Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Muzyka duszy [Soul Music - pl]
Muzyka duszy [Soul Music - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Muzyka duszy [Soul Music - pl]

Электронная книга - «Muzyka duszy [Soul Music - pl]». Краткое содержание книги:

Inne dzieci dostawały w prezencie cymbałki. Susan musiała tylko prosić dziadka, żeby zdjął kamizelkę…

Tak. Ma Śmierć w rodzinie.
Trudno jest normalnie dorastać, kiedy dziadek jeździ na białym koniu i dzierży kosę — zwłaszcza gdy trzeba przejąć rodzinny interes, a jedyny pomocnik mówi tylko po szczurzemu.
A już szczególnie wtedy, kiedy ma się do czynienia z nową, uzależniającą muzyką, która pojawiła się w Świecie Dysku.
Jest bezprawna. I zmienia ludzi.
Nazywana jest „Muzyką z wykrokiem”.
Ma rytm i można przy niej tańczyć, ale…
Jest… żywa.
I nie chce ucichnąć.
1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 79
Перейти на страницу:

— To smalec. Stąd ten zapach bekonu — domyślił się wykładowca.

— To prawda. A skąd ten kwiatowy aromat?

— Mrumrumrumrumrumrulawendamrumru — odparł posępnie dziekan.

— Słucham, dziekanie?

— Powiedziałem, że to z powodu olejku lawendowego, który dodałem — oświadczył dziekan bardzo głośno. — I niektórzy z nas uważają, że to znakomita fryzura, do usług. Kłopot z panem, nadrektorze, polega na tym, że nie rozumie pan ludzi w naszym wieku.

— Znaczy… znaczy o siedem miesięcy starszych ode mnie? Tym razem dziekan się zawahał.

— Goja mówiłem? — spytał.

— Czy brałeś pigułki z suszonej żaby, drogi kolego? — upewnił się Ridcully.

— Oczywiście, że nie. One są dla psychicznie niezrównoważonych!

— Aha. No to znamy powód.

Kurtyna poszła w górę, a raczej została szarpnięciem odsunięta na bok.

Grupa z Wykrokiem stała na scenie, mrugając w jasnym blasku pochodni.

Nikt nie klaskał. Z drugiej strony jednak nikt niczym nie rzucał. Według standardów Bębna było to wyjątkowo serdeczne przyjęcie.

Ridcully zobaczył wysokiego kędzierzawego chłopaka ściskającego coś, co przypominało niedożywioną gitarę, a może banjo, którego używano w bitwie. Obok niego stał krasnolud z rogiem bojowym. Z tyłu siedział troll z młotkami w łapach, a przed nim leżały kamienie. A z boku stał bibliotekarz przed… Ridcully wychylił się… chyba przed szkieletem fortepianu ustawionym na paru antałkach po piwie.

Chłopak wydawał się sparaliżowany wpatrzonymi w niego oczami.

— Witajcie… — powiedział. — Ehm… Witaj, Ankh-Morpork! Ta konwersacja najwyraźniej go wyczerpała, więc zaczął grać. Był to prosty krótki rytm, na jaki można by nie zwrócić uwagi, gdyby człowiek usłyszał go na ulicy. Po nim nastąpiła sekwencja mocnych akordów, a jeszcze potem Ridcully uświadomił sobie, że sekwencja mocnych akordów wcale nie nastąpiła po nim, bo rytm był tam przez cały czas. Żadna gitara nie jest do tego zdolna.

Krasnolud wydobył z rogu serię nut. Troll podjął rytm. Bibliotekarz opuścił obie ręce na klawiaturę fortepianu, najwyraźniej całkiem losowo.

Ridcully nigdy jeszcze nie słyszał takiego zgiełku.

A potem… potem… to już wcale nie był zgiełk.

Przypominało mu to bzdury o białym świetle, które powtarzali młodzi magowie z budynku Magii Wysokich Energii. Twierdzili, że wszystkie kolory zmieszane razem dają biały, co zdaniem Ridcully’ego było piekielnym nonsensem, bo przecież każdy wie, że jeśli zmiesza się wszystkie farby, jakie wpadną w ręce, otrzyma się coś w rodzaju zielonobrązowej mazi, która z całą pewnością nie jest ani trochę biała. Ale teraz miał niejasne pojęcie, o co im chodzi.

Cały ten zgiełk, ta mieszanina muzyki nagle połączyła się jakoś i wewnątrz niej powstała nowa muzyka.

Fryzura dziekana się trzęsła.

Cały tłum falował.

Ridcully uświadomił sobie, że wybija stopą rytm. Przycisnął ją do podłogi drugą stopą.

Patrzył, jak troll podtrzymuje rytm, waląc młotkami w kamienie, aż drżały ściany. Palce bibliotekarza przebiegły po klawiszach. Potem wyczyn powtórzyły palce jego stóp. A przez cały czas gitara krzyczała, jęczała i śpiewała melodię.

Magowie podskakiwali na krzesłach i przebierali palcami w powietrzu.

Ridcully nachylił się do kwestora i wrzasnął.

— Co?! — zawołał kwestor.

— Powiedziałem, że wszyscy tu powariowali oprócz ciebie i mnie!

— Co?!

— To ta muzyka!

— Tak! Świetna! — Kwestor zamachał uniesionymi w górę chudymi rękami.

— I nie jestem taki pewny co do ciebie!

Ridcully usiadł znowu i sięgnął po thaumometr. Wibrował szaleńczo, co wcale nie pomagało. Przyrząd nie mógł się chyba zdecydować, czy jest tu magia, czy nie.

Szturchnął mocno kwestora.

— To nie jest magia! To coś innego!

— Ma pan całkowitą rację!

Ridcully miał wrażenie, że nagle zaczął mówić w niewłaściwym języku.

— Chodzi mi o to, że jest jej za wiele!

— Tak!

Ridcully westchnął.

— Chyba pora już na pigułkę z suszonej żaby.

Z maltretowanego fortepianu wydobywał się dym. Dłonie bibliotekarza spacerowały po klawiszach niczym Casanunda w żeńskim klasztorze.

Ridcully rozejrzał się. Czuł się całkiem osamotniony.

Był jeszcze ktoś, kogo nie opętała muzyka. Satchmon wstał nagle, a wraz z nim dwaj jego asystenci. Wyjęli jakieś nabijane pałki.

Ridcully znał prawa gildii. Oczywiście, muszą być przestrzegane. Bez nich miasto nie mogłoby funkcjonować. A to, co słyszał, z pewnością nie było licencjonowaną muzyką… Jeśli w ogóle istniała nielicencjonowana muzyka, to właśnie była ta. Mimo to… Podwinął rękaw i przygotował szybko ognistą kulę — na wszelki wypadek.

Jeden z mężczyzn upuścił pałkę i chwycił się za stopę. Drugi odwrócił się w miejscu, jakby coś palnęło go w ucho. Kapelusz Satchmona zgiął się niczym od ciosu w głowę.

Ridcully, czując, jak straszliwie łzawi mu oko, miał wrażenie, że dostrzega tę dziewczynę od Zębuszek uderzającą Satchmona w głowę drzewcem kosy.

Był całkiem inteligentnym człowiekiem, czasami miał tylko kłopoty z przekierowaniem ciągu swych myśli na nowe tory. Kosa jakoś mu nie pasowała, przecież trawa nie ma zębów. A potem ognista kula oparzyła mu palce i wtedy — kiedy ssał je gorączkowo — uświadomił sobie, że w muzyce jest coś jeszcze. Coś dodatkowego.

— No nie — szepnął. Ognista kula spłynęła na podłogę i podpaliła but kwestora. — To żyje!

Chwycił kufel, pospiesznie dopił zawartość i z trzaskiem postawił na stole dnem do góry.

* * *

Księżyc lśnił nad klatchiańską pustynią w pobliżu kropkowanej linii. Obie strony otrzymywały dokładnie tyle samo księżycowego blasku, choć umysły, takie jak pana Clete’a, ubolewały nad tym stanem rzeczy.

Sierżant przechadzał się po ubitym piasku placu musztry. Zatrzymał się, usiadł i wyjął cygaro. Potem schylił się i potarł zapałkę o coś sterczącego z piasku, co powiedziało: DOBRY WIECZÓR.

— Przypuszczam, że macie już dosyć, żołnierzu? — upewnił się sierżant.

CZEGO DOSYĆ, SIERŻANCIE?

— Dwa dni w piasku, bez pożywienia i wody… Sądzę, że jesteście obłąkani z pragnienia i błagacie, żeby was wykopać?

TAK. TO RZECZYWIŚCIE WYJĄTKOWO NUDNE. — Nudne?

OBAWIAM SIĘ, ŻE TAK.

— Nudne? To nie ma być nudne! To Dziura! Powinna być straszliwą torturą fizyczną i psychiczną! Po jednym dniu powinieneś już być… — Sierżant zerknął dyskretnie na słowa zapisane na przegubie. — Powinieneś być bełkoczącym szaleńcem! Obserwuję cię przez cały dzień! Nawet nie jęknąłeś! Nie mogę tak siedzieć w swoim… tym czymś, w czym się siedzi, są tam papiery i różne takie…

GABINET.

— …i pracować, kiedy widzę cię na placu! Nie zniosę tego! Beau Nierób spojrzał w górę. Uznał, że winien jest sierżantowi jakiś przyjazny gest.

RATUNKU, RATUNKU. POMOCY, POMOCY, powiedział.

Sierżant odetchnął z ulgą.

TO POMAGA LUDZIOM ZAPOMNIEĆ, PRAWDA?

— Zapomnieć? Ludzie zapominają o wszystkim, kiedy trafiają do… no…

DO DZIURY.

— Właśnie tam!

AHA. CZY MOGĘ ZADAĆ JEDNO PYTANIE?

— Jakie?

ZGODZI SIĘ PAN, ŻEBYM POSIEDZIAŁ TU JESZCZE JEDEN DZIEŃ?

1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 79
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)