Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-875-2
- Переводчик: Anna Reszka
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]». Краткое содержание книги:
— Już dobrze, dobrze, masz rację. Powiem ci jednak, że nawet gdyby Alypia była po drugiej stronie księżyca, i tak chciałbym ujrzeć twoje dzieło.
— No jasne, przecież ty czytasz po grecku. Zapomniałem. — Westchnął i dodał z żalem: — Po prawdzie, Skaurusie, to zacząłem pisać przede wszystkim dlatego, żeby nie zapomnieć liter. Bogowie wiedzą, że nie jestem… ee, jak on się nazywa? — Zachichotał. — Przy okazji stwierdziłem, że potrafię składać zrozumiałe zdania.
— Chciałbym zobaczyć to, co już napisałeś — powiedział Skaurus. Mówił szczerze.
Zawsze lubił historię z jej beznamiętnym podejściem. Stanowiła dla niego rzetelniejszą przewodniczkę po dziejach świata niż górnolotne mowy oratorów. Tukidydes i Polibios byli warci dziesięć razy więcej niż Demostenes, który sprzedawał swój język jak kobieta cnotę i czasami układał mowy dla oskarżenia i obrony w tej samej sprawie.
— Skoro już o tym mówimy — odezwał się Gorgidas, przerywając jego zamyślenie — czy Gawas nie wspomniał, jak zamierza pokonać Koński Bród? Nie pytam jako historyk, tylko jako człowiek, który chciałby jeszcze trochę pożyć.
— Ja też nie mam ochoty ginąć — przyznał Marek. — Lecz nie wiem, co on zamierza. W każdym razie jego plan może się powieść. Thorisin przypomina Odyseusza. To sophron.
— Sophron? — powtórzył Gorgidas. — Cóż, miejmy nadzieję, że się nie mylisz.
Greckie słowo oznaczało człowieka górującego roztropnością i umiarkowaniem nad innymi ludźmi. Gorgidas nie był pewien, czy to określenie pasuje do Gavrasa. Stwierdził natomiast, że świetnie oddaje charakter Skaurusa.
Mewy o czarnych łebkach krążyły w powietrzu, nurkowały i skrzeczały z dezaprobatą na uzbrojonych ludzi, którzy wchodzili po rozklekotanej drabince do kutra rybackiego pamiętającego lepsze czasy.
— Sio, przebrzydłe morskie wrony! — krzyknął na nie Viridoviks, potrząsając pięścią. — Mnie też się to nie podoba!
Wzdłuż nabrzeży i plaż zachodnich przedmieść Videssos armia wchodziła na pokłady jednostek pływających, które tworzyły najdziwniejszą flotę, jaką widział Marek. Trzon skleconej naprędce armady Thorisina Gavrasa stanowiły cztery zbożowce. W jej skład wchodziły również liczne kutry rybackie, nieomylnie rozpoznawane węchem, łodzie przemytnicze o smukłych kształtach i dużych żaglach, małe poławiacze gąbek — niektóre wielkości łodzi wiosłowych, o masztach nie grubszych od drzewca włóczni — a także bezkilowe barki rzeczne. Nikt nie miał ochoty zgadywać, jak będą się sprawowały na otwartym morzu. Było też wiele statków, których funkcji trybun, słabo obeznany z morzem, nawet nie próbował się domyślać. Pomógł Neposowi wejść na pokład kutra rybackiego.
— Dziękuję — powiedział kapłan i oparł się o kabinę. Deski zatrzeszczały pod jego ciężarem, ale Nepos nie zmienił pozycji. — Na litościwego Phosa, ależ jestem zmęczony.
Pod oczami, z których nie zniknęły wesołe iskierki, widniały ciemne kręgi, a słowa wypowiadał powoli, jakby każde wymagało ogromnego wysiłku.
— Masz prawo — przyznał Skaurus. Wspomagany przez trzech czarnoksiężników, kapłan ostatnie dwa i pół tygodnia poświęcił rzucaniu czarów na wszystkie łodzie, które Thorisin zebrał z całego zachodniego wybrzeża. Główny ciężar zadania spoczywał na barkach Neposa jako członka Akademii Videssańskiej. Jego koledzy, prowincjonalni czarodzieje, nie mieli wybitnych talentów. Nawet zwykła magia była ciężką, wyczerpującą pracą, a to, czego dokonał kapłan, nie było czarnoksięstwem w najprostszym wydaniu.
Gorgidas zeskoczył na pokład miękko jak kot. Chwilę później pojawił się przy nim Gajusz Filipus, który przybrał taką postawę, jakby rzucał wyzwanie lekko kołyszącej się łodzi.
— Viridoviks!
Ciche wołanie dobiegło z sąsiedniej łodzi, kutra rybackiego o łacińskim ożaglowaniu, jeszcze niniejszego i brudniejszego niż ten, który Celt miał dzielić z innymi rzymskimi oficerami.
— Hej, Bagratouni! — odkrzyknął Viridoviks. — Jesteś zadowolony, że znalazłeś się na morzu?
Pochodzący z leżącego w głębi lądu Vaspurakanu, Gagik Bagratouni wyraził kiedyś żal, że nie zna morza. Teraz twarz nakharara o lwich rysach była wyraźnie zielona.
— Zawsze się tak rusza? — zapytał.
— Niepotrzebnie mi przypomniałeś — powiedział z wyrzutem Viridoviks i głośno przełknął ślinę.
— Przez poręcz, a nie na pokład — ostrzegł go kapitan, chudy, ciemny mężczyzna w średnim wieku, o włosach i brodzie takiego samego koloru jak wypłowiałe od słońca deski. Jego mina wyrażała zdumienie. Jak człowiek może chorować na prawie nieruchomej łodzi?
— Jeśli mój żołądek zdecyduje się podejść do gardła, skorzystam z tego, co mam pod sobą, nie pytając o pozwolenie — oświadczył Viridoviks po łacinie.
— I co teraz? — zapytał Marek Neposa i wskazał na galery patrolowe, których szerokie żagle wyglądały jak płetwy rekinów. — Będziemy dla nich niewidzialni jak przez chwilę Yezda w czasie wielkiej bitwy?
Oblewał się zimnym potem za każdym razem, kiedy o tym myślał, choć videssańscy czarnoksiężnicy szybko rzucili kontrczary, dzięki którym nomadzi na powrót stali się widzialni.
— Nie, nie. — W głosie kapłana brzmiała jednocześnie niecierpliwość i zmęczenie. — Czar jest skuteczny, póki w pobliżu nie ma wrogiego maga. W przeciwnym razie równie dobrze można rozpalić ognisko na dziobie.
Kapitan gwałtownie odwrócił głowę w ich stronę. Nie chciał nic słyszeć o ogniskach.
— Poza tym — kontynuował Nepos — łatwo jest przezwyciężyć czar niewidzialności, a gdyby to przydarzyło się nam na morzu, rzeź byłaby straszna. Skorzystamy z subtelniejszej metody, opracowanej w zeszłym roku w Akademii. W rzeczywistości będziemy doskonale widoczni przez całą drogę na wschodni brzeg Końskiego Brodu.
— I to ma być magia? — odezwał się Gajusz Filipus. — Sam mógłbym tam dopłynąć, choć nie sprawiłoby mi to przyjemności.
— Chwileczkę — zaprotestował Nepos. — Pozwól mi dokończyć. Przepłyniemy wrogom pod samym nosem, a oni nas nie zobaczą. Na tym polega sztuka. Ich wzrok będzie prześlizgiwał się po nas.
— Rozumiem — powiedział centurion z aprobatą. — Tak samo zdarza się, kiedy poluję na kuropatwy. Przechodzę obok i nie zauważam ich, ponieważ kolor upierzenia zlewa się z barwą krzaków i roślin, w których się chowają.
— Coś w tym rodzaju — zgodził się Nepos. — Ale niezupełnie. To nie będzie zwykły kamuflaż, lecz magia, łagodniejsza niż czar niewidzialności i prawie niemożliwa do wykrycia, chyba że czarnoksiężnik o niej wie.
— Jest sygnał — oznajmił kapitan.
Na okręcie flagowym Thorisina Gavrasa, smukłym statku przemytniczym, dość dużym, by mógł się zmierzyć z galerą wojenną Ortaiasa, załopotał błękitny proporzec Imperium Videssańskiego. Gdy rozwinął się na północno-zachodnim wietrze, zajaśniało wyszyte pośrodku słońce Phosa.
Jeden z żeglarzy odwiązał liny cumownicze, cisnął je na pokład i wskoczył zwinnie do łodzi. Kapitan rzucił rozkazy i czteroosobowa załoga postawiła kwadratowy żagiel. Płótno było stare, wyciągnięte i połatane, lecz chwyciło wiatr. Kołysząc się lekko na niewielkiej fali, kuter wypłynął na Koński Bród.
Skaurus i jego towarzysze przeszli na dziób, żeby usunąć się z drogi żeglarzom. W zachodniej części cieśniny roiło się od birem, ale żadna nie zwracała na nich najmniejszej uwagi. Jak do tej pory magia Neposa działała.