Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
Yáng-Yeovil zaczerwienił się.
— W porządku — przyznał. — Nie potrafię tego ukryć.
— Powtarzasz się tylko, Yeo. W ten sam sposób zaczynają się wszystkie twoje romanse. „Nie było potrzeby poniewierania tej dziewczyny…”, i potem — Dolly Quaker, Jean Webster, Gwynn Roget, Marion…
— Tylko bez nazwisk! — przerwał wstrząśnięty głos. — Czy Romeo rozpowiadał o Julii?
— Na jutro wszyscy są wyznaczeni do szorowania latryn — powiedział Yáng-Yeovil. — Niech mnie diabli, jeśli pozwolę, na taką sprośną niesubordynacje. Nie, nie na jutro; ale zaraz po zamknięciu tej sprawy. — Jego jastrzębia twarz pociemniała. — Mój Boże, co za bryndza! Czy zapomnicie kiedykolwiek Foyla stojącego tam jak płonąca pochodnia? Ale gdzie on jest? Do czego zmierza? Co to wszystko znaczy?
ROZDZIAŁ 11
Rezydencja Presteigna z Presteignów w Central Park była z okazji nadejścia Nowego Roku rzęsiście oświetlona. Urocze, antyczne żarówki elektryczne z zygzakowatymi żarnikami i o spiczastych bańkach rzucały wokół ciepłe światło. Na tę specjalną okazję usunięto jauntoszczelny labirynt i otwarto wielkie wrota wejściowe. Wnętrze budynku zasłonięto przed ciekawym wzrokiem zebranej na zewnątrz gawiedzi, wysadzanym klejnotami parawanem, ustawiając go tuż za wrotami.
Gapie szeptali miedzy sobą i witali okrzykami bardziej i mniej sławne klany i septy przybywające pod dom Presteigna autami, powozami, bryczkami i wszelkimi innymi rodzajami luksusowych środków transportu. Przed wrotami swej rezydencji stał sam Presteign — szpakowaty, przystojny, z nieodłącznym, bazyliszkowym uśmiechem na ustach — i witał towarzystwo. Ledwie jedna znakomitość przekroczyła gościnne progi i znikała za parawanem, a już z turkotem kół, w wehikule jeszcze fantastyczniejszym, podjeżdżała następna, jeszcze sławniejsza.
Colasowie przybyli w cygańskim wozie. Rodzina Esso (sześciu synów i trzy córki) wzbudziła zachwyt nadjeżdżając autobusem marki Greyhound, przykrytym szklanym dachem. Natomiast Greyhound przyjechał wózkiem akumulatorowym Edisona, niemalże depcząc im po piętach, co stało się przyczyną wielu żartów i przekomarzań przed wejściem. Kiedy jednak jako następny wysiadł ze swego napędzanego benzyną powoziku ESSO Edison z Westinghouse, zamykając tym samym kółko, śmiech na schodach przerodził się w ryk.
W chwili gdy grupka gości odwróciła się, aby wejść do domu Presteigna, uwagę wszystkich przykuł dochodzący z oddali zgiełk. Był to dudniący, bolesny dla uszu terkot młotów pneumatycznych i przeraźliwy, metaliczny jazgot. Hałas przybliżał się z każdą sekundą. Najdalsze kręgi gapiów rozstąpiły się, tworząc szeroki szpaler. Utworzoną w ten sposób aleją pędziła z turkotem ogromna ciężarówka. Sześciu ludzi zwalało z jej skrzyni drewniane belki. Za ciężarówką posuwała się dwudziestoosobowa brygada robotników, starannie układając te belki w rzędy.
Presteign i jego goście przyglądali się w osłupieniu rozgrywającej się na ich oczach scenie. Pełzając po ułożonych dopiero co belkach nadjeżdżała z wyciem i łomotem gigantyczna maszyna. Za nią układano równoległe nitki stalowych szyn. Brygada robotników z młotami kowalskimi i pneumatycznymi przytwierdzała szyny sworzniami do podkładów. Tor położono pod same wrota rezydencji Presteigna, spod których łagodnym łukiem wykręcał on z powrotem. Wyjąca maszyna, a z nią brygady robotników zniknęły w ciemnościach.
— Dobry Boże! — rozległ się wyraźny w zapadłej nagle ciszy glos Presteigna. Z domu wysypali się goście, ciekawi przyczyny hałasu.
Gdzieś w dali rozległ się przenikliwy gwizd. Torem nadjeżdżał człowiek na białym koniu, dzierżący w dłoni wielką, czerwoną flagę. Za nim sapała parowa lokomotywa, ciągnąca jeden odkryty wagon. Pociąg zatrzymał się przed wrotami rezydencji Presteigna. Ze stopnia wagonu zeskoczył konduktor, a za nim steward. Steward przystawił do drzwi wagonu schodki, po których zeszli na ziemie dama i gentleman w strojach wieczorowych.
— Nie powinno potrwać długo — zwrócił się gentleman do konduktora. — Proszę wrócić po nas za godzinę.
— Dobry Boże! — wykrzyknął znowu Presteign.
Pociąg posapując i dysząc odjechał. Przybyła para wstąpiła na schody.
— Dobry wieczór, Presteignie — odezwał się gentleman. — Strasznie mi przykro, że mój koń zrył kopytami twoje tereny, ale stare nowojorskie przepisy nadal wymagają noszenia przed pociągiem czerwonej flagi.
— Fourmyle! — krzyknęli goście.
— Fourmyle z Ceres! — wznieśli okrzyk gapie.
Przyjęcie u Presteigna miało już zapewniony sukces.
W ogromnym, obitym aksamitem i pluszem holu, Presteign przyjrzał się ciekawie Foylowi. Foyle znosił ze spokojem przenikliwe spojrzenie stalowoszarych źrenic, pozdrawiając w międzyczasie skinieniami głowy i uśmiechami pozyskanych dzisiejszej nocy od Canberry do Nowego Jorku entuzjastycznych wielbicieli, z którymi gawędziła Robin.
— „Samokontrola” — myślał. — „Zimna krew, opanowanie i mózg. Po tym idiotycznym zamachu na „Vorgę” wałkował mnie w swoim gabinecie przez godzinę. Czy mnie teraz rozpozna?” Twoja twarz wydaje mi się znajoma, Presteignie — powiedział Fourmyle. — Czy nie spotkaliśmy się już kiedyś?
— Do dzisiejszego wieczoru nie miałem honoru poznania Fourmyle’a — odparł dwuznacznie Presteign.
Foyle ćwiczył się w czytaniu ludzkich twarzy, ale surowe, przystojne oblicze Presteigna było nieodgadnione. Stojąc tak oko w oko, jeden obojętny i wzbudzający szacunek, drugi powściągliwy i nieugięty, wyglądali jak dwie mosiężne statuetki rozgrzane do białości i mające się za chwile stopić.
— Mówiono mi, że szczycisz się swoim parweniuszostwem, Fourmyle.
— Tak. Biorę przykład z Presteigna Pierwszego.
— Czyżby?
— Pamiętasz zapewne, iż szczycił się on zbiciem majątku na czarnym rynku plazmy podczas trzeciej Wojny Światowej.
— To była druga Wojna Światowa, Fourmyle. Ale hipokryci naszego klanu nigdy go nie uznali. Nazywał się wtedy Payne.
— Nie wiedziałem.
— A jakież było twoje nieszczęsne nazwisko, zanim zmieniłeś je na Fourmyle?
— Brzmiało Presteign.
— Naprawdę? — bazyliszkowy uśmieszek wyrażał uznanie za celne trafienie. — A więc rościsz sobie pretensje do powinowactwa z naszym klanem?
— Będę je rościł w swoim czasie.
— O jaki stopień powinowactwa chodzi?
— Powiedzmy… o pokrewieństwo.
— To bardzo interesujące. Znajduję u ciebie pewną fascynację krwią, Fourmyle.
— To bez wątpienia rodzinne, Presteignie.
— Jesteś łaskaw być cynicznym — stwierdził nie bez cynizmu Presteign. — Ale masz rację. Zawsze mieliśmy fatalną słabość do krwi i pieniędzy. To nasza wada. Sam to przyznaję.
— A ja ją podzielam.
— Pasję do krwi i pieniędzy?
— Właśnie. Najżarliwiej.
— Bez litości, bez wybaczenia, bez hipokryzji?
— Bez litości, bez wybaczenia, bez hipokryzji.
— Fourmyle, młodzieńcze, jesteś moją bratnią duszą. Nawet gdybyś nie rościł sobie praw do powinowactwa z naszym klanem, i tak byłbym zmuszony cię adoptować.
— Spóźniłeś się, Presteignie. To ja właśnie adoptuję ciebie.
Presteign ujął Foyla pod ramię.
— Muszę przedstawić cię mojej córce, Lady Olivii. Czy pozwolisz?
Przeszli przez hol recepcyjny. Foyle pomyślał przez chwile, czy nie warto by przywołać Robin, aby ostrzegała go przed zbliżającym się niebezpieczeństwem, ale sukces za bardzo uderzył mu do głowy: