Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
Nagle zobaczyła przed sobą, dokładnie pośrodku białego jak śnieg pasa, ślady butów. Ktoś przeszedł tędy całkiem niedawno, już po ostatnim wieczornym zamiataniu.
Kto by to mógł być – zastanowiła się z roztargnieniem Pelagia, której myśli wciąż jeszcze owładnięte były jaskiniami i kogutami. Mało komu pozwalano spacerować po ogrodzie, tym bardziej o tak późnej porze. Ojciec Starowny? Nie, osoba duchowna ma krok krótszy, bo ograniczony przez riasę, wydedukowała Pelagia.
Poprawiła okulary na nosie, myśląc wciąż jeszcze o tym samym, popatrywała jednak przy tym na ślady, które prowadziły w stronę furtki.
Nagle siostra zakrzyknęła, opadła na czworaki, przycisnęła nos niemal do samej ziemi i ponownie krzyknęła, tym razem głośniej.
Czworokątne noski! Znajomy kontur obcasa! A jeśli przyjrzeć się dokładniej, to widać trzy romby! Serce mniszki zatrzepotało w piersi.
Był! Tutaj! Niedawno! Może nawet dopiero co! Wyszedł przez furtkę! Zerwała się i rzuciła z powrotem, ale zaraz się zatrzymała. Zniknie, zanim można będzie dobudzić czeladź! Przecież na ulicy, na brukowanej jezdni śladów nie będzie!
A jeśli jest niedaleko i można go wyśledzić?!
Pelagia podniosła dół sukni i ruszyła naprzód – nie po śladach, ale obok, żeby ich nie zadeptać. Co mogło oznaczać nagłe pojawienie się Wilczego Ogona w rezydencji archijereja – o tym w tej chwili w ogóle nie myślała.
Ślady skręcały z głównej alei w boczną, a zatem prowadziły nie do furtki, tylko do odległej, rzadko odwiedzanej części ogrodu.
Siostra zatrzymała się na chwilę, próbując się domyślić, co oznacza ów manewr. I zgadła: przecież złoczyńca nie ma klucza, będzie chciał przeleźć przez płot.
Pobiegła jeszcze szybciej.
Dróżka stała się tutaj węższa, zamknięta z obydwu stron wysokimi krzewami, w których cieniu ślady niknęły, ale za to nie można było stąd nigdzie skręcić. Oto i koniec ogrodu. Drewniana szopa, gdzie jesienią wstawia się skrzynie z jabłkami, a za nią ogrodzenie. Trzeba podbiec, wsunąć głowę między pręty i ostrożnie wyjrzeć – może da się zobaczyć umykającą sylwetkę?
Jeśli tak, to należy przeskoczyć na tamtą stronę i wyśledzić.
Nawet jeśli okaże się, że jest to całkowicie niewinny człowiek, to przynajmniej będzie można ustalić, u kogo obstalował buty. A potem...
Pelagia zrównała się właśnie z szopą. Kątem oka spostrzegła czarną szparę – drzwi były uchylone – i mimochodem pomyślała: brak porządku.
Tu drzwi otworzyły się nagle na całą szerokość.
Z ciemności wysunęła się długa ręka, pochwyciła siostrę za kołnierz i gwałtownie wciągnęła do środka.
Szczęknęła zasuwa.
Ogłuszona, oślepła od nagłego mroku, Pelagia krzyknęła, ale szeroka, szorstka dłoń natychmiast zatkała jej usta.
– No, witaj, ważniaczko z parowca – usłyszała z ciemności.
I od razu wiedziała, kto to jest. Nawet nie głos tu decydował, który słyszała zaledwie raz, ale to paskudne słówko „ważniaczka".
Szklane Oko (także i Wilczy Ogon – miał rację Berdyczowski) wytrzymał pauzę, rozkoszując się zapewne przerażeniem jeńca.
Ciemność już nie wydawała się siostrze tak nieprzenikniona. Szopa sklecona była luźno, ze szczelinami – po to, żeby jabłka oddychały – i między deskami przesączało się światło księżyca.
Pierwsze, co dojrzała Pelagia, to dwoje błyszczących oczu, przy czym błyszczących rozmaicie, tak że nie połapiesz się, które z nich jest prawdziwe, a które sztuczne.
– Tyle za tobą biegam, że żal byłoby od razu cię wykończyć – powiedział straszny człowiek. – Pożyj jeszcze minutkę, dobrze? Ale umowa stoi: jeśli piśniesz, to od razu trumna z frędzelkami.
– Nam to nie przysługuje – zduszonym głosem, przez zatkane usta odrzekła mniszka.
– Co nie przysługuje? – Szklane Oko odjął rękę.
– Trumna z frędzlami. Czernicom jest to zakazane – wyjaśniła, myśląc tylko o jednym: mówić cokolwiek, jakiekolwiek głupstwa, byle tylko na minutkę, na dwie odwlec to, co nieuniknione.
Nie po to, żeby się uratować –jakże byłoby to możliwe? Po to, żeby przygotować duszę do wielkiej tajemnicy, odmówić w myślach ostatnią modlitwę.
– Żartujesz. Zuch kobieta – pochwalił zabójca. – I umysł masz trzeźwy. Byłby mniej trzeźwy, pożyłabyś dłużej. Widziałaś taką zabawkę?
Wyjął z kieszeni jakiś przedmiot, który dziwnie zatańczył w jego ręce. Pelagia przyjrzała się – ciężarek na sprężynie.
– Mój wynalazek – pochwalił się Szklane Oko. – Bije na dobry sążeń, i to jak dokładnie. Prawie niezauważalnie poruszył dłonią, sprężyna rozkręciła się, w powietrzu świsnęło, a na półce rozleciał się w drobny mak gliniany dzban, którego ogrodnik używał zapewne do picia; w następnej chwili ciężarek wrócił do ręki miotającego.
– Jak wydostałaś się z jaskini? Spryciula, nie ma co mówić. I ślad odrysowala. No i na ten ślad złapałem cię niczym kiełbik na wędkę.
Zaśmiał się cicho, tryumfująco. Najstraszniejsze było to, że siostra nie widziała jego twarzy, a z poprzedniego spotkania nie bardzo ją zapamiętała.
To taka ona jest, śmierć – wzdrygnęła się Pelagia. Pozbawiona oblicza, cicho się zaśmiewająca.
– Skąd... skąd pan się dowiedział, że odrysowałam ślad? – szepnęła mniszka. Ponownie zachichotał.
– Jaka ciekawska... Wkrótce o wszystkim się dowiesz. Tam – wskazał palcem na sufit.
– Gdzie? – nie zrozumiała. Rozradował się jeszcze bardziej.
– „Gdzie, gdzie". Na tamtym świecie. Tam odsłaniają się wszystkie ziemskie tajemnice.
– Za co chce mnie pan zabić? – zapytała łagodnie zakonnica. – Czym panu zawiniłam?
– Nie ty, tylko twój mózg. – Zabójca postukał w jej czoło. – Za chwilę go rozwalę. Ciekawie będzie popatrzeć, co to za specjał – mózg ważniaczki.
Pelagia odruchowo rzuciła okiem na półkę, gdzie leżały resztki dzbana. Szklane Oko pochwycił to spojrzenie i zaczął dusić się ze śmiechu – zdarzało się, że tak chichotały dziewczynki na lekcjach Pelagii, kiedy jedną z nich opanowywał niedorzeczny, łaskotliwy chochlik, a za nią od razu całą klasę.
Mniszka kurczowo przycisnęła ręce do piersi.
Szydełka! Na szyi siostry, jak zazwyczaj, wisiał woreczek z robótką. Wydawałoby się, że to żadna broń, ale jeśli innej nie ma skąd wziąć? A przecież zdarzało się już, że dwa stalowe pręciki ratowały swoją właścicielkę – i to w sytuacjach nie mniej rozpaczliwych niż obecna.
Pelagia zerwała woreczek z szyi, ujęła go mocniej.
– Co tam masz, modlitewnik? No nie, modlić się nie będziemy, to nudne. Żegnaj, ważniaczko. Odstąpił do tyłu i dla większego zamachu – a może po to, aby nacieszyć się strachem ofiary – zatoczył ciężarkiem świszczący krąg.
Na drugi krąg Pelagia już nie czekała – z przeraźliwym piskiem wbiła szydełka przez woreczek w jedyne oko mordercy. W ostatniej chwili przestraszyła się: a jeśli nie zapamiętała dobrze, które oko jest prawdziwe?
Jednakże, sądząc po dzikim wyciu, trafiła tam, gdzie należało.
Wycie przeszło w jęczenie. Zabójca podniósł dłonie do twarzy, ale zaraz je odjął. Pelagia cofnęła się – widok atłasowego woreczka, zwisającego z ludzkiego oblicza, był trudny do wytrzymania.
Rzuciła się do drzwi, szarpnęła zasuwę, ale odemknąć nie mogła – była przerdzewiała, a jej zabrakło sił.