Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
— „Nie jauntuj. To nieelegancko. Wyjdź pieszo. Nie spiesz się. Powolność należy do dobrego tonu. Uszanowania dla Gubernatora… Dla Komisarza… Dla ich pań… Bien. Nie zapomnij wręczyć napiwku służbie. Nie jemu, idioto! To Wicegubernator. No, dobrze. Zrobiłeś wrażenie. Zaakceptowali cię. Co teraz?”
— A po co przybyliśmy do Canberry?
— Myślałam, że na bal.
— Na bal i w poszukiwaniu człowieka nazwiskiem Forrest.
— Kto to jest?
— Ben Forrest, kosmonauta z „Vorgi”. Mam trzy tropy, wiodące do tego, który wydał rozkaz pozostawienia mnie na pastwę losu. Te trzy tropy to trzy nazwiska: kucharz z Rzymu o nazwisku Poggi; Orel — szarlatan z Szanghaju i ten tutaj, Forrest. To operacja kombinowana… wyższe sfery i poszukiwania. Rozumiesz?
— Rozumiem.
— Mamy dwie godziny na przyciśniecie Forresta do muru. Znasz współrzędne Aussie Cannery? Tego wolnego miasta?
— Nie chce mieć nic wspólnego z twoimi porachunkami z „Vorgą”. Szukam tylko swojej rodziny.
— Jakkolwiek patrzeć, jest to operacja połączona — powiedział tak dzikim tonem, że zamrugała powiekami i jauntowała się z miejsca. Gdy Foyle przybył do swego namiotu w Cyrku Four Mile, obozującym na Jervis Beach, Robin przebierała się już w strój podróżny. Foyle spojrzał na dziewczynę. Chociaż zmusił ją, aby ze względu na własne bezpieczeństwo zamieszkała w jego namiocie, nie tknął jej już więcej. Robin pochwyciła jego spojrzenie, przestała się przebierać i czekała.
Pokręcił głową.
— Z tym już koniec.
— Ciekawe. Nie bawi cię już gwałt?
— Ubieraj się — powiedział chłodno. — Powiedz im, że mają dwie godziny na przeniesienie obozu do Szanghaju.
Było trzydzieści minut po północy, kiedy Foyle i Robin przybyli na rogatki wolnego miasta Aussie Cannery. Zwrócili się o wydanie im plakietek identyfikacyjnych i zostali powitani przez samego burmistrza.
— Szczęśliwego Nowego Roku — kolędował burmistrz. — Życzę szczęścia, szczęścia i jeszcze raz szczęścia! Państwo z wizytą? Z przyjemnością obwiozę państwa po mieście. Państwo pozwolą ze mną. — Zapakował ich do wielgachnego helikoptera i wystartował. — Dzisiejszej nocy odwiedzają nas tłumy gości. Nasze miasto jest bardzo gościnne. To najgościnniejsze miasto na świecie.
Helikopter lawirował wśród niebotycznych budowli.
— To nasze lodowe pałace… w dole, na lewo baseny pływackie… Ta wielka kopuła to skocznia narciarska. Śnieg przez cały rok… Tam dalej to tropikalne ogrody pod szklanymi dachami. Palmy, papugi, orchidee, owoce. Na prawo nasz rynek… teatr… mamy też własną rozgłośnie, radiową. 3D-5S. Teraz przelatujemy nad stadionem futbolowym…
— Gadaj zdrów — mruknął pod nosem Foyle.
— Tak, pszepana, mamy tu wszystko. Dosłownie wszystko. Nie trzeba jauntować dookoła świata, aby znaleźć rozrywkę. Aussie Cannery sprowadza świat do was. Nasze miasto jest małym wszechświatem. Najszczęśliwszym małym wszechświatem na świecie.
— Rozumiem przez to, że nie macie problemów z zasiedleniem miasta.
Burmistrz bez zająknienia ciągnął dalej swą mowę pochwalną.
— Spójrzcie w dół na ulice. Widzicie te rowery? Te motocykle? Te samochody? Możemy pozwolić sobie na bardziej luksusowe środki transportu niż jakiekolwiek inne miasto na Ziemi. Popatrzcie na domy. To rezydencje. Mieszkańcy naszego miasta są bogaci i szczęśliwi. Dokładamy starań, aby takimi byli.
— Ale czy udaje się wam zatrzymać ich na dłużej?
— Co ma pan na myśli? Oczywiście, my…
— Może nam pan powiedzieć prawdę. Nie jesteśmy kandydatami do osiedlenia się tutaj. Udaje się wam ich zatrzymać?
— Nie potrafimy zatrzymać ich dłużej niż sześć miesięcy — westchnął burmistrz. — To cholerne zmartwienie. Dajemy im wszystko, ale nie możemy trzymać ich siłą. Zapadają na manię podróżniczą i jauntują. Brak rąk do pracy pociągnął za sobą dwunastoprocentowy spadek produkcji naszych zakładów przemysłowych. Nie możemy utrzymać rytmicznego tempa produkcji.
— Nikt tego nie potrafi.
— Jakiś porządek powinien mimo wszystko być. Forrest, mówiliście? To już tutaj.
Wysadził ich przed domkiem przypominającym szwajcarski szałas, do którego przylegał piecioakrowy ogród i wystartował mrucząc coś do siebie. Foyle i Robin podeszli do drzwi i przystanęli, czekając aż kamera złapie ich w obiektyw i zaanonsuje gospodarzom. Zamiast tego drzwi zabłysły czerwienią i pojawiła się na nich trupia czaszka ze skrzyżowanymi u dołu piszczelami. Jakiś blaszany głos oznajmił:
OSTRZEŻENIE. REZYDENCJA TA WYPOSAŻONA JEST W SYSTEM ZABEZPIECZAJĄCY SZWEDZKIEJ KORPORACJI PRODUKUJĄCEJ ŚRODKI OCHRONY ŚMIERCIONOŚNEJ. R:77-23. ZOSTAŁEŚ FORMALNIE OSTRZEŻONY.
— Co, u diabła? — mruknął Foyle. — W Sylwestra? Gościnny facet, nie ma co. Spróbujemy od tyłu.
Obeszli domek dookoła, prześladowani przez trupią główkę ze skrzyżowanymi piszczelami rozbłyskującą w regularnych odstępach czasu i wygłaszane blaszanym głosem ostrzeżenie. Z jednej strony dostrzegli jasno oświetlone okienko piwnicy, z którego doleciał ich uszu przytłumiony chór głosów:
— Pan jest moim pasterzem, nie będę pożądał…
— Chrześcijanie Piwniczni! — wykrzyknął Foyle.
Pochylili się z Robin nad okienkiem i zajrzeli do środka. Na wspólnym i wysoce nielegalnym nabożeństwie celebrowało nadejście Nowego Roku trzydziestu wiernych zbliżonych wyznań. Dwudziesty czwarty wiek nie obalił jeszcze Boga, zniósł jednak zorganizowaną religię.
— Nic dziwnego, że ten dom jest tak zabezpieczony — powiedział Foyle. — Takie nielegalne praktyki. Spójrz tylko, są tam ksiądz i rabin, a ten przedmiot stojący za nimi to krzyż…
— Czy zastanawiałeś się kiedykolwiek co znaczą niektóre słowa, których często używasz? — spytała cicho Robin. — Mówisz nieraz „O Jezu” albo „Jezu Chryste”, a wiesz co to w ogóle znaczy?
— Przekleństwa i tyle. Takie same jak „o kurczę” albo „do diabła”.
— Nie, to jest religia. Ty tego nie wiesz, ale za takimi słowami kryje się dwa tysiące lat, przez które coś one znaczyły.
— Nie ma czasu na gadanie po próżnicy — przerwał jej ze zniecierpliwieniem Foyle. — Zostawmy to na później. Teraz chodź.
Tylną ścianę domku stanowiła lita szklana tafla, będąca jednocześnie oknem skąpo oświetlonego, pustego salonu.
— Połóż się twarzą do ziemi. — rozkazał Foyle. — Wchodzę.
Robin legła posłusznie na brzuchu na marmurowej posadzce, którą wyłożone było patio. Foyle włączył swe ciało, przyspieszył i przemieniając się w rozmazaną w ruchu plamę wytłukł dziurę w szklanej ścianie. Daleko w dolnym krańcu pasma częstotliwości akustycznych usłyszał głuche detonacje. To były wystrzały. W jego kierunku mknęły szybkie pociski. Przypadł do podłogi i przeczesując pasmo częstotliwości słyszalnych poczynając od najniższych basów, a na ultradźwiękach kończąc, dostroił swe uszy do szumu mechanizmów wykonawczych systemu zabezpieczającego. Kręcąc powoli głową sprecyzował ich położenie przez obouszne namierzanie kierunkowe, przeczołgał się pod gradem kul i zdemolował urządzenie. Wyłączył przyspieszenie.
— Wchodź. Szybko!
Robin, drżąc na całym ciele, dołączyła do niego w salonie. Gdzieś w głębi domu rozlegały się męczeńskie pojękiwania Chrześcijan Piwnicznych wysypujących się w panice z piwnicy.
— Poczekaj tu na mnie — mruknął Foyle.