Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
Mężczyzna nie wydał z siebie żadnego innego dźwięku, a korytarz nie zrobił niczego, czego normalnie nie robią korytarze. Po dobrej minucie obserwowania odrzuciłem lusterko i wpełzłem do środka.
Sądzę, że od samego początku wiedziałem, że to Woolf wydał ten jęk. Albo rozpoznałem jego głos, albo od samego początku podejrzewałem, że jeżeli Zadbany zdołał złapać mnie, to nie powinien mieć również problemu z dopadnięciem Woolfa.
Albo Sary, jeżeli już o tym mowa.
Zamknąłem drzwi i podparłem klamkę krzesłem, ustawiając je ukośnie na dwóch nogach. Nie mogły powstrzymać napastnika, ale dawały mi szansę wystrzelenia trzech lub czterech pocisków, zanim udałoby mu się wedrzeć do pokoju. Uklęknąłem przed Woolfem i natychmiast zakląłem, czując ból w kolanie. Odsunąłem się i spojrzałem na podłogę. U jego stóp leżało siedem lub osiem naoliwionych nakrętek. Schyliłem się, aby odgarnąć je na bok.
Ale to nie były nakrętki i śrubki. Nie był to też olej. Klęczałem na jego zębach.
Rozwiązałem paski i spróbowałem unieść jego głowę. Oczy miał zamknięte, ale nie potrafiłem orzec, czy dlatego, że był nieprzytomny, czy z powodu potwornej opuchlizny skóry na policzkach i wokół oczodołów. Pęcherzyki krwi i śliny otaczały usta, jego oddech brzmiał strasznie.
— Wszystko będzie w porządku — mruknąłem. Sam sobie nie wierzyłem i wątpię, aby i on mi uwierzył. — Gdzie jest Sara?
Nie odpowiedział, ale widziałem, że usiłuje otworzyć lewe oko. Odchylił głowę do tyłu. Ciche stęknięcie rozerwało kilka pęcherzyków wokół jego ust. Nachyliłem się i chwyciłem go za ręce.
— Gdzie jest Sara? — powtórzyłem, a gruba, owłosiona dłoń niepokoju chwyciła mnie za krtań. Przez chwilę trwał w bezruchu i zacząłem już podejrzewać, że stracił przytomność, ale nagle jego klatka piersiowa uniosła się i Woolf otworzył usta, jakby ziewał.
— Co mówisz, Thomas? — wychrypiał słabo. Oddech pogarszał się z każdą sekundą. — Czy jesteś…
Przerwał, aby wciągnąć do płuc więcej powietrza.
Wiedziałem, że nie powinien nic więcej mówić. Wiedziałem, że powinienem mu powiedzieć, żeby milczał i oszczędzał siły, ale nie potrafiłem tego zrobić. Chciałem, żeby mówił. Cokolwiek. o tym, jak bardzo źle się czuje, kto mu to zrobił, o Sarze, o wyścigach konnych w Doncaster. O czymkolwiek związanym z życiem.
— Czy jestem… ? — zapytałem.
— Czy jesteś dobrym człowiekiem?
Myślę, że się uśmiechnął.
Przez chwilę trwałem w bezruchu, obserwując go i zastanawiając się, co robić. Mógłby umrzeć, gdybym spróbował go przenieść. Umarłby na pewno, gdybym tego nie zrobił. Myślę nawet, że część mnie tak naprawdę chciała, aby umarł, dzięki czemu mógłbym swobodnie podjąć jakieś działania. Zemścić się. Uciec. Wściec się.
Nagle niemal instynktownie puściłem Woolfa, chwyciłem za glocka i kucając najniżej jak potrafiłem, pomknąłem pod jedną ze ścian.
Ktoś nacisnął klamkę.
Krzesło wytrzymało jedno czy dwa pchnięcia, po czym trafione stopą wyskoczyło spod klamki. Drzwi otworzyły się gwałtownie i stanął w nich mężczyzna. Był wyższy, niż go zapamiętałem, dlatego kilka dziesiątych sekundy zajęło mi zorientowanie się, że jest to Zadbany i że stoi tam z pistoletem wycelowanym w środek pokoju. Woolf zaczął podnosić się z krzesła, a może po prostu przewracał się do przodu. Usłyszałem przeciągły, głośny łoskot, który przerodził się w serię głuchych trzasków, kiedy wystrzeliłem sześć pocisków w głowę i korpus Zadbanego. Odrzuciło go do tyłu na korytarz, a ja dopadłem do niego i wystrzeliłem jeszcze trzy razy w klatkę piersiową, zanim upadł na ziemię. Wytrąciłem mu kopnięciem pistolet z ręki i wycelowałem glocka w środek jego głowy. Puste łuski toczyły się po podłodze korytarza.
Odwróciłem się. Woolf znajdował się prawie dwa metry od miejsca, w którym ostatni raz go widziałem. Leżał na plecach w powiększającej się kałuży czarnego płynu. Nie potrafiłem zrozumieć, w jaki sposób jego ciało przebyło tak dużą odległość, dopóki nie spojrzałem w dół i nie dostrzegłem broni Zadbanego.
MAC 10. Paskudny, kieszonkowy pistolet maszynowy, którego właściciel nie musiał się zbytnio przejmować tym, w kogo celował, ponieważ w niespełna dwie sekundy mógł opróżnić magazynek mieszczący trzydzieści pocisków. Zadbany zdążył trafić Woolfa większością z trzydziestu naboi, którymi podziurawił go jak sito.
Pochyliłem się do przodu i wystrzeliłem kolejny pocisk w usta Zadbanego.
Przetrząśnięcie domu od piwnicy do strychu zajęło mi godzinę. Kiedy skończyłem, wiedziałem, że jego tył wychodzi na High Holborn, że mieściła się w nim kiedyś firma ubezpieczeniowa, a teraz stał zupełnie opuszczony. Tego ostatniego domyśliłem się już wcześniej. Wystrzał z pistoletu bez następujących po nim syren policyjnych radiowozów na ogól oznacza, że nikogo nie ma w domu.
Nie miałem wyboru i musiałem rozstać się z glockiem. Przyciągnąłem ciało Richiego do pokoju, w którym leżał Woolf, położyłem je na podłodze, wytarłem kolbę i spust glocka koszulą i wcisnąłem go w dłoń Richiego. Podniosłem MAC-a i wystrzeliłem ostatnie trzy pociski w ciało Richiego, po czym położyłem broń obok Zadbanego.
Zaaranżowana przeze mnie scenka rodzajowa nie miała większego sensu. Ale przecież życie również go nie ma, a w zagmatwaną scenę zbrodni często łatwiej uwierzyć niż w czytelną. Na to przynajmniej liczyłem.
Następnie wycofałem się do The Sovereign, brudnego hoteliku na King's Cross, gdzie spędziłem dwa dni i trzy noce, w trakcie których mój podbródek stopniowo się uciszał, a siniaki na ciele nabierały pięknych kolorów. Za oknem społeczeństwo brytyjskie handlowało crackiem, spało ze sobą dla pieniędzy i wszczynało pijackie burdy, których przyczyny nie mogło sobie przypomnieć nad ranem.
Siedząc w hotelu, rozmyślałem o helikopterach, pistoletach, Aleksandrze Woolfie i Sarze Woolf oraz o masie innych interesujących spraw.
Czy jestem dobrym człowiekiem?
Rozdział 9
Kufer, siodło, na koń i w drogę!