Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
- O ile zdołamy się z nimi dogadać, Czarni Jeźdźcy będą o wiele lepsi niż oddział, jaki ja zdołałbym wystawić - odpowiedział Coverfly, patrząc czarodziejowi prosto w oczy. - Znają tę pustynię jak nikt inny, niestraszna im śmierć. W tropieniu nie mają sobie równych. Jeżeli rzeczywiście zależy wam tak bardzo na odzyskaniu Czerwonej Gwiazdy, sami się lepiej zacznijcie zastanawiać, co im możecie zaoferować. Nawet gdyby zawiedli, nawet gdyby nie zdołali dopaść złodziei, dzięki nim przynajmniej nie stracimy tropu, za to zyskamy czas, aby przygotować się do zapuszczenia w pustynię tak głęboko, jak tylko będzie trzeba. Tak daleko, jak tylko wasi złodzieje sami odważą się zapuścić.
Pełna napięcia cisza trwała długo, jednak Coverfly nie spuścił wzroku do czasu, aż czarodziej kiwnął potakująco głową.
- To brzmi jak bardzo rozsądny plan, panie.
Koharow i Sierżant ostrożnie wspięli się na szczyt pagórka. Musieli się bardzo starać, aby żadne przypadkowe spojrzenie nie wyłapało ich sylwetek zakłócających linię horyzontu. Siedzieli teraz przylepieni do skały, która wznosiła się ku niebu niczym kieł jakiegoś monstrualnego, przedpotopowego zwierzęcia i z tego względnie bezpiecznego ukrycia obserwowali okolicę.
- Wydawałoby się, że ty i twoi ludzie powinniście się czuć tak daleko na pustyni całkiem jak u siebie, a tymczasem zachowujesz się wręcz przeciwnie - mruknął Sierżant. - Paskudna okolica. W życiu czegoś podobnego nie widziałem.
- Wieziemy wodę. Mnóstwo wody. I może się zdarzyć, że spotkamy śmiałków, dla których ta woda będzie stanowić różnicę pomiędzy życiem a śmiercią - odpowiedział Koharow.
Byli w podróży od dwóch dni, w czasie których pustynia zdążyła się zmienić. Piach ściemniał, pojawiły się czerwone, brunatne wręcz kamienie i skalne płyty o wysokiej zawartości hematytu, coraz częściej mijali też zerodowane, czarne bazaltowe głazy. Ciemniejszy kolor pustyni sprawił, że żar stał się jeszcze gorszy, a pochód karawany zmienił w istną mordęgę.
- Zauważyłem, że każdy z twoich ludzi ma przy sobie pełny bukłak z wodą. A przecież mamy ze sobą solidne zapasy. Chce im się je tachać? - kontynuował Sierżant, nie odrywając wzroku od widnokręgu. - Najemnicy zresztą też.
Koharow w duchu przyznał mu punkty za spostrzegawczość. Ludzie obeznani z pustynią mieli w zwyczaju trzymać swoje zapasy na czarną godzinę dobrze ukryte.
- Przez dwa dni drogi minęliśmy tylko jedną studnię, a i ta była zasypana. Musielibyśmy kopać naprawdę głęboko, żeby wydobyć stamtąd choćby kilka łyków. W południe przekroczyliśmy granicę jednego razga. Bez przynajmniej odrobiny zapasu już byś stąd nie zdołał dotrzeć z powrotem. Człowiek rozumny zawsze liczy przede wszystkim na siebie.
Sierżant kiwnął ze zrozumieniem głową.
- Nawet ktoś naprawdę zdesperowany, walczący o życie ostatkiem sił, też by się nie wynurzył?
Koharow zauważył, że Sierżant przyswoił sobie pustynną terminologię szybciej niż większość ludzi spoza piasków. W ciągu kilku zaledwie dni również dla niego pustynia stała się głębiną suchego, morderczego upału, która pozwalała człowiekowi zostać przy życiu jedynie tak długo, na ile wystarczyło mu tchu.
- Nie wynurzyłby się. Razg to razg. To maksymalna odległość dla silnego człowieka walczącego o przetrwanie - przypomniał mu Koharow, choć świadomość własnej wiedzy wcale nie poprawiła mu humoru.
Wrócili na dół, gdzie pięćdziesięciu ludzi instynktownie trzymało się niemalże na wyciągnięcie ręki od trzech ciężkich wozów ciągniętych przez poczwórne zaprzęgi małych, zawziętych koników. Kosztowały majątek, ale bez nich nie mieliby szans. Była to miejscowa rasa, hodowana od stuleci, wytrzymała i nieustępliwa. Co prawda konie potrzebowały więcej wody niż ludzie i gorzej znosiły gorąco, ale były za to niezwykle silne, dzięki czemu karawana mogła zaopatrzyć się w kilka tysięcy litrów wody.
Gwałtowny powiew wiatru przyniósł ze sobą tuman piachu, sypnął nim wszystkim do oczu. Kolumna stanęła jak na komendę, ludzie próbowali otrzeć suchy pył z twarzy, uspokoić rozdrażnione zwierzęta. Jakby to była ta ostatnia, przysłowiowa kropla, dowódca najemników podbiegł do Baklego, który z mechaniczną uporczywością kroczył przy burcie jednego z mozolnie prących do przodu wozów i za każdym razem, kiedy nastawała taka potrzeba, wraz z czterema innymi ludźmi pomagał umęczonym koniom w pokonywaniu przeszkód, których droga im nie skąpiła.
- Kiedy rozbijamy obóz? Moi ludzie mają już dość.
- Nie tutaj - odpowiedział nieprzyjemnym tonem Bakly i zabrał się do popychania wozu, widząc, że ten grzęźnie i za chwilę będzie zmuszony całkiem się zatrzymać.
Przez twarz Craiga przetoczyły się skrajne emocje. Od zniesmaczenia po wściekłość.
- Twój szef nie jest szczególnie biegły w dyplomacji, co? - rzucił Koharow do Sierżanta półgębkiem.
- Co prawda, to prawda - zgodził się żołnierz.
- Zapłaciliście mi za to, żebym zapewnił waszym ludziom zbrojną eskortę, a nie za to, żebyśmy tu mieli zdechnąć od upału! - Najemnik ledwie się powstrzymywał przed wybuchem furii.
- Widzicie kolor tych skał? Czujecie, jak tu gorąco? - wmieszał się do rozmowy Koharow.
Kątem oka dostrzegł, że Sierżant poluzował w pochwie nóż, który miał wetknięty za pas. Nosił go rękojeścią do dołu. Niektórzy twierdzili, że w ten sposób można szybciej dobyć broni.
- Gorąco jak gorąco. - Craig otarł z czoła zalewający mu oczy pot. - W tym piekle przecież wszędzie jest upał.
- Owszem, ale tutaj, wśród ciemnych, wznoszących się wysoko ponad nami skał, upał jest gorszy. Żeby rozbić obóz, musimy znaleźć jakiś jaśniejszy obszar, najlepiej jakieś kilkadziesiąt metrów wyżej.
Dowódca najemników kiwnął głową na znak, że rozumie i akceptuje to wyjaśnienie, a potem oddalił się. Bakly wyglądał, jakby go ta wymiana zdań zupełnie nie dotyczyła.
Po zmroku, kiedy pustynia powoli i niechętnie ochładzała się, siedzieli przy ogniskach płonących wokół wozów. Koharow owinął się derką, pomimo iż wciąż mu jeszcze było gorąco. Z doświadczenia wiedział, że nad ranem zrobi się naprawdę zimno, a gwałtowna utrata ciepła potrafiła wyssać z człowieka energię szybciej, niż ktokolwiek uwierzyłby, iż to możliwe. W ciągu dnia przydział wody był racjonowany, jednak od zachodu słońca do północnej zmiany straży każdy mógł się napić do syta. Ten rozkaz Bakly wydał za namową Koharowa. Taki system sprawdzał się znakomicie, a do tego Koharowa cieszyło, że Bakly posłuchał jego rady. Nawet jeśli sam miał dokładnie takie same plany.
Craig siedział przy tym samym ognisku. W jego mizernym świetle przyglądał się z trudem rozłożonej na kolanie mapie.
- Jutro powinniśmy dotrzeć do Oazy Hutskiej. - Ocenił prawidłowo kolejny etap wyprawy.
Bakly nie zareagował, siedział w milczeniu, patrząc się gdzieś w bok, i powoli odkrajał plasterki wędzonej słoniny, którą potem żuł beznamiętnie. Zawsze wydawał się tak jeść, jakby zupełnie nie interesowało go, czy jedzenie ma w ogóle jakiś smak. Sierżant wpatrywał się w gwiazdy, choć mógł też nasłuchiwać rozmów dochodzących od sąsiednich ognisk.
- Musielibyśmy gnać jak wicher, i to bez południowej sjesty. Ja bym raczej powiedział, że pojutrze - odpowiedział Craigowi Koharow, mając nadzieję, że zachęci w ten sposób tamtego do dalszej rozmowy.
Wiedział, co tu robili oni - książęcy ludzie z misją ukrycia głęboko na pustyni potężnego magicznego artefaktu. Jednak od najemników, w porównaniu do pieniędzy, jakie im płacił, Bakly oczekiwał podejrzanie niewiele. Czy aby na pewno chodziło wyłącznie o odprowadzenie ich do oazy na skraju pustyni? Dawno temu - chociaż właściwie to nie aż tak dawno, raptem kilka lat przed wojną - istniał cały łańcuch oaz ciągnący się dużo głębiej w pustynię. Farmerzy korzystali z gorącego klimatu i podziemnych zasobów wody do uprawy słodkiej winorośli, z której wytwarzali mocne wino, wielce cenione na stołach całego imperium.