Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Шпионские детективы » Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]

Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:

Podczas wycieczki do Amsterdamu Thomas Lang dostaje propozycję zabójstwa Amerykanina, której nie przyjmuje. Po wielu przemyśleniach postanawia uprzedzić swoją niedoszłą ofiarę Woolfa. Ciąg nieprzypadkowych zdarzeń uzależnia go od Woolfa i jego córki Sary. Ich celem jest uniknięcie amerykańskiego planu ataku terrorystycznego, który miałby zmusić rząd do kupienia nowoczesnych helikopterów (projekt Absolwent). Thomas przez cały czas wmawia sobie, że nic nie czuje do dziewczyny, lecz gotowy jest zrobić dla niej wszystko. W pewnym momencie mężczyźni trafiają w pułapkę, Woolf zostaje zabity. Ranny Lang próbuje odnaleźć Sarę, pomoc w poszukiwaniach oferuje Ronnie — jej koleżanka z pracy. Thomas udaje się do ambasadora USA w Wielkiej Brytanii i uświadamia sobie jak zawiła i tajemnicza jest to sprawa. W ostateczności zostaje zmuszony to przygotowania tego ataku, inaczej Sara zginie.
1 ... 27 28 29 30 31 32 33 34 35 ... 87
Перейти на страницу:

— Pan Solomon — przedstawiła mnie recepcjonistka. — Pokój 5910. Spotkanie z Barnes, Russell.

— Z Russellem Barnesem — poprawiłem ją, ale żadne z nich nie zwróciło na to uwagi.

Carl przeprowadził mnie przez szereg punktów kontrolnych, gdzie inni Carlowie prześwietlali moje ciało wykrywaczami metalu i z zapałem mięli mi ubranie. Szczególnie interesowała ich moja teczka i wydawali się zaniepokojeni tym, iż zawierała jedynie numer „Daily Mirror”.

— Używam jej tylko w charakterze rekwizytu — wyjaśniłem pogodnie, co z jakiegoś powodu wydawało się ich zadowalać.

Być może gdybym powiedział, że używam jej tylko do wynoszenia tajnych dokumentów z ambasad, poklepaliby mnie po plecach i zaofiarowali się, że mi ją poniosą.

Carl zaprowadził mnie do windy i odsunął się, kiedy do niej wsiadałem. Z głośników wydobywała się irytująco cicha muzyka i gdybym nie znajdował się w ambasadzie, przysiągłbym, że jest to cover Bat Out Of Heli w wykonaniu Johnny'ego Mathisa. Carl wszedł za mną do windy i przejechał plastikową kartą przez czytnik elektroniczny, a następnie wstukał kod na klawiaturze palcem odzianym w nienagannie czystą rękawiczkę.

Winda mknęła w górę, a ja starałem się przygotować psychicznie do, jak należało się spodziewać, dość trudnej rozmowy. Powtarzałem sobie, że robię tylko to, co należy zrobić, kiedy silny prąd zniesie człowieka na otwarte morze: płynąć z nim, a nie walczyć. W końcu trafi się na jakiś ląd. Wysiedliśmy na piątym piętrze i Carl zaprowadził mnie porządnie wywoskowanym korytarzem do pokoju 5910 — Zastępca dyrektora Studiów Europejskich Barnes, Russell P.

Carl zaczekał, aż zapukam, a kiedy drzwi się otworzyły, wszedłem do środka. Mało brakowało, a wsunąłbym mu dwufuntowy banknot do odzianej w rękawiczkę dłoni, prosząc o zarezerwowanie stolika w L'Epicure. Na szczęście powstrzymał mnie, salutując zamaszyście, po czym obrócił się na pięcie, ruszył z powrotem korytarzem z prędkością stu dziesięciu kroków na minutę.

Russell R Barnes zdążył się już trochę powłóczyć po świecie. Nie potrafię może wyczytać wszystkiego z ludzkiej twarzy, ale wiem, że człowiek nie wygląda tak, jak Russell R Barnes, spędzając pół życia za biurkiem, a przez drugie pół żłopiąc koktajle na przyjęciach w ambasadzie. Dobiegający pięćdziesiątki, wysoki i szczupły, blizny i zmarszczki tłoczyły się, walcząc ze sobą o kontrolę nad opaloną twarzą. Nie potrafiłem się oprzeć wrażeniu, że był wszystkim, czym ONeal tak usilnie starał się zostać.

Kiedy wszedłem, spojrzał na mnie znad okularów połówek, ale nie przerwał czytania, przesuwając po marginesie wieczne pióro w miarę postępów lektury. Każda komórka jego ciała mówiła: „Śmierć Wietkongowi i zbrojnej partyzantce Contras”, a „Generał Schwarzkopf nazywa mnie pieszczotliwie Rusty”.

Przewrócił stronę i warknął:

— No co tam?

— Panie Barnes… — zacząłem, kładąc teczkę obok krzesła stojącego naprzeciwko niego i wyciągając rękę.

— Jak głosi napis na drzwiach. — Nie przerywał czytania. Trzymałem przed sobą wyciągniętą rękę.

— Miło mi pana poznać, sir.

Chwila ciszy. Wiedziałem, że kupię go tym „sir”. Wciągnął powietrze, wyczuł zapach kolegi oficera i powoli podniósł głowę. Przez długą chwilę przyglądał się mojej wyciągniętej dłoni, aż w końcu wyciągnął swoją. Suchą jak pieprz.

Wskazał wzrokiem, żebym usiadł na krześle, a kiedy to zrobiłem, kątem oka zauważyłem fotografię wiszącą na ścianie. I rzeczywiście, przedstawiała generała Schwarzkopfa w maskującej piżamie z długą, napisaną ręcznie dedykacją poniżej twarzy. Litery były zbyt drobne, abym mógł je przeczytać, ale poszedłbym o każdy zakład, że zawierała słowa „skopać” i „tyłki”. Obok wisiała większa fotografia Barnesa w jednoczęściowym kombinezonie, trzymającego pod pachą kask lotniczy.

— Brytyjczyk?

Zdjął okulary i rzucił je na biurko.

— W każdym calu, panie Barnes — powiedziałem. — W każdym calu.

Wiedziałem, że chodziło mu o Armię Brytyjską. Wymieniliśmy cierpkie żołnierskie uśmiechy, którymi powiedzieliśmy sobie nawzajem, jak bardzo nienawidzimy tych upstrzonych przez muchy stert gówna, które próbują związać ręce porządnym ludziom i nazywają to polityką. Kiedy mieliśmy już tego dosyć, odezwałem się:

— David Solomon.

— Co mogę dla pana zrobić, panie Solomon?

— Jak zapewne przekazała panu sekretarka, sir, przychodzę z ministerstwa od pana O’Neala. Pan ONeal ma kilka pytań, na które ma nadzieję uzyskać od pana odpowiedź.

— Wal śmiało.

Powiedział to tak swobodnie, że zastanawiałem się, ile razy i w jak wielu sytuacjach musiał wypowiedzieć te słowa.

— Dotyczą Projektu Absolwent, panie Barnes.

— Uhm.

To wszystko. Uhm. Nie „aha, chodzi panu o ten plan, za pomocą którego nieustalona grupa ludzi zawiązała spisek w celu sponsorowania zamachu terrorystycznego, który doprowadziłby do wzrostu sprzedaży wojskowego sprzętu antyterrorystycznego?” Muszę przyznać, że właśnie na coś takiego po cichu liczyłem. A tak musiał mi wystarczyć ten skromny początek. Niemniej jednak samo „uhm” niewiele mi mówiło.

— Pan ONeal miał nadzieję, że może zechce pan oświecić nas, jakie są pana najnowsze zapatrywania na ten temat.

— Czyżby?

— W rzeczy samej — powiedziałem zdecydowanie. — Liczył, że może zaszczyci nas pan swoją interpretacją ostatnich wydarzeń.

— O jakie ostatnie wydarzenia chodzi?

— Wolałbym nie wdawać się w tym momencie w szczegóły, panie Barnes. Jestem pewien, że pan to rozumie.

Uśmiechnął się i gdzieś w głębi jego ust błysnęło coś złotego.

— Ma pan jakieś związki z zaopatrzeniem, panie Solomon?

— Absolutnie nie, panie Barnes.

Spróbowałem wzbudzić odrobinę jego współczucia.

— Żona nie ufa mi w tych sprawach nawet na tyle, aby wysłać mnie samego do supermarketu.

Uśmiech przygasł mu na twarzy. W kręgach, w których poruszał się Russell R Barnes, małżeństwo uznawano za sprawę, którą przyzwoity żołnierz zajmuje się w zaciszu domowym. Jeżeli w ogóle się zajmuje.

Telefon na biurku zabrzęczał delikatnie. Poderwał słuchawkę do ucha.

— Barnes.

Wziął do ręki wieczne pióro i bawił się nim, słuchając. Kilka razy przytaknął, po czym się rozłączył. Nie odrywał wzroku od pióra i wyglądało na to, że przyszła moja kolej, aby coś powiedzieć.

— Myślę, że mogę jednakże powiedzieć, iż niepokoi nas sprawa bezpieczeństwa — zrobiłem pauzę, aby podkreślić eufemizm — dwojga obywateli amerykańskich zamieszkałych obecnie na ziemi brytyjskiej. Noszą nazwisko Woolf. Pan ONeal zastanawia się, czy posiada pan jakieś informacje, które mogłyby pomóc ministerstwu w zapewnieniu im stałej ochrony.

Skrzyżował ręce na piersi i usiadł z powrotem na krześle.

— Niech mnie diabli wezmą!

— Sir?

— Mówią, że jeżeli człowiek odpowiednio długo będzie siedział w jednym miejscu, będzie świadkiem wszystkich możliwych zdarzeń.

Starałem się wyglądać na zdezorientowanego.

— Ogromnie mi przykro, panie Barnes, ale obawiam się, że nie nadążam.

— Już dawno nikt mnie nie zmusił do wysłuchania tylu bredni naraz.

1 ... 27 28 29 30 31 32 33 34 35 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)