Muzyka duszy [Soul Music - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-036-7
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Muzyka duszy [Soul Music - pl]». Краткое содержание книги:
Tak. Ma Śmierć w rodzinie.
Trudno jest normalnie dorastać, kiedy dziadek jeździ na białym koniu i dzierży kosę — zwłaszcza gdy trzeba przejąć rodzinny interes, a jedyny pomocnik mówi tylko po szczurzemu.
A już szczególnie wtedy, kiedy ma się do czynienia z nową, uzależniającą muzyką, która pojawiła się w Świecie Dysku.
Jest bezprawna. I zmienia ludzi.
Nazywana jest „Muzyką z wykrokiem”.
Ma rytm i można przy niej tańczyć, ale…
Jest… żywa.
I nie chce ucichnąć.
Wrócił Buog. Zatarł ręce.
— No, sprawa załatwiona — rzekł. — Uff.
— Ile? — spytał Klif.
— Sześć dolarów! — odparł z dumą krasnolud. Przez chwilę trwała cisza.
— Przepraszam — odezwał się wreszcie Buddy — ale czekalliśmy na „naście”.
— Musiałem być twardy — wyjaśnił Buog. — W pewnym momencie zszedł już do dwóch dolarów.
Niektóre religie twierdzą, że wszechświat rozpoczął się od słowa, pieśni, tańca, fragmentu muzyki. Nasłuchujący Mnisi z Ramtopów ćwiczą swój słuch, aż potrafią na ucho określić wysokość karty do gry. Za swe zadanie uważają wsłuchiwanie się w subtelne odgłosy wszechświata, by na podstawie skamieniałych ech ustalić te pierwsze dźwięki.
Z całą pewnością, jak twierdzą, na samym początku wszystkiego rozległ się bardzo dziwny dźwięk.
Ci o najostrzejszym słuchu (ci, którzy najwięcej wygrywają w karty), którzy słuchają ech zamrożonych w amonitach i bursztynie, przysięgają, że wykryli jeszcze wcześniej jakiś cichy głos.
Podobno brzmi, jakby ktoś liczył: raz, dwa, trzy, cztery…
Najlepszy z nich, który wsłuchiwał się w bazalt, mówił, że ma wrażenie, jakby rozróżniał bardzo niewyraźnie pewne liczby, które padły jeszcze wcześniej. Zapytany, jakie to liczby, odpowiedział: „Brzmiały jak: raz, dwa”.
Nikt nie zapytał, co się stało potem z tym dźwiękiem — jeśli istotnie był taki — który przywołał wszechświat do istnienia. To mitologia. W mitologii nie należy stawiać takich pytań.
Z drugiej strony Ridcully wierzył, że wszystko zaistniało przypadkiem albo też, w szczególnej sytuacji dziekana, ze złośliwości.
Starsi magowie zwykle nie pijali Pod Załatanym Bębnem, chyba że po pracy. Zdawali sobie sprawę, że dzisiaj znaleźli się tutaj w pewnym nieokreślonym, ale służbowym celu. Siedzieli więc dość sztywno przed swoimi drinkami.
Otaczał ich pierścień pustych stołków, ale niezbyt szeroki, gdyż Bęben był wyjątkowo zatłoczony.
— Dużo tu atmosfery. — Ridcully rozejrzał się po sali. — Widzę, że znowu dają prawdziwe ale. Wezmę kufel Prawdziwego Dziwnego Turbota.
Magowie przyglądali się, jak osusza kufel. Piwo W Ankh-Morpork ma szczególny smak, co pewnie wynika z jego związku z wodą. Niektórzy twierdzą, że przypomina bulion. Mylą się — bulion jest zimniejszy.
Ridcully mlasnął z satysfakcją.
— My w Ankh-Morpork wiemy, z czego się robi piwo — stwierdził. Magowie pokiwali głowami — rzeczywiście wiedzieli. Dlatego pili gin z tonikiem.
Ridcully spojrzał wokół siebie. Zwykle o tej porze trwała tu już jakaś bójka albo przynajmniej dyskretne dźganie nożem. W tej chwili słyszał tylko gwar rozmów, a wszyscy patrzyli na niewielką scenę na końcu sali, gdzie nie działo się nic szczególnego. Scenę zasłaniała teoretycznie kurtyna, w rzeczywistości stare prześcieradło; dobiegały zza niego stuki i dudnienia.
Magowie siedzieli blisko sceny — magom zwykle jakoś dostają się dobre miejsca. Ridcully miał wrażenie, że słyszy szepty i widzi cienie za prześcieradłem.
— Pytał, jak się nazywamy.
— Klif, Buddy, Buog i bibliotekarz. Myślałem, że o tym wie.
— Nie, powinniśmy mieć jedno imię dla nas wszystkich.
— A co, brakuje ich?
— Może coś w rodzaju Wesołych Trubadurów…
— Uuk!
— Buog i Buoginki?
— Tak? A czemu nie Klif i Klifetki?
— Uuk uk Uuk-uk?
— Nie, potrzebna nam inna nazwa. Taka, co pasuje do muzyki.
— A może Złoto? Dobra krasnoludzia nazwa.
— Nie, coś innego.
— No to Srebro.
— Uuk!
— Nie sądzę, Buog, żeby metali nadawał się dlla nas na nazwę. Nie jesteśmy grupą metallową.
— A czemu to takie ważne? Jesteśmy zwykłą grupą ludzi, którzy grają muzykę.
— Nazwy są ważne.
— Gitara jest wyjątkowa. Może Grupa z Gitarą Buddy’ego?
— Uuk.
— Coś krótszego.
— Eee…
Wszechświat wstrzymał oddech. — Grupa z Wykopem?
— Podoba mi się. Przypomina kopalnię. Nazwa w sam raz dla krasnoluda.
— Uuk!
— Może raczej z Wykrokiem? Llepiej brzmi.
— Powinniśmy też wymyślić jakąś nazwę dla muzyki.
— Na pewno prędzej czy później coś przyjdzie nam do głowy. Ridcully zajrzał za bar.
Po drugiej stronie sali siedział Gardło Sobie Podrzynam Dib-bler, najbardziej spektakularnie pechowy biznesmen w Ankh-Morpork. Próbował sprzedać komuś straszną kiełbaskę w bułce — pewny znak, że jego ostatnie absolutnie pewne przedsięwzięcie legło w gruzach. Dibbler sprzedawał swoje gorące kiełbaski tylko wtedy, gdy zawiodło wszystko inne[17].
Pomachał Ridcully’emu — całkiem za darmo. Przy sąsiednim stoliku siedział Satchmon Lemon, jeden z urzędników rekrutacyjnych Gildii Muzykantów, z dwójką asystentów, których wiedza o muzyce ograniczała się chyba do tego, ile solówek perkusyjnych może wytrzymać ludzka czaszka. Wyraz jego twarzy sugerował, że nie przyszedł tu dla zdrowia. Fakt, że przedstawiciele gildii mają groźne miny, sugerował zwykle, że przybyli z powodu cudzego zdrowia, na ogół po to, by je odebrać.
Ridcully poczuł, że poprawia mu się nastrój. Może wieczór okaże się jednak ciekawszy, niż przypuszczał.
Pod sceną stał jeszcze jeden stolik. Ridcully prawie go nie zauważył, jednak po chwili mimowolnie wrócił do niego spojrzeniem. Przy stoliku siedziała młoda dziewczyna, całkiem sama. Oczywiście, nie było nic niezwykłego w obecności młodych dziewcząt w Bębnie. Nawet młodych dziewcząt bez towarzystwa. Zwykle zjawiały się po to, by ów stan zmienić.
Dziwne było to, że choć ludzie siedzieli ciasno stłoczeni na ławach, ona miała wokół siebie wolną przestrzeń. Była zresztą dość atrakcyjna, choć chuda, uznał Ridcully. Jak się nazvwa taki chłopięcy styl? Ochłapczyca czy jakoś tak. Miała na sobie czarną koronkową suknię z rodzaju tych, które noszą zdrowe młode kobiety chcące wyglądać na suchotniczki. Na ramieniu siedział jej kruk. Odwróciła głowę, zauważyła Ridcully’ego i zniknęła. Mniej więcej.
Był w końcu magiem. Poczuł, że oczy mu łzawią, gdy zamigotała, pojawiając się i znikając z pola widzenia.
Hm… no cóż, słyszał, że dziewczęta Zębuszek są w mieście. Pewnie też czasem mają wolny dzień, jak wszyscy.
Kątem oka dostrzegł jakiś ruch na blacie i spuścił wzrok. Śmierć Szczurów przebiegł z miseczką fistaszków.
Wrócił spojrzeniem do swoich magów. Dziekan wciąż miał na głowie swój spiczasty kapelusz. Twarz połyskiwała mu dziwnie.
— Chyba ci gorąco, dziekanie…
— Ależ skąd. Jest mi chłodno i przyjemnie, nadrektorze. Zapewniam — odparł dziekan. Coś gęstego spłynęło mu po policzku.
Wykładowca run współczesnych podejrzliwie pociągnął nosem.
— Czy ktoś tu smaży bekon? — zapytał.
— Zdejmij kapelusz, dziekanie. Zaraz poczujesz się lepiej.
— Jak dla mnie, pachnie to raczej jak w Domu Negocjowalnego Afektu pani Palm — stwierdził pierwszy prymus. Popatrzyli na niego zdziwieni.
— Kiedyś przechodziłem obok. Przypadkiem — wyjaśnił szybko.
— Wykładowco, proszę zdjąć dziekanowi kapelusz, jeśli sam nie może — polecił Ridcully.
— Zapewniam, nadrektorze…
Kapelusz został zdjęty. Coś długiego, tłustego i niemal tego samego kształtu przechyliło się do przodu.
— Dziekanie… — wykrztusił w końcu Ridcully. — Co zrobiłeś z włosami? Wyglądają jak szpic z przodu, a z tyłu jak kaczy kuper, wybaczcie mój klatchiański. I strasznie się błyszczą.
17
Nie chodziło o smak. Wiele hot dogów paskudnie smakuje. Dibblerowi udało się wyprodukować kiełbaskę bez żadnego smaku. Nieważne, ile by dodawać musztardy, keczupu i marynat — wciąż nie miały ani śladu smaku. Nawet midnight dogs, sprzedawane pijakom w Helsinkach, nie doszły do tego poziomu.