Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
Nigdy dotąd nie chorował, nigdy nie zaznał fizycznej niewygody uciążliwszej niż zmęczenie. Pojęcia nie mając, czym jest wysoka gorączka, sądził — w przebłyskach świadomości, które rozświetlały mu tę długą noc — że popada w obłąkanie. Strach przed obłędem skłonił go do szukania pomocv. Zanadto sam siebie wystraszył — słyszał w nocy własne majaczenia — żeby prosić o pomoc sąsiadów z korytarza. Powlókł się do oddalonej o osiem przecznic kliniki; zimne ulice, skąpane w blasku wschodzącego słońca, obracały się z powagą wokół niego. W klinice rozpoznano w jego obłędzie lekkie zapalenie płuc i kazano mu się położyć na oddziale drugim. Sprzeciwił się. Asystentka zarzuciła mu egoizowanie i wyjaśniła, że jeśli wróci do domu, będzie się musiał do niego fatygować lekarz, żeby mu zapewnić opiekę prywatną. Położył się więc do łóżka na oddziale drugim. Znajdujący się tam pacjenci byli starzy. Po jakimś czasie zjawiła się asystentka i podała mu szklankę wody i pigułkę.
— Co to jest? — zapytał podejrzliwie. Znowu szczękały mu zęby.
— Proszek przeciw gorączce.
— Co to takiego?
— Spędza gorączkę.
— Nie potrzebuję go.
Asystentka wzruszyła ramionami.
— W porządku — powiedziała i wyszła.
Dla większości młodych Anarresyjczyków chorowanie było sprawą wstydliwą — rezultat wyjątkowo skutecznej w ich społeczeństwie profilaktyki, oraz, być może, pomieszania pojęć, wynikłego z analogicznego użycia słów „zdrowy” i „chory”. Chorobę odczuwali jako przestępstwo — choćby i nieumyślne. Uleganie temu przestępczemu impulsowi, ustępowanie przed nim przez na przykład przyjmowanie środków przeciwbólowych było niemoralne. Wystrzegali się pigułek i zastrzyków. Większość zmieniała zdanie po nadejściu wieku średniego i starczego. Ból stawał się silniejszy od wstydu. Gdy asystentka przyniosła lekarstwa staruszkom z oddziału drugiego, ci dowcipkowali z nią. Szevek przyglądał się temu w otępieniu.
Później zjawił się jakiś lekarz ze strzykawką.
— Nie chcę — zaprotestował Szevek.
— Przestań egoizować — zganił go doktor — i odwróć się.
Szevek usłuchał. Potem jakaś kobieta podtykała mu kubek z wodą, a on tak dygotał, że pochlapał wodą koc.
— Zostaw mnie w spokoju — poprosił — kto ty jesteś?
Powiedziała mu, ale nie zrozumiał. Kazał jej odejść, gdyż czuje się świetnie. Potem tłumaczył jej, dlaczego hipoteza cykliczności, jakkolwiek sama w sobie poroniona, ma tak kapitalne znaczenie dla jego podejścia do teorii jednoczesności, wręcz stanowi jej kamień węgielny. Mówił częściowo w ojczystym języku, częściowo po ajońsku; kawałkiem kredy wypisał na tabliczce wzory i równania, tak aby go zrozumieli, ona i reszta grupy, bał się bowiem, ze mogą pojąć opacznie to porównanie z kamieniem węgielnym.
Asystentka dotknęła jego twarzy i zaplotła mu włosy. Dłonie miała chłodne. Nigdy w życiu nie doświadczył niczego przyjemniejszego od ich dotyku. Wyciągnął rękę, żeby ich dotknąć. Ale jej już nie było, odeszła.
Obudził się długi czas potem. Mógł swobodnie oddychać. Czuł się świetnie. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Nie miał ochoty się poruszać. Ruch zakłóciłby tę doskonałą, nieruchomą chwilę, tę równowagę świata. Na suficie jaśniało niewypowiedzianie piękne zimowe światło. Leżał i wpatrywał się w nie. Starcy na oddziale śmiali się chóralnie — starczy, chrapliwy skrzek, przecudny dźwięk. Weszła ta sama kobieta i usiadła przy jego łóżku. Spojrzał na nią i uśmiechnął się.
— Jak się czujesz?
— Jak nowo narodzony. Kto ty jesteś?
Uśmiechnęła się również.
— Matka.
— Powtórne narodziny. Miałem jednak dostać nowe ciało, a nie to samo.
— Mówisz od rzeczy.
— Nie od rzeczy. Od Urras. Powtórne narodziny to część ich religii.
— Jesteś jeszcze osłabiony. — Dotknęła jego czoła. — Nie masz już gorączki.
Jej głos mówiący te cztery słowa dotknął i uraził w najgłębszych zakamarkach jego duszy jakiś punkt, mroczne miejsce, zamurowaną przestrzeń, i tłukł się tam echem w ciemności. Szevek przyjrzał się kobiecie i stwierdził ze zgrozą:
— Ty jesteś Rulag.
— Już ci to mówiłam. I to nie raz!
Zachowała obojętny wyraz, a nawet rozbawiony. O tym, żeby Szevek mógł cokolwiek zachować, nie było mowy. Nie miał siły, żeby się poruszyć, a jednak cofnął się przed nią z nie ukrywanym strachem, jakby nie była jego matką, ale jego śmiercią. Jeśli nawet dostrzegła ten słaby ruch, nie dała tego po sobie poznać.
Była przystojną kobietą, ciemną, o delikatnych, regularnych rysach twarzy, nie naznaczonych bruzdami lat, choć musiała ich liczyć ponad czterdzieści. Cała jej postać wyrażała harmonię i spokój. Miała niski, przyjemny tembr głosu.
— Nie wiedziałam, że bawisz w Abbenay — powiedziała — ani gdzie się obracasz — a nawet czy w ogóle żyjesz. Przeglądałam w składnicy księgarskiej nowe wydawnictwa, szukając tytułów do biblioteki inżynierskiej, i natknęłam się na książkę autorstwa Sabula i Szeveka. O Sabulu, oczywiście, słyszałam. Ale kto to jest Szevek? Skąd ja znam to imię? Przez dobrą chwilę nie mogłam tego ustalić. Dziwne, prawda? Wreszcie sobie przypomniałam, ale nie wydawało mi się to sensowne. Ten Szevek, którego znałam, miałby dziś ledwie dwadzieścia lat, mało więc prawdopodobne, by mógł być współautorem — i to do spółki z Sabulem — traktatów z metakosmologii. Ale przecież każdy inny Szevek musiałby być jeszcze młodszy!… Poszłam się upewnić. Jakiś chłopiec w mieszkalni powiedział mi, że tu jesteś… W tej klinice jest rażąco mało personelu. Nie pojmuję, dlaczego syndycy nie domagają się od Federacji Medycznej zwiększenia przydziałów pracy albo nie ograniczą liczby przyjęć; niektórzy z tutejszych asystentów i lekarzy pracują po osiem godzin dziennie! Oczywiście, są wśród lekarzy tacy, którzy pragną poświęcać się. Niestety, nie sprzyja to najwyższej wydajności… Było mi dziwnie, kiedy cię tu zobaczyłam. Nigdy bym cię nie poznała. Czy ty i Palat utrzymujecie ze sobą kontakt?
Jakże on się miewa?
— Nie żyje.
— Ach.
W jej głosie nie było nawet pozoru wzruszenia czy żalu, jedynie coś w rodzaju ponurego przyzwyczajenia, jakaś posępna nuta. Szevekiem to wstrząsnęło, przez chwilę nie był w stanie dopatrzyć się w Rulag ludzkiej istoty.
— Jak dawno temu umarł?
— Przed ośmiu laty.
— Nie mógł mieć więcej niż trzydzieści pięć lat.
— Było trzęsienie ziemi w Równinnem. Mieszkaliśmy tam około pięciu lat, był inżynierem budowlanym wspólnoty. Wstrząs uszkodził ośrodek kształceniowy. Palat wraz z innymi próbował wydostać uwięzione tam dzieci. Przyszedł drugi wstrząs i wszystko runęło. Zginęły trzydzieści dwie osoby.
— A ty gdzie wtedy byłeś?
— Mniej więcej dziesięć dni przed trzęsieniem ziemi wyjechałem, żeby podjąć naukę w Instytucie Okręgowym.
Zamyśliła się, twarz miała wygładzoną i spokojną.
— Biedny Palat. To nawet do niego pasuje — umrzeć wśród innych, statystyka, jeden z trzydziestu dwóch…
— Statystyka byłaby wyższa, gdyby nie wszedł do tego budynku — zauważył.