Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]
Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]

Электронная книга - «Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]». Краткое содержание книги:

„Milion nowych dni” to powieść, której akcja rozgrywa się dwa wieki później, i w której pewien wierny małżonek zostaje uwikłany w biologiczny eksperyment związany z konsekwencjami nieśmiertelności. Powieść ciekawie napisana, niemal sensacyjna, ale wartka akcja to nie jest jej jedyny walor. Ciekawe jest również tło, w którym rzecz się dzieje. Autor wykazuje się wieloma nowymi, świeżymi pomysłami na temat, jak może wyglądać codzienne życie za dwieście lat. Taki np. klucz hotelowy wysyłający impulsy działające na fluoryzujące pod ich wpływem strzałki na ścianach korytarzy, i w ten sposób wskazujące drogę do własnego pokoju, mógłby być stosowany już dziś.
1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 41
Перейти на страницу:

— Czy ja wiem — bąknął Carewe. Przyglądając się szczerze zatroskanej twarzy Barenboima znów odniósł przelotne wrażenie, że nim manipuluje, musiał jednak uznać słuszność jego argumentów. — Czy ten twój człowiek jest na pewno najlepszy?

— Najlepszy z najlepszych. Zaraz do niego zadzwonię.

— W tym pokoju nie ma końcówki wideofonu — powiedział Pleeth, odzywając się po raz pierwszy od początku rozmowy. — Możesz skorzystać z aparatu w dużym salonie. Proszę tędy.

— Oto i grzech tradycyjnej architektury: nic dla wygody, wszystko dla efektu — westchnął Barenboim. — Nalej sobie jeszcze, Willy, a my pójdziemy zadzwonić. Jestem pewien, że gospodarz nie będzie miał nic przeciwko temu. Prawda, Manny?

— Czujcie się jak u siebie w domu.

Pleeth spojrzał zaczerwienionymi oczami na Carewe’a i napiął jeszcze silniej cienki łuk ust, święcąc w duchu sekretne triumfy.

Po wyjściu ich dwóch z pokoju Carewe dolał sobie whisky i sącząc ten rozgrzewający słodowy trunek, podszedł do stołu, przyglądając się globusowi. Mały, mniej więcej wielkości pomarańczy, mieścił się w skomplikowanej obudowie z zawieszeniem kardanowym, zwieńczonej układem soczewek, a kontynenty rozmieszczono na nim całkiem na opak. Przyjrzał się uważniej i spostrzegł, że wszystko jest odwrócone, jak w lustrze. Powierzchnia globusa była upstrzona tysiącami nazw geograficznych, z których żadna nie dawała się odczytać gołym okiem. Przypatrując się dokładniej podstawce, Carewe odkrył na niej dwa rzędy przycisków objaśnione napisami „Długość geograficzna” i „Szerokość geograficzna”. Nie mogąc wyjść z podziwu nad pomysłowością i precyzją urządzenia, nacisnął większy od pozostałych czerwony guzik. Globus zakręcił się, ustawiając zgodnie z zaprogramowanymi współrzędnymi, a w soczewkach rozbłysło światło.

Spoglądając na fragment globusa wyświetlony w postaci przeźrocza na suficie, łyknął ze szklaneczki i raptem alkohol utracił cały smak, bo na samym środku świetlistej mapy spostrzegł afrykańską miejscowość Nouvelle Anvers. A więc Barenboim i Pleeth z jakiegoś na razie im tylko wiadomego powodu studiowali akurat ten niewielki skrawek kontynentu, na którym on o mały włos nie postradał życia.

Zgasił rzutnik i usiadł z powrotem na fotelu, chcąc za wszelką cenę wyglądać swobodnie, kiedy jego pracodawcy wrócą do pokoju.

Rozdział dwunasty

Po raz pierwszy w życiu znalazłszy się oko w oko z prywatnym detektywem, Carewe przyglądał się Teodorowi Gwynne’owi z zainteresowaniem. Ten niski, energiczny mężczyzna o czujnym spojrzeniu, wyglądający, jakby ostudził się około pięćdziesiątki, obdarzony był umysłem, który zdawał się pracować w przyśpieszonym tempie — pędził jak opętany, po to tylko, by puentować żartem wszystko, co się mówiło. W oczach Carewe’a Gwynne rzucał się na każdą choćby najbanalniejszą uwagę, jak terier na zdobycz i targał ją tak długo, dopóki z niej nie wyszarpał jakiegoś aforystycznego strzępa. Każda krótka wymiana zdań z udziałem czterech panów zgromadzonych w bibliotece Pleetha kończyła się jakimś epigramem, który Gwynne wypowiadał ściszonym głosem, odsłaniając przy tym w uśmiechu garnitur śnieżnobiałych zębów. Początkowo Carewe miał wątpliwości co do jego kompetencji, zauważył jednak, że Barenboim zwraca się do Gwynne’a z niejakim szacunkiem i przysłuchuje się uważnie każdemu słowu detektywa.

— Wygląda więc na to, Teodorze, że powierzamy ci naraz dwa zadania — powiedział w zamyśleniu Barenboim, składając pulchne ręce jak do modlitwy.

— Dwa zadania, ale spadłbyś z krzesła, gdybym zażądał podwójnego honorarium — odparł Gwynne, błyskając zębami w przelotnym uśmiechu. — Przepraszam cię, mów dalej.

Barenboim uśmiechnął się wyrozumiale.

— Prosimy cię o odnalezienie żony Willy’ego — rzekł. — Poza tym jest jeszcze jego osobista sprawa. Otóż Willy jest przekonany, że ktoś chciał go zamordować.

— O, to fatalnie — powiedział Gwynne, spoglądając ze współczuciem na Carewe’a. — Tylko jedno jest gorsze od nieudanego zamachu na nasze życie: zamach udany.

Nauczony doświadczeniem Carewe skinął głową. Już wcześniej zwrócił uwagę na sposób, w jaki Barenboim okazał brak wiary w autentyczność śmiertelnego niebezpieczeństwa wiszącego nad jego głową. Cząstką swojego jestestwa odczuwał rozdrażnienie, że nie może przekonać nikogo, iż jest celem ataków mordercy; ale ogień na kominku tak miło grzał go w nogi, a szkocka tak miło grzała mu żołądek, że przeniknęła go rozkoszna błogość, zmieniając ogarniające go znużenie w zmysłową przyjemność.

— Nie widzę trudności — rzekł sennie. — Chciałbym współpracować z Teodorem, kiedy będzie szukał mojej żony. Domyślam się, że jednocześnie zatroszczy się o to, żebym ja był zdrów i cały.

— Domyślam się, że jako doktor Gwynne — wtrącił Gwynne zacierając ręce. — Wobec tego będę mógł zażądać dodatkowo honorarium za opiekę lekarską.

— A propos, Willy. Jesteś przecież jeszcze rekonwalescentem — powiedział Barenboim. — Byłeś już u lekarza?

— Jeszcze nie. Przyzwyczaiłem się do funkcjonowania na pół pary.

— Nie znam się na tym, ale brzmi to groźnie. Przyślę ci naszego lekarza zakładowego.

— Nie rób sobie kłopotu — odparł Carewe, w którym odżyła gwałtownie świeżo nabyta niechęć do szpitali. — Rano wybiorę się do swojego lekarza.

— Dobrze. Każ mu przesłać rachunek. do Farmy.

— Dziękuję. — Carewe przyłapał się na tym, że o mało me zasnął. — Powinienem chyba iść do domu.

— Nie ma potrzeby — odezwał się ze zdumiewającą żarliwością Pleeth, który cały czas siedział sztywno w nietypowym dla siebie bezruchu na niewidzialnym wiktoriańskim krześle, bawiąc się złotym wisiorkiem w kształcie cygara. — Proponuję nocleg u mnie, serdecznie zapraszam.

Carewe potrząsnął przecząco głową.

— Wolałbym jednak wrócić do siebie — odparł. — Tam najprędzej spodziewałaby się mnie znaleźć Atena.

Wstał i upewniwszy się, że Gwynne zna jego domowy numer, wyszedł i wsiadł do bolidu. Kiedy dojechał do domu, nogi uginały się pod nim przy każdym kroku i ledwo się położył, zasnął.

Obudził się rano i od razu jego obawy o bezpieczeństwo Ateny, które wieczorem tak łatwo dały się rozproszyć argumentami Barenboima, powróciły ze zdwojoną siłą. Z rozumowania prezesa wynikało, że nikt nie ma powodu krzywdzić Ateny, jednakże rozumując podobnie, nikt również nie miał powodu krzywdzić jego. A przecież czterokrotnie w ciągu jednej doby otarł się o śmierć. Chociaż nie czuł głodu, zrobił sobie lekkie śniadanie, składające się z jajek i soku z owoców cytrusowych, a potem podszedł do wideofonu i połączył się z doktorem Westi. Umówił się z nim na dziesiątą, a wolny czas wykorzystał na depilację zarostu na twarzy i znalezienie czystego ubrania.

Gabinet doktora Westi mieścił się na ósmym piętrze siedziby sztuk medycznych w Three Springs. Carewe zjawił się tam nieco za wcześnie, ale cybernetyczna sekretarka nie kazała mu czekać i wpuściła go od razu do środka. Wyglądający na naukowca Westi, który ostudził się dopiero po sześćdziesiątce, wskazał mu krzesło.

— Dzień dobry, Will — przywitał go serdecznie. — Co to, masz kłopoty z przystosowaniem się?

— Jak to?

— Z twojej kompkarty wynika, że oboje z Ateną zostaliście niedawno zarejestrowani w ministerstwie zdrowia jako nieśmiertelni. Pomyślałem, że może…

1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 41
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)