Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-875-2
- Переводчик: Anna Reszka
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]». Краткое содержание книги:
— Co zrobisz, jeśli czar zawiedzie w połowie przeprawy? — zapytał Marek.
— Zacznę się modlić — odparł Nepos krótko. Widząc jednak, że Skaurusowi wcale nie chodziło o to, żeby się z nim podrażnić, dodał: — Niewiele więcej mógłbym zrobić. To skomplikowany czar, niełatwo go rzucić.
Od chwili wypłynięcia w morze Viridoviks przestał zwracać uwagę na otoczenie, pochłonięty własnym cierpieniem. Wychylał się za burtę, z taką desperacją trzymając się relingu, że zbielały mu kostki. Gajusz Filipus, który nie wiedział co to choroba morską, spytał Neposa:
— Powiedz mi, kapłanie, czy twój czar tłumi również odgłos rzygania?
Na twardym gruncie taka uwaga wywołałby kłótnię, ale tutaj Celt tylko jęknął i chwycił się mocniej barierki. Nagle wyprostował się.
— Co to było? — zawołał ze zdumieniem, wskazując na wodę.
Obecni podążyli wzrokiem za jego palcem, ale nie zobaczyli niczego oprócz niebieskiego morza i śladu w postaci białej piany.
— Następna! — zawołał Viridoviks. Niedaleko od łodzi wyskoczył nad powierzchnię morza gładki srebrny kształt, przeleciał czterdzieści metrów w powietrzu i wpadł do wody. — Co to za czary? Dobry omen czy zły?
— Masz na myśli latającą rybę? — spytał Gorgidas zaskoczony.
Wychowani nad ciepłym Morzem Śródziemnym Rzymianie znali te stworzenia, których nie spotykało się w chłodnych wodach pomocnego oceanu. Uparty Gal nie chciał uwierzyć zapewnieniom przyjaciół i Neposa, że to tylko gatunek ryby.
— Próbujecie mnie nabrać — stwierdził. — Jesteście wyjątkowo okrutni. Korzystacie z tego, że się tak okropnie czuję, i w ogóle.
Z powodu choroby był rozdrażniony. Mówił tonem nabrzmiałym wrogością.
— A niech to… — powiedział wyprowadzony z równowagi Gajusz Filipus. — Durny Celt!
Wokół łodzi pojawiło się mnóstwo latających ryb, które prawdopodobnie uciekały przed tuńczykiem. Jedna, od-ważniejsza, ale zarazem bardziej pechowa od towarzyszek, wylądowała na pokładzie niemal u stóp centuriona. Gajusz Filipus wyjął sztylet i uderzył ją trzonkiem w głowę.
Podniósł rybę i podał Galowi. Szerokie płetwy wisiały bezwładnie. Złote oczy już zmętniały, błękitny grzbiet i srebrny brzuch utraciły połysk i nabrały odcienia trupiej szarości.
— Zabiłeś ją — stwierdził Viridoviks z konsternacją i wrzucił stworzenie do morza.
— Kolejne głupstwo — skwitował centurion. — Usmażone smakują doskonale.
Lecz Viridoviks tylko potrząsnął głową. Według niego zginęła baśniowa istota, a nie ryba. Poza tym nie mógł myśleć o jedzeniu.
— Powinieneś być wdzięczny — zauważył Gorgidas. — Tak cię zainteresowały latające ryby, że zapomniałeś o chorobie.
— Rzeczywiście — powiedział Celt ze zdumieniem.
Na twarz wrócił mu szeroki uśmiech. Lecz w tym momencie o dziób kutra rozbiła się większa fala. Lekka łódź zakołysała się łagodnie. Viridoviks wytrzeszczył oczy, zbladł i znowu musiał poszukać poręczy.
— Niech cię diabli, że mi przypomniałeś — wykrztusił między atakami mdłości.
Niektóre z łodzi Thorisina znajdowały się teraz blisko galer patrolowych, ale nic nie wskazywało na to, by zostały zauważone. Płynąc do miejsca lądowania, wyznaczonego kilka mil na południe od stolicy, kuter Marka minął okręt wojenny Sphrantzesów w odległości stu metrów.
Była to chwila pełna napięcia, mimo czarów chroniących flotę Gavrasa. Trybun odczytał bez trudu nazwę namalowaną złotą farbą na dziobie statku: „Niszczyciel Korsarzy”. Ostry dziób z brązu, zaśniedziały od morskiej wody, pojawiał się i znikał z pola widzenia. Na deskach zwykłe znajdujących się pod linią zanurzenia widniały białe osady ze skorupiaków. Na przednim pokładzie stała machina do miotania strzał, załadowana i gotowa do użycia. Od stalowych grotów odbijało się światło.
Dwa rzędy długich wioseł unosiły się i opadały równym ruchem. Nawet taki szczur lądowy jak Skaurus potrafił ocenić, że wioślarze stanowią zgraną załogę. Niezależni od wiatru, płynęli stałym kursem na pomoc. Ponad skrzyp i uderzenia wioseł o wodę wybijała się piosenka śpiewana basowym głosem, która pomagała utrzymać tempo:
Videssańska armia również ją śpiewała i Rzymianie szybko nauczyli się jej słów. Liczyła pięćdziesiąt dwie zwrotki, dowcipne, niektóre brutalne, inne sprośne, a w większości występowały te trzy elementy.
Płynący z dużą szybkością „Niszczyciel Korsarzy” oddalił się i śpiew ucichł. Podoficerowie stali przy bliźniaczych wiosłach sterowych na rufie. Obserwator znajdował się na maszcie, żeby krzykiem ostrzegać o niebezpieczeństwie. Marek uśmiechnął się do siebie. Gdyby czar Neposa nagle zniknął, biedak zapewne dostałby ataku serca.
Trybun uśmiechnął się jeszcze szerzej, gdy zobaczył, jak zbieranina zwana flotą Imperatora przepływa Koński Bród pod nosem imperialnej armady. Szybsze łodzie prawie dobijały do brzegu. Nawet wolniejsze, niezgrabne barki już minęły galery Ortaiasa. Videssos powinno być zbyt zaskoczone widokiem armii Gavrasa pojawiającej się znikąd pod murami miasta, żeby stawić zdecydowany opór.
— Świetna robota — powiedział wylewnie do Neposa. — Dzięki niej wojna jest już prawie wygrana.
Jak wszyscy kapłani Phosa, Nepos ślubował pokorę. Zaczerwienił się teraz, słysząc pochwałę.
— Dziękuję — odparł nieśmiało. Ponieważ jednak był nie tylko kapłanem, ale i akademikiem, dorzucił: — Ten sukces przeniesie ważny nowy czar ze sfery teorii do sfery praktyki. Badania oczywiście były dziełem wielu osób. To zwykły przypadek, że akurat ja go wypróbowałem. To…
Kapłan zachwiał się i spurpurowiał na twarzy. Nie był to rumieniec skromności. Wyglądało to, jakby na jego szyi zacisnęły się ręce dusiciela. Marek i Gorgidas rzucili mu się na ratunek sądząc, że przepracowanie spowodowało atak apopleksji.
Lecz Nepos nie dostał ataku. Łzy toczyły mu się po policzkach, ginąc w gęstej brodzie. Rękami rozpaczliwie chwytał powietrze. Szeptał coś pośpiesznie.
— Co się dzieje? — warknął Gajusz Filipus.
Choć nie znał się na morzu ani na magii, potrafił rozpoznać kłopoty. Sięgnął dłonią do rękojeści miecza, ale znajomy gest nie dodał mu otuchy.
— Kontrczar! — wykrztusił Nepos pomiędzy szybko powtarzanymi zaklęciami. Trząsł się jak człowiek chory na malarię. — Skierowany przeciwko mnie i mojemu czarowi. Zły i silny, na Phosa, kto to może być? Nigdy nie doświadczyłem na sobie takiej siły. Niemal mnie powalił.
Między tymi zdaniami dalej mamrotał zaklęcia. Kiedy wyjaśnił im sytuację, skupił się całkowicie na magii. Dzięki niej uratował siebie, ale nie mógł już utrzymać czaru.
— Już po nas! Kot wyczuł myszy w kredensie! — krzyknął Viridoviks wiszący na relingu.
W polu widzenia znajdowało się siedem galer oprócz „Niszczyciela Korsarzy”. Mark nie potrafił sobie wyobrazić, co czują kapitanowie i wioślarze, którzy nagle zobaczyli, że w cieśninie roi się od nieprzyjacielskich statków. Nie dostali jednak palpitacji, czego im kilka minut temu życzył w duchu trybun. Zaatakowali małe jednostki osaczając je jak wilki stado owiec.
Serce skoczyło Markowi do gardła, kiedy zobaczył, że jeden ze statków z okrutnym dziobem kieruje się na najbliższą barkę pełną legionistów. Lecz przynajmniej kapitan tej biremy był wystarczająco przerażony pojawieniem się wrogów, by popełnić fatalny błąd w ocenie. Zamiast zaufać taranowi statku, kazał unieść wiosła na lewej burcie, podpłynął zręcznie bokiem do barki i zażądał poddania się.