiej twarzy. Zbliżywszy się do Foyla podał mu paczuszkę poplamionych kopert.
— Sprośne obrazki, signore? Chrześcijanie Piwniczni, klęczący, modlący się, śpiewający psalmy, całujący krzyż? Bardzo nieprzyzwoite. Bardzo świńskie, signore. Zabawią pańskich przyjaciół… Podniecą damy.
— Nie — Foyle odsunął wtykaną mu pornografie na bok. — Szukam Angela Poggi.
Yáng-Yeovil dał mikrosygnał. Jego ludzie znajdujący się na schodach, nie zaprzestając ani na chwile stręczycielstwa i nierządu, zaczęli fotografować i rejestrować przebieg rozmowy. Wokół Foyla i Robin, w gradzie ledwie zauważalnych tików, ruchów nosem, gestów, póz i min rozsygnalizowała się Tajna Mowa Tongu Wywiadowczego Sił Zbrojnych Planet Wewnętrznych. Był to starożytny chiński język znaków przekazywanych za pomocą powiek, brwi, nosa, koniuszków palców oraz nieskończenie drobnych ruchów ciałem.
— Słucham. Signore? — wysapał Yáng-Yeovil.
— Angelo Poggi?
— Si, signore. Jestem Angelo Poggi.
— Pomocnik kucharza z „Vorgi”? — Spodziewając się tego samego napadu strachu, jaki manifestowali na samo wspomnienie o „Vordze” Forrest i Orel, a którego przyczynę wreszcie zrozumiał, Foyle wyciągnął rękę i złapał Yáng-Yeovila za łokieć. — Tak?
— Si, signore — odparł z niezmąconym spokojem Yáng-Yeovil. — Czym mogę panu służyć?
— Może ten wyjdzie z tego cało — mruknął Foyle do Robin. — Nie przestraszył się. Może potrafi obejść blokadę. Chce uzyskać od ciebie pewne informacje, Poggi.
— Jakiego rodzaju, signore i za ile?
— Chce kupić wszystko, co masz do sprzedania. Wszystko co wiesz. Ile żądasz?
— Ależ, signore! Jestem człowiekiem leciwym i doświadczonym. Nie handluję po cenach hurtowych. Należy mi płacić pozycja po pozycji. Pan wybiera, a ja wymieniam cenę. Co chce pan wiedzieć?
— Czy byłeś na pokładzie „Vorgi” 16 sierpnia 2346 roku?
— Cena tej pozycji wynosi 10 kredytek.
Foyle uśmiechnął się niewesoło i zapłacił.
— Byłem, signore.
— Chcę się dowiedzieć czegoś o statku, który minęliście w pobliżu pasa asteroidów. O wraku „Nomada”. Minęliście go szesnastego sierpnia. „Nomad” wzywał pomocy, a „Vorga” przeszła obok i nie udzieliła mu jej. Kto wydał taki rozkaz?
— Ach, signore!
— Kto wydał wam taki rozkaz i dlaczego?
— Czemu pan o to pyta, signore?
— Nieważne. Mów ile chcesz i gadaj.
— Zanim odpowiem, musze wiedzieć na co panu ta informacja, signore. — Na tłustym obliczu Yáng-Yeovila wykwitł chytry uśmieszek. — Zapłacę za swoją dociekliwość opuszczając cenę. Dlaczego interesuje się pan „Vorgą” i „Nomadem” i tym skandalicznym porzuceniem w kosmosie? Czy to może pan był tym nieszczęśliwcem, którego tak okrutnie potraktowano?
— „On nie jest Włochem! Akcent ma świetny, ale używa złej składni. Żaden Włoch nie budowałby takich zdań.”
Foyle zesztywniał zaalarmowany. Bystre oczy Yáng-Yeovila, wprawione w wychwytywaniu najdrobniejszych szczegółów, dostrzegły zmianę, jaka zaszła w jego postawie. Z miejsca zorientował się, że został w jakiś sposób zdemaskowany. Dał bezzwłocznie sygnał swym ludziom.
Na Schodach Hiszpańskich wywiązała się gwałtowna bijatyka. Foyle i Robin zostali w jednej chwili porwani przez wrzeszczącą i walczącą bandą. Ludzie z Tongu Wywiadowczego byli niezrównanymi mistrzami w przeprowadzaniu tego manewru, oznaczonego kryptonimem OP-1, a mającego na celu zaskoczenie świata jauntingu. Ta przeprowadzana w ułamku sekundy operacja mogła wytrącić z równowagi każdego człowieka i obnażyć go, celem identyfikacji. Jej powodzenie opierało się na fakcie, że miedzy niespodziewanym atakiem, a reakcją obronną musiała zawsze wystąpić pewna zwłoka czasowa, tzw. czas martwy. W tym czasie Tong Wywiadowczy gwarantował, że nie dopuści nikogo do jauntowania się.
W przeciągu trzech piątych sekundy, Foyle został sponiewierany, powalony na kolana, rąbnięty w czoło, przewrócony na stopnie i rozciągnięty na nich z rozpostartymi rękoma i nogami. Zdarto mu z twarzy maskę, ściągnięto ubranie i tak przygotowany i bezsilny oczekiwał już tylko na zgwałcenie kamerami identyfikacyjnymi. I właśnie wtedy, po raz pierwszy w historii Tongu, harmonogram operacji uległ zakłóceniu.
Nad ciałem Foyla pojawił się człowiek na rozkraczonych nogach — ogromny mężczyzna o straszliwie wytatuowanej twarzy w dymiącym i płonącym ubraniu. Zjawa była tak przerażająca, że agenci stanęli jak rażeni piorunem i gapili się na nią z rozdziawionymi ustami. Tłum zebrany na Schodach wydał jęk zgrozy.
— Płonący Człowiek! Patrzcie! Płonący Człowiek!
— Ale to Foyle! — wyszeptał Yáng-Yeovil.
Zjawa stała tak może z ćwierć minuty milcząc, płonąc i patrząc niewidzącymi oczyma, potem znikła. Rozpostarty na schodach mężczyzna znikł również. Przedzierzgnął się w rozmazaną w błyskawicznym ruchu plamę, która śmigała wśród ludzi Wywiadu wyszukując i niszcząc kamery, rejestratory i wszelkie aparaty identyfikacyjne. Potem plama pochwyciła dziewczynę w renesansowej sukni i rozpłynęła się z nią w powietrzu.
Schody Hiszpańskie ożyły znowu, jak gdyby otrząsając się z koszmaru. Oszołomieni agenci Wywiadu zbili się w gromadkę wokół Yáng-Yeovila.
— Co to było, na miłość boską, Yeo?
— Myślę, że to był nasz człowiek — Gully Foyle. Widzieliście tę wytatuowaną gębę?
— I płonące ubranie!
— Wyglądał jak czarownica na stosie.
— Ale jeśli ten Płonący Człowiek był Foylem, to na kogo, u diabła, marnowaliśmy czas?
— Nie wiem. Czyżby Brygada Komandosów zafundowała sobie służbę wywiadowczą i nie zadała sobie trudu, aby nam o tym wspomnieć?
— Dlaczego akurat Komandosi, Yeo?
— Widzieliście jak przyspieszył, prawda? Zniszczył całą dokumentacje, jaką zrobiliśmy.
— Wciąż nie mogę uwierzyć w to, co widziałem.
— Och, ty wierzysz nawet w to, czego nie widziałeś. To była najściślejsza tajemnica Desantu. Rozbierają swoich ludzi na kawałki i wymieniają im cały system nerwowy oraz układ ruchu. Musze się skontaktować z dowództwem na Marsie i zapytać, czy Brygada Komandosów nie prowadzi równoległego śledztwa.
— Od kiedy to armia spowiada się marynarce?
— Wyspowiadają się przed Wywiadem — powiedział ze złością Yáng-Yeovil. — Sprawa jest na tyle poważna, że nie ma w niej miejsca na ceregiele. I jeszcze jedno: Nie było powodu, aby w trakcie manewru tarmosić tę dziewczynę. To była niepotrzebna niesubordynacja. — Yáng-Yeovil przerwał, nieświadomy krzyżujących się wokół niego znaczących spojrzeń. — Musze się dowiedzieć kim ona była — dodał rozmarzonym głosem.
— Jeśli ona też została przyspieszona, to może to być interesujące, Yeo — odezwał się słodki głos, wyraźnie pozbawiony ukrytego znaczenia. — Chłopiec spotyka Komandoskę…