Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
— „On nie wie. Nigdy się nie dowie.”
Potem przyszła wątpliwość.
— „Ale nigdy się też nie dowiem, czy on wie. Jest z tyglowej stali. Mógłby mnie nauczyć paru rzeczy o samokontroli.”
Fourmyle’a pozdrowiło grono znajomych.
— Fantastyczną sztuczkę zrobiłeś w Szanghaju.
— Cudowny był ten karnawał w Rzymie, prawda? Słyszałeś może o płonącym człowieku, który pojawił się na Schodach Hiszpańskich?
— Szukaliśmy cię w Londynie.
— Cóż to było za cudowne wejście — zawołał Harry Sherwin-Williams. — Zakasowałeś nas wszystkich, Fourmyle. Zrobiłeś z nas bandę jakichś cholernych zbieraczy petów.
— Zapominasz się, Harry — upomniał go zimno Presteign. — Wiesz przecież, że w moim domu nie pozwalam na żadną profanację.
— Przepraszam, Presteignie. Gdzie jest teraz twój cyrk, Fourmyle?
— Nie wiem — powiedział Fourmyle — ale zaczekaj chwilkę.
Wokół rozmawiających zebrał się spory tłumek gości, oczekujących z uśmiechami na twarzach na nowe szaleństwo Fourmyle’a. Fourmyle wyjął z kieszeni platynowy zegarek i zwalniając zatrzask otworzył kopertę. Na cyferblacie pojawiła się twarz kamerdynera.
— Nnno… ty… jak ci tam… Gdzie w tej chwili stoimy?
Rozległ się głos cichy i metaliczny, jakby zapytany odpowiadał z blaszanej puszki po konserwach:
— Wydałeś polecenie, aby twoją stałą rezydencją uczynić Nowy Jork, Fourmyle.
— Tak? Tak powiedziałem? No i?
— Kupiliśmy katedrę Św. Patryka, Fourmyle.
— A gdzie to jest?
— Stary Św. Patryk, Fourmyle. To tam gdzie kiedyś Piąta Aleja krzyżowała się z Pięćdziesiątą Ulicą. Obóz rozbiliśmy we wnętrzu.
— Dziękuje. — Fourmyle zatrzasnął kopertę platynowego Huntera. — Mój obecny adres: Stary Św. Patryk, Nowy Jork. Wyjętym spod prawa religiom trzeba przyznać jedno… Wznosiły chociaż świątynie na tyle duże, aby pomieściły cyrk.
Olivia Presteign siedziała na podwyższeniu, otaczana przez wielbicieli składających hołd tej pięknej córce-albinosce Presteigna. Była zdumiewająco i cudownie ślepa, ponieważ widziała tylko w podczerwieni, reagując na zakres fal o długościach zamykających się w przedziale od 7500 angstremów do jednego milimetra, rozciągającym się daleko poniżej normalnego spektrum widzialnego. Widziała na czerwonym tle fale cieplne, pola magnetyczne, fale radiowe, widziała swych adoratorów jako dziwną poświatę promieniowania organicznego.
Z koralowymi oczyma, koralowymi ustami, władcza, tajemnicza, nieosiągalna była Śnieżną Dziewicą, Królową Lodu. Foyle spojrzał na nią i zanim jeszcze ślepy wzrok dziewczyny dostrzegł go w postaci fal elektromagnetycznych i promieniowania podczerwonego, spuścił zmieszany oczy. Puls zaczął mu bić szybciej, przez mózg przelatywały błyskawicami setki wyobrażeń, których bohaterami byli on sam i Olivia Presteign.
— „Nie bądź głupcem!” — pomyślał z desperacją. — „Opanuj się. Przestań marzyć. To może być niebezpieczne…”
Przedstawiono go. Przemówił doń silny, srebrzysty głos; podano mu chłodną, szczupłą dłoń; ta dłoń jednak zdała się eksplodować w jego własnej iskrami wyładowania elektrycznego. Było to coś na kształt pierwszego, wzajemnego rozpoznania… coś na kształt połączenia się emocjonalnym wstrząsem.
— „To szaleństwo. Ona jest symbolem księżniczki z twych snów… Nieosiągalna… Opanuj się!”
Walczył tak zawzięcie z samym sobą, że chyba nie zauważył nawet, iż dano mu łaskawie i obojętnie znak do usunięcia się. Nie mógł w to uwierzyć. Stał jak prostak z rozdziawionymi ustami.
— Cóż to? Ciągle tu jesteś, Fourmyle?
— Nie mogę uwierzyć w to, że zostałem odprawiony, Lady Olivio.
— Niezupełnie, ale obawiam się, że stoisz na drodze moim przyjaciołom.
— Nie przywykłem, aby mnie odprawiano. („Nie. Nie tak. Wszystko źle”), przynajmniej przez kogoś, kogo chciałbym zaliczyć do grona swych przyjaciół.
— Nie bądź nudny, Fourmyle. Zejdź.
— Czym cię uraziłem?
— Uraziłeś? Teraz jesteś śmieszny.
— Lady Olivio… („Czy nie potrafię już nic powiedzieć dobrze? Gdzie jest Robin?”). Czy możemy zacząć od początku?
— Jeśli starasz się być nietaktowny, Fourmyle, to cudownie ci się to udaje.
— Daj mi jeszcze raz swoją dłoń, proszę. O, dziękuję. Jestem Fourmyle z Ceres.
— No już dobrze — roześmiała się — Przyznaje, że dobry z ciebie klown. Zejdź teraz. Jestem pewna, że znajdziesz sobie kogoś, kogo będziesz mógł rozśmieszać.
— Co się tym razem stało?
— No nie, sir. Starasz się mnie rozzłościć?
— Nie. („Tak. Staram się. Staram się jakoś ciebie dotknąć… przebić się przez tę twoją lodową skorupę”). Za pierwszym razem uścisk naszych dłoni był… gwałtowny. Teraz tak nie było. Co się stało?
— Fourmyle — powiedziała znudzonym głosem Olivia. — Przyznam, że jesteś zabawny, oryginalny, dowcipny, fascynujący przyznam wszystko co chcesz, bylebyś tylko odszedł.
Zszedł niezgrabnie z podium.
— „Suka. Suka. Suka. Nie. Ona jest właśnie tym marzeniem, o którym śniłem. Muszę zdobyć te lodową wieżę. Musze przystąpić do oblężenia… wziąć ją szturmem… gwałtem… rzucić ją na kolana…”
I nagle stanął oko w oko z Saulem Dagenhamem.
Stanął jak wryty, zmuszając się do zachowania zimnej krwi.
— Ach, Fourmyle — powiedział Presteign — przedstawiam ci Saula Dagenhama. Może nam poświęcić tylko trzydzieści minut, a jedną z nich chce spędzić z tobą.
— „Czy on wie? Czy posłał po Dagenhama, żeby się upewnić? Atak. Toujours de láudace”. Co się stało z twoją twarzą, Dagenham? — spytał jak gdyby nigdy nic Fourmyle.
Trupia główka uśmiechnęła się.
— Wydawało mi się, że jestem sławny. To skażenie promieniowaniem. Jestem gorący. Kiedyś mawiano „gorący jak pistolet”. Teraz mówi się „gorący jak Dagenham”. — Trupie oczy zmierzyły Foyla od stóp do głów. — Co się kryje za twoim cyrkiem?
— Żądza sławy.
— Sam jestem starym wygą kamuflażu. Znam się na rzeczy. Co ty ukrywasz?
— Czy Dillinger wydał Capone’a? — Foyle odwzajemnił uśmiech odzyskując pewność siebie i odprężając się — „Obu wyprowadziłem w pole”. Wyglądasz na szczęśliwszego, Dagenham — powiedział i natychmiast ugryzł się w język.
Dagenham z błyskiem w oku wyłowił to potkniecie.
— Szczęśliwszy niż kiedy? Wtedy gdy się ostatnio widzieliśmy?
— Nie szczęśliwszy niż kiedyś; szczęśliwszy niż ja. — Fourmyle zwrócił się do Presteigna. — Zakochałem się bez pamięci w Lady Olivii.
— Minęło twoje pół godziny, Saul.
Dagenham i stojący z drugiego boku Foyla Presteign odwrócili się. Podeszła do nich pełna godności, wysoka kobieta w szmaragdowej sukni wieczorowej. Jej rude włosy błyszczały. To była Jisbella McQueen. Ich spojrzenia spotkały się. Zanim szok zawrzał mu na twarzy Foyle odwrócił się na pięcie, przebiegł sześć kroków dzielących go od najbliższych drzwi i wypadł przez nie z sali.
Drzwi zatrzasnęły się za nim. Znajdował się w krótkim, ślepym korytarzyku. Rozległ się trzask, przez chwile było cicho, a potem jakiś metaliczny głos przemówił uprzejmie: