Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa LunetaPoczuł bolesny skurcz w sercu. Odszedł od niedźwiedzia i stanął na skale, z której widział całą dolinę. W czystym, chłodnym powietrzu słyszał odległy stukot siekiery rąbiącej drzewo, stłumione brzęczenie żelaznego dzwonka na owczej szyi, szum wiatru w wierzchołkach drzew. Dostrzegał ostro i wyraźnie najdrobniejsze szczeliny w górskich zboczach na horyzoncie, a także sępy kołujące nad jakimś dogorywającym stworzeniem wiele kilometrów dalej.
Nie było wątpliwości; Balthamos miał rację. Ta kobieta rzuciła na niego urok. Przyjemne i kuszące było wspomnienie tych pięknych oczu, słodkiego głosu i ramion, które uniosły się, żeby odgarnąć lśniące włosy...
Z wysiłkiem powrócił do rzeczywistości i usłyszał całkiem inny dźwięk: odległe buczenie.
Próbował je zlokalizować i odkrył, że dochodzi z północy, z tego samego kierunku, skąd przyszli on i Iorek.
– Zeppeliny – odezwał się niedźwiedź, zaskakując Willa, który nie usłyszał nadejścia wielkiego zwierza, Iorek stanął obok niego i spojrzał w tym samym kierunku, a potem podniósł się na tylnych łapach, dwukrotnie wyższy od Willa, wytężając wzrok.
– Ile?
– Osiem – odparł Iorek po chwili, a potem Will też je zobaczył: małe plamki w jednym szeregu.
– Możesz określić, ile czasu zajmie im lot?
– Dolecą tutaj wkrótce po północy.
– Więc zostanie nam niewiele ciemności. Szkoda.
– Jaki masz plan?
– Zrobić otwór, zabrać Lyrę do innego świata i zamknąć przejście, zanim matka pójdzie za nią. Dziewczynka ma narkotyk, żeby obudzić Lyrę, ale nie potrafi dokładnie wyjaśnić, jak go używać, więc też będzie musiała przyjść do jaskini. Ale nie chcę jej narażać na niebezpieczeństwo. Może odciągniesz uwagę pani Coulter, kiedy to zrobimy.
Niedźwiedź chrząknął i zamknął oczy. Will rozejrzał się za aniołem i dostrzegł zarys jego sylwetki w kropelkach mgły rozświetlonych popołudniowym słońcem.
– Balthamosie – powiedział – wracam teraz do lasu, żeby znaleźć bezpieczne miejsce na pierwszy otwór. Potrzebuję cię, żebyś stanął na straży i uprzedził mnie, jak tylko ona się zbliży... albo ten jej dajmon.
Balthamos kiwnął głową i wzniósł skrzydła, żeby strząsnąć wilgoć. Potem wzbił się w zimne powietrze i poszybował nad doliną, kiedy Will zaczął szukać świata bezpiecznego dla Lyry.
W skrzypiącym, dudniącym podwójnym przedziale prowadzącego zeppelina wykluwały się ważki. Lady Salmakia pochyliła się nad pękającym kokonem barwy indygo, rozprostowywała wilgotne przejrzyste skrzydła ważki i pilnowała, żeby jej twarz jako pierwsza odbiła się w wielofasetowych oczach, koiła napięte nerwy, szeptała do połyskliwego stworzenia jego imię, uczyła je tożsamości.
Po kilku minutach kawaler Tialys miał robić to samo dla swojej ważki. Teraz jednak wysyłał wiadomość przez magnetytowy rezonator i całą uwagę skupiał na ruchach łuku oraz swoich palców.
Transmitował:
Do Lorda Roke:
Jesteśmy trzy godziny przed spodziewanym czasem przybycia do doliny. Konsystorska Komisja Dyscyplinarna zamierza wysłać oddział do jaskini zaraz po wylądowaniu.
Oddział podzieli się na dwie jednostki. Pierwsza jednostka wywalczy sobie drogę do jaskini i zabije dziecko, odcinając głowę na dowód śmierci. Jeśli to możliwie, schwytają także kobietę, chociaż w razie trudności mają ją zabić.
Drugi oddział ma pojmać chłopca żywcem.
Reszta sił zwiąże walką giroptery króla Ogunwe. Ocenia się, że giroptery nadlecą wkrótce po zeppelinach. Zgodnie z pańskimi rozkazami lady Salmakia i ja wkrótce opuścimy zeppelin i polecimy prosto do jaskini, gdzie spróbujemy obronić dziewczynkę przed pierwszym oddziałem i powstrzymać ich aż do nadejścia posiłków.
Oczekujemy na odpowiedź.
Odpowiedź nadeszła niemal natychmiast.
Do kawalera Tialysa:
W świetle pańskiego raportu następuje zmiana planów.
W celu powstrzymania wroga przed zabiciem dziecka, co stanowiłoby najgorszą ewentualność, pan i lady Salmakia macie współpracować z chłopcem. Dopóki ma nóż, do niego należy inicjatywa, więc jeśli otworzy inny świat i zabierze do niego dziewczynkę, pozwólcie mu to zrobić i idźcie za nimi. Zostańcie przy nich przez cały czas.
Kawaler Tialys odpowiedział:
Do Lorda Roke:
Otrzymałem i zrozumiałem pańską wiadomość. Lady i ja wyruszamy natychmiast.
Mały szpieg zamknął rezonator i pozbierał swój ekwipunek.
– Tialys – dobiegł go szept z ciemności. – Wykluwa się. Lepiej już chodź.
Tialys wskoczył na podpórkę, gdzie jego ważka wydostawała się na świat, i delikatnie uwolnił ją z popękanego kokonu. Głaszcząc jej wielką groźną głowę, uniósł ciężkie czułki, wciąż wilgotne i skręcone, i pozwolił stworzeniu smakować swoją skórę, dopóki nie zdobył nad nim całkowitej władzy.
Salmakia ubierała swoją ważkę w uprząż, którą zawsze zabierała ze sobą: wodze z pajęczego jedwabiu, tytanowe strzemiona, siodło ze skóry kolibra. Uprząż prawie nic nie ważyła. Tialys zrobił to samo ze swoją zapiął pasy wokół ciała owada, zacisnął, dopasował. Ważka miała nosić tę uprząż do śmierci.
Potem szpieg szybko zarzucił sobie pakunek na ramię i rozciął naoliwioną powłokę zeppelina. Obok niego Salmakia dosiadła już swojej ważki i wypychała ją przez wąski otwór prosto w szarpiący prąd powietrza. Długie, kruche skrzydła zadrżały, a potem radość lotu wzięła górę i stworzenie zanurkowało w zapadający zmierzch. Kilka sekund później Tialys dołączył do Salmakii w szalejącym wietrze, jego wierzchowiec również rwał się do lotu.
Dwójka szpiegów wzleciała spiralą do góry w lodowatych prądach powietrznych, poświęciła chwilę na zorientowanie się w położeniu i ustaliła kurs na dolinę.
12. Przełom