Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Quinn nie wyłączała pomp, dopóki z rurki nie zaczęła wypływać zielonkawa przezroczysta ciecz. Tymczasem sanitariusz odnalazł widocznie to, czego szukał, i zainstalował jeszcze dwie rurki. W ranie wezbrała mieszanina krwi i kriopłynu. Strużka zmieniła się w prawdziwą rzekę. Sanitariusz zdjął Milesowi buty i skarpety, po czym zbadał czujnikami obnażone i blade stopy.
— Już prawie… cholera, zużyliśmy prawie wszystko. — Podbiegł do automatycznego pojemnika, który sam się wyłączył i mrugał czerwoną lampką wskaźnika.
— Ja już nie mam nic — powiedziała Quinn.
— Prawdopodobnie wystarczy. Oboje byli nieduzi. Zaciśnij końcówki… — Rzucił jej jakiś błyszczący instrument, który złapała w powietrzu. Pochylili się nad drobnym ciałem. — No to do komory — rzekł sanitariusz. Quinn przytrzymywała głowę Milesa, a sanitariusz chwycił go za tułów i biodra. Ręce i nogi zwisały bezwładnie. — Lekki… — Szybko włożyli nagie ciało do kriokomory, zostawiając na podłodze przesiąknięty krwią mundur. Quinn powierzyła sanitariuszowi wykonanie ostatnich połączeń, a sama odwróciła wzrok i zaczęła mówić do hełmu. Nie patrzyła na leżący u jej stóp długi srebrzysty pakunek.
Do sali wbiegł Thorne. Gdzie on się podziewał? Dał znak Quinn i wskazując ruchem głowy ciała Bharaputran, zameldował:
— Na pewno weszli przez tunele. Kazałem zabezpieczyć wyjścia. — Popatrzył zrozpaczony na kriokomorę. Hermafrodyta wyglądał, jak gdyby nagle przybyło mu parę lat. Jak gdyby się… postarzał.
Quinn skinieniem głowy przyjęła meldunek do wiadomości.
— Przełącz się na kanał 9-C. Mamy kłopoty na zewnątrz.
Mark ocknął się z odrętwienia i poczuł, że budzi się w nim nikłe zainteresowanie. Ponownie włączył swój hełm, który w rozpaczy i beznadziei wyłączył wiele godzin temu, gdy dowodzenie przejął Thorne. Ustawił odbiór na tym samym kanale co komandor.
Osłaniających ich łudzi Pomarańczowych i Niebieskich mocno naciskały wzmocnione oddziały sił bezpieczeństwa. Zauważywszy, że Quinn długo zwleka z opuszczeniem budynku, Bharaputranie zlecieli się jak muchy do padliny. Na pokładzie wahadłowca znalazło się już dwie trzecie klonów, więc wróg przestał kierować tam ogień, ale zaczął szybko gromadzić oddziały powietrznodesantowe, krążące w górze jak sępy. Quinn i reszcie groziło, że zostaną okrążeni i odcięci.
— Musi być inna droga — mruknęła Quinn. Włączyła inny kanał. — Poruczniku Kimura, co u ciebie? Wciąż słaby opór?
— Wręcz przeciwnie, twardy aż miło. Mam teraz pełne ręce roboty, Quinnie. — Piskliwy i dziwnie wesoły głos Kimury przerywały zakłócenia świadczące o częstym użyciu ognia plazmowego i lustrzanej tarczy. — Wykonaliśmy zadanie i wycofujemy się. W każdym razie próbujemy. Później pogadamy, dobra? — Znów usłyszeli szum zakłóceń.
— Jakie zadanie? Uważaj na swój wahadłowiec, słyszysz mnie? Może będziecie musieli po nas przylecieć. Melduj się, gdy tylko poderwiesz maszynę.
— W porządku. — Chwila ciszy. — Dlaczego na tym kanale nie ma admirała, Quinnie?
Quinn zacisnęła z bólem powieki.
— Chwilowo… jest poza zasięgiem. Do roboty, Kimura!
Odpowiedź porucznika, jeśli w ogóle jakakolwiek padła, utonęła w kolejnej fali zakłóceń. W hełmie Marka nie było żadnego programu dotyczącego zadania Kimury, lecz porucznik nadawał chyba spoza kompleksu medycznego. Jakiś manewr obliczony na zmylenie przeciwnika? Jeśli tak, to Kimura odciągnął od nich o wiele za mało żołnierzy. Przez inny kanał zameldował się z pokładu wahadłowca sierżant Framingham, ponaglając Quinn, a niemal równocześnie zgłosiła się osłona z Oddziału Pomarańczowych, która pod naporem siły musiała opuścić następne stanowisko obrony.
— Czy wahadłowiec mógłby wylądować na tym budynku i nas zabrać? — zapytała Quinn, wpatrując się w dźwigary pod sufitem.
Thorne zmarszczył brwi, podążając za jej spojrzeniem.
— Chyba wgniótłby dach.
— Cholera. Macie jakieś inne pomysły?
— Dołem — odezwał się nieoczekiwanie Mark. Oboje Dendarianie drgnęli, ale zanim rozpłaszczyli się na podłodze, zorientowali się, co ma na myśli. — Dołem, tunelami. Bharaputranie tamtędy weszli, my możemy wyjść.
— To labirynt — zaprotestowała Quinn.
— Mam mapę — odparł Mark. — Cały Oddział Zielonych ma ją załadowaną do pamięci. Zieloni mogą poprowadzić.
— Dlaczego nie powiedziałeś nam o tym wcześniej? — warknęła zupełnie bez sensu Quinn, jakby nie pamiętała, że nie było żadnego „wcześniej”.
Thorne przytaknął skinieniem głowy, po czym zaczął pospiesznie oglądać holomapę na wyświetlaczu hełmu.
— Da się zrobić. Jest trasa — prowadzi do budynku za waszym wahadłowcem, Quinn. Obrona bharaputrańska jest tam słaba i kieruje uwagę w drugą stronę. Poza tym na dole nie pomoże im przewaga liczebna.
Quinn wbiła wzrok w podłogę.
— Nie cierpię grzebać się w ziemi. Potrzebuję przestrzeni, że by czuć się swobodnie, żeby oddychać. No dobrze, zróbmy to. Sierżancie Tauro!
Po trwającej jeszcze parę chwil krzątaninie i wysadzeniu kilku drzwi mały oddział ruszył w dalszą drogę, zjeżdżając rurą windową i wchodząc do tuneli technicznych. Przed główną grupę wysłano zwiad. Taura kazała sześciu klonom nieść opakowane w srebrną folię ciało Phillipi złożone na trzech metalowych belkach, które wyrwała z balustrad pomostów. Jak gdyby istniała jeszcze resztka nadziei, że uda się wskrzesić dzielną Dendariankę.
Mark szedł obok lotopalety z kriokomorą, którą ciągnął niespokojny sanitariusz. Kątem oka zerknął na przezroczystą pokrywę. Jego pierwowzór leżał z otwartymi, poszarzałymi ustami, blady i nieruchomy. Mróz wymalował wzory wzdłuż uszczelnienia, a z urządzenia chłodzącego buchało wydalone ciepło. Na czujnikach podczerwieni wroga komora będzie płonęła jak ognisko. Mark zadrżał i nachylił się bliżej ciepłego promieniowania. Był głodny i zrobiło mu się przeraźliwie zimno. Do diabła z tobą, Milesie Vorkosigan. Tyle ci chciałem powiedzieć, a teraz nie słuchasz.
Prosty tunel, którym maszerowali, przechodził pod kolejnym budynkiem, prowadząc przez podwójne drzwi do szerokiego holu, gdzie kończyło się wiele różnych przejść; były tu rury windowe, schody awaryjne, inne tunele i szafki techniczne. Wszystkie drzwi zostały otwarte lub wysadzone przez żołnierzy ze zwiadu, którzy szukali Bharaputran. W powietrzu unosił się ostry zapach dymu i intensywna woń, jaką pozostawia po sobie działanie łuku plazmowego. Niestety, w tym rozwidleniu zwiadowcy trafili chyba na tych, których szukali.
Zgasły światła. Wokół Marka zamknęły się ekrany na dendariańskich hełmach, włączono podczerwień. Poszedł za ich przykładem i po chwili patrzył zdezorientowany na świat pozbawiony kolorów. W hełmie słyszał trzask nakładających się na siebie głosów zwiadowców, którzy biegli tyłem w stronę holu dwoma różnymi korytarzami, strzelając z łuków plazmowych, plujących oślepiającym płomieniem. Z rury windowej wysypało się czterech Bharaputran, rozcinając na dwie części kolumnę Quinn. Powstało ogromne zamieszanie i rozpoczęła się walka wręcz. Jakiś Dendarianin, biorąc zamach, przypadkiem powalił na ziemię Marka, który schronił się za lotopaletą.
— Nie ma osłony — jęknął sanitariusz, przywierając ciałem do kriokomory. Nad głowami całkiem blisko śmigały łuki ognia. — Wystarczy jeden celny strzał i…
— Do rury windowej — krzyknął do niego Mark. Sanitariusz skinął głową i popchnął lotopaletę do najbliższego ciemnego otworu, gdzie nie dostrzegli Bharaputran. Rura windowa była wyłączona albo przeciwne pola grawitacyjne uszkodziło obwody w windzie i palecie. Sanitariusz wdrapał się na kriokomorę jak na konia i zaczął znikać Markowi z oczu. Ruszył za nim jeden z żołnierzy, spuszczając się do wnętrza rury po drabinie awaryjnej. Gdy Mark gramolił się na nogi, trzy razy z rzędu trafił w niego łuk plazmowy, znowu go przewracając. Pole lustrzane z hałasem odbiło ogień, rozbłyskując niebiesko, natomiast on przeturlał się przez fale gorąca w stronę rury windowej. Zaczął śladem tamtego żołnierza schodzić po drabinie, by zniknąć z linii ognia.