Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
Przyspieszył, przemknął rozmazaną plamą przez dom, znalazł Chrześcijan Piwnicznych zastygłych w pozach skamieniałych biegaczy i obejrzał ich sobie. Wrócił do Robin i wyłączył przyspieszenie.
— Żaden z nich nie jest Forrestem — oświadczył. — Może schronił się na górę. Wieje tylnym wyjściem, podczas gdy reszta pcha się frontowymi drzwiami. Idziemy.
Pognali po schodach na górę. Zatrzymali się na podeście, aby zorientować się w sytuacji.
— Musimy działać szybko — szepnął Foyle i nagle urwał nasłuchując. Zza drzwi widniejących u szczytu schodów dobiegło ciche kwilenie. Foyle pociągnął nosem.
— Analog! — wykrzyknął. — Tam musi być Forrest. No i co ty na to? W piwnicy nabożeństwo, a na strychu narkotyki.
— O czym ty mówisz?
— Później ci to wyjaśnię. Wchodzimy tam. Mam tylko nadzieje, że nie przyćpał na goryla.
Foyle sforsował drzwi jak traktor. Znaleźli się w wielkim pomieszczeniu o nagich ścianach. Z sufitu zwisała lina. W połowie drogi miedzy podłogą, a sufitem wisiał opleciony wokół niej człowiek. Wijąc się pełzał po linie w górę i w dół wydając przy tym piskliwe dźwięki i wydzielając piżmowy odór.
— Pyton — stwierdził Foyle. — Transformacja już się zaczęła. Nie zbliżaj się do niego. Pogruchotałby ci kości, gdybyś go dotknęła.
Z dołu ktoś zaczął wołać:
— Forrest! Co to za strzelanina? Szczęśliwego Nowego Roku, Forrest! Gdzie, u diabła, celebracja?
— Idą tutaj — mruknął Foyle. — Trzeba go stąd wyjauntować. Spotkamy się na plaży. Ruszaj!
Błyskawicznym ruchem wydobył z kieszeni nóż, odciął linę, zarzucił sobie wijącego się mężczyznę na plecy i jauntował się. Robin znalazła się na pustej plaży Jervis Beach na chwilę przed nim. Foyle przybył tam z oplatającym jego kark i ramiona człowiekiem, który niczym pyton miażdżył go w straszliwym uścisku. Na twarzy Foyla pałało krwawoczerwone piętno.
— Sindbad — wyrzęził nieswoim głosem. — Starzec z Morza. Szybko mała! Prawa kieszeń. Trzecia od góry. Ampułka z igłą. Wbij mu ją byle gdz… — zabrakło mu tchu.
Robin odpięła kieszeń i znalazła w niej paczuszkę szklanych paciorków. Każdy paciorek zaopatrzony był w ostrze, przypominające żądło pszczoły. Wbiła ostrze żądła ampułki w kark wijącego się mężczyzny. Natychmiast rozluźnił uścisk. Foyle strząsnął go z pleców i podniósł się z piasku.
— Chryste! — mruknął masując sobie gardło. Wziął głęboki oddech. — Psiakrew. Samokontrola — powiedział, na powrót przywracając swej postaci i twarzy wygląd niezmąconego spokoju. Szkarłatny tatuaż spełzł powoli z jego twarzy.
— Co to był za horror? — spytała Robin.
— Analog. Psychiatryczny narkotyk dla psychotyków. Zakazany. Czubek musi się jakoś rozładować powracając do natury. Utożsamia się z określonym gatunkiem zwierzęcia… z gorylem, z grizzlim, z bykiem, z wilkiem… Zażywa narkotyk i przemienia się w zwierzę, którym chciałby być. Wygląda na to, że Forrest ma bzika na punkcie węży.
— Skąd to wiesz?
— Mówiłem ci przecież, że studiuję… szykuję się na „Vorgę”. To jedna z rzeczy, których się do tej pory nauczyłem. Jeśli nie stchórzysz, pokażę ci coś więcej. Pokażę ci jak otrzeźwić czubka znajdującego się pod wpływem Analogu.
Foyle odpiął drugą kieszeń swojego kombinezonu i przystąpił do cucenia Forresta. Robin przyglądała się temu przez chwilę, potem wydała okrzyk przerażenia, odwróciła się i odeszła plażą w kierunku morza. Stała tam patrząc nieobecnym wzrokiem na bijące o brzeg fale i na gwiazdy, dopóki kwilenie i szamotanie za jej plecami nie ustały.
— Możesz już wrócić — zawołał Foyle.
Robin zbliżyła się, zastając roztrzęsioną kreaturę siedzącą prosto na piasku i wpatrującą się matowymi, trzeźwymi oczyma w Foyle.
— Ty jesteś Forrest?
— A kim ty, u diabła jesteś?
— Jesteś Ben Forrest, główny kosmonauta. Latałeś kiedyś na „Vordze” Presteigna.
Forrest krzyknął w przerażeniu.
— Byłeś na pokładzie „Vorgi” 16 sierpnia 2436 roku.
Mężczyzna załkał i potrząsnął głową.
— Szesnastego sierpnia minęliście wrak. Niedaleko pasa asteroidów. Wrak bliźniaczego statku — „Nomada”. Wzywał pomocy. „Vorga” nie udzieliła mu jej. Minęła go i zostawiła, żeby dryfował dalej i zginął. Dlaczego „Vorga” go minęła?
Forrest zaczął krzyczeć histerycznie.
— Kto wydał rozkaz pozostawienia „Nomada” na pastwę losu?
— Jezusie, nie! Nie! Nie!
— Z akt Bońesa i Uiga zniknęły wszystkie meldunki. Ktoś dobrał się do nich przede mną. Kto to był? Kto znajdował się wtedy na pokładzie „Vorgi”? Kto wtedy z tobą leciał? Chcę znać nazwiska oficerów i członków załogi. Kto dowodził?
— Nie! — wrzasnął Forrest. — Nie!
Foyle potrząsnął plikiem banknotów przed nosem rozhisteryzowanego mężczyzny.
— Za te informacje zapłacę ci pięćdziesiąt patyków. Będziesz miał Analog zapewniony do końca życia. Kto wydał rozkaz pozostawienia mnie na pewną śmierć, Forrest? Kto?
Mężczyzna wyrwał z dłoni Foyla banknoty, zerwał się na nogi i pokłusował plażą. Foyle dopadł go nad samą wodą. Forrest rozciągnął się jak długi na ziemi, wpadając głową w wodę. Foyle przytrzymał go w tej pozycji.
— Kto dowodził „Vorgą”, Forrest? Kto wydał ten rozkaz?
— Utopisz go! — krzyknęła Robin.
— Niech trochę pocierpi. W wodzie jest przyjemniej niż w próżni. Ja męczyłem się sześć miesięcy. Kto wydał ten rozkaz, Forrest?
Mężczyzna wypuszczał z ust pęcherzyki powietrza i krztusił się. Foyle wyciągnął mu głowę z wody.
— Co z ciebie za człowiek? Jesteś lojalny? Szalony? Boisz się? Typy twojego pokroju puszczają farbę za pięć patyków. Ja proponuję ci pięćdziesiąt. Pięćdziesiąt tysięcy za informację, ty sukinsynu, albo umrzesz powoli i w męczarniach.
Na twarzy Foyla znowu pojawił się tatuaż. Wepchnął głowę Forresta pod wodę, przytrzymując wyrywającego się mężczyznę. Robin próbowała go odciągnąć.
— Zamordujesz go!
Foyle zwrócił ku niej swą straszliwą twarz.
— Precz z łapami, suko! Kto był z tobą na pokładzie, Forrest? Kto wydał ten rozkaz? Dlaczego?
Forrest szarpnął się i wynurzył głowę z wody.
— Było nas na „Vordze” dwunastu — wykrztusił. — Chryste, ocal mnie! Byłem ja, Kemp… Drgnął spazmatycznie i znieruchomiał. Foyle wyciągnął jego ciało z wody.
— No dalej. Ty i kto? Kemp? Kto jeszcze? No, mów.
Nie było odpowiedzi. Foyle zbadał ciało.
— Nie żyje — jęknął.
— O mój Boże! Mój Boże!
— Jeden trop diabli wzięli. I to wtedy, kiedy zaczął właśnie puszczać farbę. Co za cholerny pech. — Wziął głęboki oddech i niczym żelazną tarczę roztoczył wokół siebie aurę niezmąconego spokoju. Tatuaż zniknął mu z twarzy. Naregulował zegarek ustawiając go na sto dwadzieścia stopni długości wschodniej.
— W Szanghaju prawie północ. Ruszajmy. Może z Sergeiem Orelem, tym felczerem z „Vorgi”, będziemy mieli więcej szczęścia. Nie rób takiej wystraszonej miny. To dopiero początek. Ruszaj, mała. Jauntuj się!
Robin stała jak skamieniała. Dostrzegł, że z wyrazem niedowierzania na twarzy patrzy gdzieś ponad jego ramieniem. Odwrócił się. Na plaży majaczyła gorejąca postać — ogromny mężczyzna w płonącym ubraniu, o straszliwie wytatuowanej twarzy. To był on sam.
— Chryste! — wykrzyknął Foyle. Postąpił krok w kierunku swego płonącego wizerunku i ten nagle znikł.