Szpital kosmiczny
- Автор: Уайт Джеймс
- Серия: szpital kosmiczny #1
- Год: 2002
- Язык: польский
- Переводчик: Wiktor Bukato
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Szpital kosmiczny». Краткое содержание книги:
— Bardzo… bardzo przepraszam — wyjąkał Conway. Wymamrotał coś nieskładnego, że musi wyjść, że to ważne i nie może poczekać, po czym uciekł w popłochu.
Trzy godziny później siedział w gabinecie przyjęć klasy DBDG, a pies Mannona to na niego warczał, to przewracał się na grzbiet, bezskutecznie usiłując nakłonić Conwaya do zabawy. Ten jednak nie miał ochoty na zwyczajowe poszturchiwania i zapasy, które i jemu, i zwierzęciu sprawiały wielką przyjemność, gdy był po temu czas. Całą uwagę skupił na schylonej głowie byłego szefa oraz wykresach leżących na biurku. Nagle Mannon podniósł wzrok.
— Nic panu nie jest — orzekł tym stanowczym tonem, którym zwracał się do studentów i pacjentów podejrzanych o symulowanie choroby. — Och, nie mam wątpliwości — dodał kilka sekund potem — że rzeczywiście odczuwa pan to wszystko: zmęczenie, swędzenie i tak dalej… ale wszystko wskazuje, że ma to podłoże psychosomatyczne. Jakim przypadkiem zajmuje się pan obecnie?
Conway opowiedział mu wszystko. W trakcie tej opowieści Mannon kilkakrotnie się uśmiechnął.
— Zakładam, że to pański pierwszy długotrwały… hm… kontakt z telepatą, a także, że nikomu jeszcze pan o tym nie mówił. — Ton Mannona sugerował raczej stwierdzenie niż pytanie. — I chociaż czuje pan to swędzenie najsilniej, gdy jest w pobliżu tego VUXG oraz pacjenta, występuje ono również słabiej w innych okolicznościach.
Conway skinął głową.
— Odczuwałem je przez chwilę zaledwie pięć minut temu.
— Oczywiście wraz ze wzrostem odległości następuje osłabienie — powiedział Mannon. — Jednak, jeśli o pana chodzi, nie ma się pan czego obawiać. Arretapec usiłuje, bezwiednie, rozumie pan, zrobić z pana telepatę. Wyjaśnię to panu…
Okazuje się, że trwający dłuższy czas kontakt z istotą obdarzoną zdolnościami telepatycznymi pobudza pewne rejony ludzkiego mózgu, w których znajdują się albo zaczątki zmysłu telepatycznego, który rozwinie się w przyszłości, albo też pozostałość takowego, który człowiek posiadał w okresie prymitywnym, ale go zatracił.
W rezultacie następuje dość kłopotliwe, choć nieszkodliwe podrażnienie. Jednakże w bardzo rzadkich przypadkach, dodał Mannon, owa bliskość tworzy w człowieku coś na kształt sztucznego zmysłu telepatycznego, dzięki czemu może on czasem odbierać myśli telepaty, z którym uprzednio pozostawał w kontakcie, ale tylko jego. We wszystkich tych przypadkach zdolność występuje jedynie do pewnego czasu i znika, gdy istota odpowiedzialna za jej wywołanie rozstaje się z człowiekiem.
— Jednak owe przypadki telepatii wzbudzonej są niezwykle rzadkie — zakończył Mannon — i najwyraźniej pan odbiera tylko jej drażniący dodatek, inaczej dowiedziałby się pan, co zamierza Arretapec, po prostu odczytując jego myśli…
Podczas gdy Mannon kontynuował swoje wyjaśnienia, Conway, uwolniony od obawy, że złapał jakąś nową, nieznaną chorobę, myślał intensywnie. W miarę jak przypominał sobie poszczególne sprawy związane z brontozaurem i Arretapekiem, strzępki rozmów z tym ostatnim i wreszcie własne badania nad życiem — i wyginięciem — olbrzymich prehistorycznych ziemskich gadów, w jego głowie formował się niejasny obraz. Był to obraz szaleńczy — lub przynajmniej zniekształcony — i nadal niekompletny, ale w końcu cóż innego istota w rodzaju Arretapeca mogła robić z pacjentem podobnym do brontozaura, pacjentem, któremu nic nie dolegało?
— Słucham? — rzekł Conway. Zdał sobie sprawę, że Mannon powiedział do niego coś, czego nie usłyszał.
— Mówiłem, że jeśli dowie się pan, co Arretapec robi, niech pan mi powie — powtórzył Mannon.
— O, ja wiem, co on robi — odparł Conway. — Przynajmniej sądzę, że wiem, i rozumiem, dlaczego nie chce o tym mówić. To z powodu śmieszności, na jaką by się naraził, gdyby mu się nie udało, skoro sam pomysł jest absurdalny. Nie wiem natomiast, po co to robi…
— Doktorze Conway — powiedział Mannon podejrzanie słodko — jeśli nie powie mi pan, o co chodzi, to, jak to treściwie ujmują nasi co głupsi stażyści, przerobię panu kiszki na podwiązki.
Conway wstał pospiesznie. Musiał niezwłocznie wrócić do Arretapeca. Skoro miał teraz pewne pojęcie o tym, co jest grane, musiał się zająć paroma rzeczami: pilnie potrzebnymi zabezpieczeniami, o których ktoś taki jak VUXG mógł nie pomyśleć.
— Przykro mi, doktorze — odparł roztargnionym głosem — ale nie mogę panu powiedzieć. Widzi pan, w świetle tego, co pan mi mówił, istnieje możliwość, że wiedzę otrzymałem bezpośrednio, telepatycznie z mózgu Arretapeca, i dlatego stanowi ona tajemnicę lekarską. Muszę pędzić, ale bardzo panu dziękuję.
Znalazłszy się na korytarzu, rzucił się biegiem do najbliższego komunikatora i wezwał dział eksploatacji. Po głosie, który się odezwał, rozpoznał pułkownika z dywizji technicznej, którego spotkał wcześniej.
— Czy kadłub tego zaadaptowanego transportowca — spytał szybko — wytrzyma uderzenie ciała o masie około czterech ton, poruszającego się z prędkością, hm… od trzydziestu do stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę? Poza tym, jakie środki bezpieczeństwa podjąłby pan, aby nie dopuścić do konsekwencji takiego wydarzenia?
— Chyba pan żartuje — odparł pułkownik po dłuższej chwili milczenia. — Ciało to przeleci przez kadłub jak przez sklejkę. Jednak w razie powstania takiego otworu wewnątrz statku jest dość powietrza, by technicy zdążyli włożyć skafandry. Czemu pan pyta?
Conway myślał szybko. Chciał, żeby coś zrobiono, ale nie chciał mówić po co. Powiedział pułkownikowi, że obawia się o systemy grawitacyjne utrzymujące sztuczne ciążenie na pokładzie statku. Było ich tak wiele, że niech no tylko któryś sektor przypadkowo odwróci kierunek przebiegu energii i odepchnie brontozaura, zamiast go przytrzymać…
Z pewnym rozdrażnieniem pułkownik zgodził się, że obwody grawitacyjne mogłyby się przełączyć na odpychanie, a także, że można je skupić w siłowe pola odpychające i przyciągające, ale taka przemiana nie nastąpi tylko dlatego, że ktoś na nie dmuchnie. Wmontowano w nie urządzenia zabezpieczające, które…
— Mimo wszystko — przerwał mu Conway — czułbym się znacznie bezpieczniej, gdyby można było wszystkie obwody grawitacyjne ustawić tak, by w przypadku zbliżania się spadającego ciężkiego ciała automatycznie włączały odpychanie. Czy to możliwe?
— To rozkaz — zapytał pułkownik — czy po prostu nie może pan spać w nocy?
— Niestety, to rozkaz — odrzekł Conway.
— W takim razie to możliwe. — Ostry trzask w słuchawce postawił kropkę na zakończenie rozmowy.
Conway ruszył w drogę, by ponownie dołączyć do Arretapeca i stać się znów idealnym asystentem, który zna odpowiedzi na pytania, jeszcze zanim te padną. Poza tym, pomyślał kwaśno, będzie musiał tak manewrować, by VUXG zadawał mu pytania, na które on zna odpowiedź.
V
— Zapewnił mnie pan — powiedział Conway do Arretapeca piątego dnia współpracy — że pański pacjent nie cierpi na dolegliwość fizyczną i nie wymaga leczenia psychiatrycznego. Wnioskuję z tego, że chce pan, drogą telepatii lub zbliżoną metodą, wywołać pewne zmiany w strukturze jego mózgu. Jeśli mój wniosek jest prawidłowy, mam dla pana wiadomość, która może pomóc lub choćby pana zainteresować. Na mojej planecie w czasach prehistorycznych żył olbrzymi gad podobny do pańskiego pacjenta. Z jego szczątków wydobytych przez archeologów wiemy, że posiadał drugi ośrodek nerwowy, kilkakrotnie większy niż właściwy mózg, usytuowany w okolicy kręgów krzyżowych. Gad potrzebował go prawdopodobnie do kierowania ruchami tylnych kończyn, ogona i tak dalej. Gdybyśmy mieli tu do czynienia z podobnym przypadkiem, musiałby się pan zająć dwoma mózgami, a nie jednym.