Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Nawet jako nauczyciel, Gal był nieugiętym przeciwnikiem. Ręka i ramię bolały Gorgidasa od nieustannego zbijania ciosów. Bolały go też i żebra — Viridoviks już nie raz walnął go w bok płazem miecza. Pogardliwa łatwość, z jaką radził sobie z atakami Greka, doprowadzała tego do wściekłości — o czym Celt dobrze wiedział. Chociaż Gorgidas został niemal siłą zmuszony do tego, by wziął do ręki miecz, teraz pracował z gorliwą zaciętością. Ciężki oddech z sykiem wydobywał się spoza zaciśniętych zębów. W pewnym momencie Viridoviks musiał się zręcznie zakręcić, by nie zostać nadzianym na jego miecz — Grekowi brakowało jeszcze doświadczenia, by ocenić jak niebezpieczne było to pchnięcie.
— Ten pieprzony rzymski miecz — wysapał Viridoviks. Pocił się równie obficie jak jego ucze. — Chłopie, przyglądałeś się pewnie legionistom i nigdy nie pisnąłeś ani słówka; niewiele brakowało a nadziałbyś mnie jak kurczaka na rożen.
Gorgidas zaczął składać się w przeprosinach, ale Viridoviks klepnął go w plecy i przerwał mu.
— Nie, to było całkiem niezłe. — Odwrócił się do Goudelesa. — No, panie, teraz twoja kolej. I naprzód!
— Uuuff! — jęknął gryzipiórek, gdy ostrze Celta odbiło się od jego żeber. Nie było w nim ani odrobiny agresji; wszystkie uderzenia, które udało mu się wykrzesać, służyły tylko do obrony. Jednak w tym skromnym zakresie, jego poczynania mogły wzbudzać pewną nadzieję. Był oszczędny w ruchach i potrafił przewidzieć, z jakiego kierunku nadejdzie kolejne uderzenie. Lankinos Skylitzes był wyraźnie rozczarowany.
— To dobrze, że nie próbujesz robić czegoś wbrew sobie — powiedział Viridoviks. — Jeśli nauczysz się tyle, żeby przez chwilę się obronić, wcześniej czy później ktoś cię poratuje, co trupowi nie pomogłoby wcale a wcale.
Po chwili jednak znudził się walką z przeciwnikiem, który zupełnie go nie atakował. Jego uderzenia stawały się coraz szybsze i silniejsze, i kiedy Goudeles, który teraz cofał się w rozpaczliwej obronie, wyrzucił rękę do przodu parując kolejne cięcie, długi galijski miecz uderzył ostrzem o ostrze szabli. Broń gryzipiórka pękła prawie dokładnie w połowie — uwolnione ostrze kręcąc się w powietrzu wpadło do ogniska. Zaskoczony Viridoviks zdążył tylko obrócić miecz w dłoni, dzięki czemu nie rozciął Goudelesa na pół. Mimo to, Videssańczyk upadł z jękiem, trzymając się za lewy bok. Viridoviks uklęknął przy nim, zaniepokojony.
— Przepraszam najmocniej, naprawdę przepraszam. To nie miało tak wyjść.
— Mhm… — Goudeles ostrożnie usiadł. Odchrząknął głośno i splunął. Gorgidas zobaczył, że ślina była biała, a nie różowa czy czerwona — biurokrata nie był więc poważnie raniony. Goudeles spojrzał na resztkę swojej szabli.
— Nie zdawałem sobie sprawy, że walczę z tobą bronią równie kiepską jak moje umiejętności.
— Wcale nie kiepską! — zaprotestował żołnierz, od którego Goudeles ją pożyczył. Był tak miody, że jego broda była jeszcze miękka i rzadka — nazywał się Prevalis. syn Haravsha, co świadczyło o jego mieszanym pochodzeniu.
— Zapłaciłem dwie sztuki złota za to ostrze — to dobra stal ze stolicy.
Goudeles wzruszył ramionami, skrzywił się, i rzucił mu pękniętą szablę. Prevalis złapał ją zręcznie za rękojeść.
— Popatrz! — nalegał, pokazując wszystkim, że to co pozostało z ostrza, zachowało giętkość godną tylko stali najwyższej jakości. Kiedy już w końcu przekonał wszystkich, co wart był ten miecz, jego wzrok powędrował powoli do Viridoviksa.
— Na Phosa, ile ty masz siły, człowieku? — wyszeptał ze strachem.
— Wystarczająco dużo, żeby zjeść śliwki z pestkami albo ciebie bez soli — ale pomimo żartobliwego tonu, tylko nikły uśmiech rozjaśniał twarz Viridoviksa. Gorgidas mógł odgadnąć jego myśli. Czasami miecze Celta i Skaurusa, chronione zaklęciem galijskich druidów, były czymś znacznie groźniejszym niż zwykłe ostrza w tym dziwnym świecie, gdzie magia była równie realna jak ból czy głód. Zwykle objawiały one swoją moc w obecności maga albo jego zaklęć, ale nie zawsze.
Viridoviks ze skrzyżowanymi nogami siedział przy ognisku. Wyciągnął tę broń o przedziwnej mocy i przyglądał się tajemniczym znakom druidów, które odciśnięto w metalu, gdy len był jeszcze gorący. Nic dla niego nie znaczyły — druidzi dobrze strzegli swoich sekretów, nawet przed galijską arystokracją.
Przez jedną, krótką chwilę litery zdawały się świecić własnym złotym blaskiem, ale zanim Gor-gidas zdążył się im przyjrzeć, Viridoviks schował miecz do pochwy. Jakieś odbicie od ognia, pomyślał Grek. Ziewnął i westchnął jednocześnie, zbyt zmęczony, żeby dłużej się tym zajmować.
Co gorsza, wszystko go bolało. Szermierka i jazda konna wymagały pracy mięśni, których rzadko używał. Wiedział, że nazajutrz będzie całkiem zesztywniały. Dziesięć lat temu nic by mi nie było — zaprotestował w myślach. Odpowiedź była natychmiastowa — dziesięć lat temu nie miałeś czterdziestu jeden lat.
Obgryzł nogę królika, popijając kavass przełknął kilka pozbawionych zupełnie smaku placków pszennych i zasnął w momencie, gdy jego stopy dotknęły końca posłania.
Varatesh sprawdził kierunek wiatru wystawiając do góry pośliniony palec — z południa, tak jak się tego spodziewał. Na wiosnę i w lecie wiatr wiał od morza, przynosząc ze sobą dobrą pogodę. Jesienią często się zmieniał, a stepowej zimy nie znosili nawet ci, którzy spędzili na nim cale życie. Każdego roku szamani błagali duchy wiatru, by nie zwracały się przeciwko nim, i każdego roku ich prośby pozostawały bez echa. Grupie marnowanie dobrych modlitw — pomyślał renegat.
Liczył na południowy wiatr, gdy prowadził swój mały oddział śladem człowieka, którego poszukiwał, i jego towarzyszy. Kontynuowali pościg także po zmierzchu, kierując się gwiazdami i talizmanem Avshara — w ciemności jego pomarańczowa mgiełka świeciła zimnym blaskiem, podobnym do tego, jakie wydzielają świetliki. Cel ich pościgu leżał teraz dokładnie na północy — rozżarzona plamka ogniska odcinała lic wyraźnie od czarnej linii horyzontu.
Szczęśliwie dla Varatesha, nie było tej nocy księżyca — Strażnicy mogliby wtedy dojrzeć jego ludzi. W bladym świetle gwiazd, step pełen był przeróżnych cieni przemykających się we wszystkich kierunkach, a oni także poruszali się cicho jak cienie. Buty obcierały stopy Varatesha. Nie był przyzwyczajony do chodzenia pieszo na większe odległości, ale musiał pozostawić konie z dala od wrogiego obozu. Nawet spętane, zbyt łatwo mogły zdradzić swą obecność.
— Co teraz? — wyszeptał jeden z nomadów. — Ze śladów, co te psie syny zostawiły, musi ich być dwa razy tyle co nas i jeszcze trochę.
— Niewiele im to pomoże — odparł Varatesh. Sprawdził kierunek wiatru; byłoby kiepsko, gdyby się zmienił. Odchrząknął zadowolony i sięgnął do wnętrza swojej skórzanej tuniki po drugi z podarunków Avshara. Alabastrowy słoiczek, o ściankach cienkich niczym skorupka jaja, zatkany był srebrną zatyczką, opieczętowaną woskiem. Nawet zamknięty, roztaczał wokół siebie jakąś magiczną aureolę — podobną do tej, jaką miał w sobie kryształ czarnoksiężnika — magii o wiele bardziej niebezpiecznej od dobrze mu znanych czarów stepowych szamanów. Jego ludzie cofnęli się o krok, jakby nie chcąc mieć nic do czynienia z tym, co zamierzał właśnie zrobić.
Varatesh pozbył się woskowej pieczęci, używając do tego swoich twardych paznokci. Chociaż słoik wciąż był ciasno zatkany, poczuł delikatny, słodki zapach narcyzów. To mogło być niebezpieczne — wstrzymał oddech, gdy zakręciło mu się w głowie, mając nadzieję, że zawroty zaraz miną. Przeszły. Posługując się teraz szybkimi, sprawnymi ruchami wyciągnął zatyczkę i rzucił słoiczek w kierunku obozu, najdalej jak potrafił. Słyszał, jak ten się rozbił, chociaż starał się rzucić go tak, by upadł miękko. Nie podejrzewał jednak, by ktoś w obozie mógł to usłyszeć, a jeśli nawet, to nie miało to większego znaczenia — co najwyżej, ktoś wcześniej uległby czarom Avshara.