Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
Zaprowadziła nas do wielkiej sali, okrągłej niczym misa, wyłożonej dywanami. Pomieszczenie było prawie puste, stały tam tylko kolisty stolik na nóżkach z rogu i oświetlona dwoma lampami figura Pramatki.
Padliśmy na kolana, kapłanka skłoniła się głęboko, po czym dotknęła dłońmi swoich ust, piersi i łona.
A potem usiadła na poduszkach i wskazała nam miejsce przy stoliku.
To znaczy, ja uznałem, że wskazała je Brusowi, więc skromnie ukląkłem na podwiniętych nogach tuż przy drzwiach.
Archimatrona sięgnęła leniwie po małą metalową pałkę owiniętą w skórę i uderzyła w gong stojący tuż obok stołu.
Adeptka weszła do sali, jeszcze zanim dźwięk całkiem ucichł. Postawiła na stoliku wysoki dzban oraz dwa metalowe kubki, napełniła je i bezgłośnie wyszła. Wydało mi się, że to ta sama, która asystowała starcowi przynoszącemu nam jedzenie.
Oczywiście, tylko dwa kubki. Ja jestem przecież adeptem. Kowcą. Byłem niewidzialny, ale to mi odpowiadało.
Brus zaczął natychmiast marudzić.
— Nie wolno pić sfermentowanych płynów. Radość, którą dają, jest nienaturalna i budzi zło. Tylko...
— Och, przestań już! — warknęła kapłanka. — Potrzebuję prawdziwej rozmowy i nie będę gimnastykować się ze Starą Mową. To przykazań też nie znasz?! Pierwszy raz wymieniasz wsparcie?
Przełknąłem odruchowo ślinę, mając nadzieję, że nie słychać tego w całym pomieszczeniu. Pomyślałem, że nigdzie nie widać straży. Nadal mogliśmy uciec, wlokąc archimatronę ze sobą. Ta farsa nie mogła trwać już dużo dłużej, zanim któryś z nas albo obaj zrobimy coś niewybaczalnego.
— Maska! Zdejmij tę przeklętą maskę! — zawołała. — Nie jesteś na targu!
Brus bardzo powoli odpiął paski, uniósł maskę i zdjął ją z głowy.
— No tak! Byłam tego pewna! — Wypiła łyk z kubka, wstała, przeszła się szybko po komnacie. — Wiedziałam!
Była wściekła. Napiąłem mięśnie na próbę i delikatnie zmieniłem pozycję na taką, z której mogłem wstać jednym skokiem na równe nogi.
Kapłanka kopnęła jakieś naczynie, które z brzękiem potoczyło się po posadzce.
— Neofita. Przeklęty neofita. Dlatego jesteś świętszy niż sama ziemia. Jak długo służysz Matce? Miesiąc?! Pół roku?! I od razu jesteś kapłanem, oświecona istoto jedności? Usiłujesz być gorliwszy od samej prorokini, żeby zmyć winy swojej skażonej gwałtem księżycowej krwi?
Wróciła do stołu.
— Pij!
Brus posłusznie wychylił kubek.
— Teraz oboje jesteśmy tak samo grzeszni, czyż nie? Tylko że ja jestem córą ziemi, nie zapominaj o tym! To chyba nadal jeszcze się liczy, nei? Czy też wszystko się już pozmieniało? Neofici o pociętych żelazem pyskach zostają głosicielami i kurierami tylko dlatego, że w odpowiednim momencie wsparli prorokinię, a ja służę Matce odkąd się urodziłam. W Sauragarze, a potem w tej dziurze! Zostałam adeptką, żeby zemścić się na ojcu, który zmuszał moją matkę do nieczystego życia i wysługiwał się cudzoziemskiej dynastii. Chciał mnie dotykać! Chciał dotykać mojej matki bez zgody bogini! Pił wino i napar! Przychodził cuchnący winem i niewolił ją! Co noc to słyszałam! Jadł mięso! Nie liczyło się dla niego nic, poza przeklętym cesarskim złotem. Wszystko, co zarobił, przegrywał w kości, a my chodziłyśmy głodne!
Bogini przygarnęła mnie, gdy miałam sześć lat! Zabiłam ojca, gdy spał, i uciekłam do świątyni. Dwadzieścia lat pracowałam na to, żeby osiągnąć oświecenie. A ciebie co oświeciło? Susza? Prorokini? A może miałeś dość wiecznego czekania na wojnę i bredni o handlu, pokoju oraz budowaniu kireneńskiego porządku? Przecież na milę widać, że byłeś legionistą. I to jeszcze niedawno. Nosiłeś cesarskie znaki i bez końca czekałeś na łupy oraz krew, ale wojna nie nadchodziła. A teraz będziesz pouczał mnie na temat kubka kobylego mleka? Jestem Amitrajką i wolno mi pić mleczny ogień! Tego nie wolno zmieniać nawet prorokini.
— Nie mogę tego słuchać... — wymamrotał Brus i pochylił się w ukłonie.
— Neofita! Ja nie potrzebowałam Ognia Pustyni, żeby się obudzić! Całe życie patrzyłam bezsilnie, jak pęknięty świat krzywdzi córy ziemi. Jak wszędzie panoszą się kireneńskie grzech i plugastwo! Widziałam dziewczęta oddające się w ohydnych świątyniach. Widziałam, jak są sprzedawane mężczyznom niby kowce. Jak wdzięczą się do plugawych synów księżyca, którzy powinni im służyć! Tak jak moja matka. A teraz ty jesteś ważnym posłańcem, a ja czekam tu sama. Wciąż czekam!
Napełniła kubki, po czym wychyliła połowę swojego i znowu usiadła.
— Od dziesięciu lat siedzę sama w walącej się wieży z jedną zupełnie oszalałą Wiedzącą, która ma już chyba sto lat. Śmiali się z nas i rzucali za nami błotem, a ja czekałam. Były takie lata, kiedy musiałam karmić Pramatkę własną krwią, ale czekałam. Dom Kobiet stał pusty. Czasem przychodziło ukradkiem kilka cór ziemi, żeby poskarżyć się na swój los w pękniętym świecie i wziąć się za ręce w obrzędzie koła łez. A teraz, kiedy wreszcie prawdziwa wiara wróciła, mam paru oświeconych, mam garstkę nic niewartych adeptów i kapłanów. Oraz binhon piechoty i ledwo hon jazdy pościgowej. Po pustkowiach włóczą się buntownicy, lud ciągnie gdzieś na wschód przez mój most, a ja mam zaprowadzać Kodeks Ziemi sama! Pustymi rękami! Widziałeś, co się dzieje w mieście. Zebrałam dobra należące do Matki i nie wiem, co dalej. Wojsko pilnuje miasta i mostu, ale poza tym robią, co chcą. Na razie trzymam ich w ryzach, jeszcze sądzą, że mam moc świątyni, lecz kiedy popijają korzenne piwo, palą bakhun albo bezczeszczą córy ziemi z niskich nieoświeconych kast, muszę udawać, że o tym nie wiem. Patrzę w plugawe księżycowe ślepia binhon pahandeja i widzę w nich chytrość.
Pochyliła się do Brusa, który siedział zupełnie nieruchomo, spoglądając na nią bez wyrazu. Czułem, że w pokoju jest jakieś napięcie. Czułem, że ta kobieta czegoś od nas żąda. Uczono mnie podstaw handlu i dyplomacji. Czułem, że ona teraz będzie prosić. Jeśli to nie poskutkuje, użyje „drugiej ręki". Tak się prowadziło interesy. Prawa ręka — zapłata, przysługa, zachęta, prośba, wywołanie litości, udawanie przyjaźni, sojusz. Albo lewa ręka — szantaż, groźba, donos, wycofanie oferty lub przemoc.
— Spójrz na mój plac. Tam gnije zboże, którego w tym roku jest tak niewiele. Odebrałam świątynne stada, ale na dziedzińcach Zewnętrznego Kręgu czekają już mężczyźni z wysokich kast. Jeśli teraz oddam ich kobietom stada i ziemię, stracę nad nimi kontrolę. Wieża znajdzie się u nich w kieszeni. Muszę mieć moc! Tymczasem czekam bez skutku. Bębny nie mają mi nic do powiedzenia. A jedyny głosiciel od dawna nie ma dla mnie niczego, nawet pozdrowienia. Po prostu mija moją spróchniałą, pustą wieżę. Posłuchaj, głosicielu. Wiem, że nie wieziesz wieści. Nic nie mów. Wiem, że ci nie wolno. Nic nie mów.
Pochyliła się nad stołem jeszcze głębiej, odsunęła kubek i ostrożnie dotknęła dłoni Brusa.
— Wiem, że wieziesz Imię. Zapadła cisza.
Pomyślałem, że jeśli ona chce naszą szkatułę, powinniśmy ją oddać. Niech bierze, co chce, a my przedostaniemy się przez most. Byle szybciej. Brus jednak milczał.
Przez jakiś czas mógł milczeć, póki nie usłyszał propozycji. Ale potem już nie. Potem będzie musiał pokazać ręce. Lewą i prawą. Milczenie najpierw jest tylko milczeniem, później już groźbą. I to ostrą. Jest obelgą.
— Nie wiem, dla kogo ono jest, ale powinno być dla mnie — powiedziała znowu łagodnym tonem. — Ono jest moje. Muszę mieć moc. Urodziłam się w kraju, który od dawna leżał pod kireneńskim butem. Nie pamiętam czasów Kodeksu. Stara pamięta, ale ona wciąż mamroce swoje modlitwy i czyta ludzi. Sprowadza kolejnych ciemiężycieli pod nóż kapłanów i tylko to ją obchodzi. Tylko krew dla Bogini. Cóż, też chcę, by Matka była syta. Może to racja, że wtedy nam zacznie błogosławić, niech wszystko stanie się jednym. Może spojrzy na samotną Wieżę, która tyle jej daje. Dawne porządki są jak choroba, którą teraz musimy wypalić, żeby potem móc odbudować Kodeks Ziemi. Ofiarowania pomagają trzymać lud w ryzach, ale zależą od siły wojska. A jeśli bębny wezwą wojsko gdzie indziej? A jeśli wybuchnie bunt? To nie te czasy, kiedy niskie kasty były dumne, że ich dzieci szły nakarmić Matkę. Zebrałam już hon świątynnej straży, lecz jest ich mało i nie ma komu nimi dowodzić. Bez mocy Imienia nic z tego nie będzie. Proszę cię. Błagam i żądam. Potrzebuję czegoś do kontroli wysokich kast. Potrzebuję ludzi, by budowali spichrze. Potrzebuję rolników, urzędników i nadzorców. Jednak nade wszystko potrzebuję mocy Imienia. Znowu zapadła cisza.