Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]
- Автор: Шоу Боб
- Год: 1987
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Malgorzata Grabowska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]». Краткое содержание книги:
— Czy ja wiem — bąknął Carewe. Przyglądając się szczerze zatroskanej twarzy Barenboima znów odniósł przelotne wrażenie, że nim manipuluje, musiał jednak uznać słuszność jego argumentów. — Czy ten twój człowiek jest na pewno najlepszy?
— Najlepszy z najlepszych. Zaraz do niego zadzwonię.
— W tym pokoju nie ma końcówki wideofonu — powiedział Pleeth, odzywając się po raz pierwszy od początku rozmowy. — Możesz skorzystać z aparatu w dużym salonie. Proszę tędy.
— Oto i grzech tradycyjnej architektury: nic dla wygody, wszystko dla efektu — westchnął Barenboim. — Nalej sobie jeszcze, Willy, a my pójdziemy zadzwonić. Jestem pewien, że gospodarz nie będzie miał nic przeciwko temu. Prawda, Manny?
— Czujcie się jak u siebie w domu.
Pleeth spojrzał zaczerwienionymi oczami na Carewe’a i napiął jeszcze silniej cienki łuk ust, święcąc w duchu sekretne triumfy.
Po wyjściu ich dwóch z pokoju Carewe dolał sobie whisky i sącząc ten rozgrzewający słodowy trunek, podszedł do stołu, przyglądając się globusowi. Mały, mniej więcej wielkości pomarańczy, mieścił się w skomplikowanej obudowie z zawieszeniem kardanowym, zwieńczonej układem soczewek, a kontynenty rozmieszczono na nim całkiem na opak. Przyjrzał się uważniej i spostrzegł, że wszystko jest odwrócone, jak w lustrze. Powierzchnia globusa była upstrzona tysiącami nazw geograficznych, z których żadna nie dawała się odczytać gołym okiem. Przypatrując się dokładniej podstawce, Carewe odkrył na niej dwa rzędy przycisków objaśnione napisami „Długość geograficzna” i „Szerokość geograficzna”. Nie mogąc wyjść z podziwu nad pomysłowością i precyzją urządzenia, nacisnął większy od pozostałych czerwony guzik. Globus zakręcił się, ustawiając zgodnie z zaprogramowanymi współrzędnymi, a w soczewkach rozbłysło światło.
Spoglądając na fragment globusa wyświetlony w postaci przeźrocza na suficie, łyknął ze szklaneczki i raptem alkohol utracił cały smak, bo na samym środku świetlistej mapy spostrzegł afrykańską miejscowość Nouvelle Anvers. A więc Barenboim i Pleeth z jakiegoś na razie im tylko wiadomego powodu studiowali akurat ten niewielki skrawek kontynentu, na którym on o mały włos nie postradał życia.
Zgasił rzutnik i usiadł z powrotem na fotelu, chcąc za wszelką cenę wyglądać swobodnie, kiedy jego pracodawcy wrócą do pokoju.
Rozdział dwunasty
Po raz pierwszy w życiu znalazłszy się oko w oko z prywatnym detektywem, Carewe przyglądał się Teodorowi Gwynne’owi z zainteresowaniem. Ten niski, energiczny mężczyzna o czujnym spojrzeniu, wyglądający, jakby ostudził się około pięćdziesiątki, obdarzony był umysłem, który zdawał się pracować w przyśpieszonym tempie — pędził jak opętany, po to tylko, by puentować żartem wszystko, co się mówiło. W oczach Carewe’a Gwynne rzucał się na każdą choćby najbanalniejszą uwagę, jak terier na zdobycz i targał ją tak długo, dopóki z niej nie wyszarpał jakiegoś aforystycznego strzępa. Każda krótka wymiana zdań z udziałem czterech panów zgromadzonych w bibliotece Pleetha kończyła się jakimś epigramem, który Gwynne wypowiadał ściszonym głosem, odsłaniając przy tym w uśmiechu garnitur śnieżnobiałych zębów. Początkowo Carewe miał wątpliwości co do jego kompetencji, zauważył jednak, że Barenboim zwraca się do Gwynne’a z niejakim szacunkiem i przysłuchuje się uważnie każdemu słowu detektywa.
— Wygląda więc na to, Teodorze, że powierzamy ci naraz dwa zadania — powiedział w zamyśleniu Barenboim, składając pulchne ręce jak do modlitwy.
— Dwa zadania, ale spadłbyś z krzesła, gdybym zażądał podwójnego honorarium — odparł Gwynne, błyskając zębami w przelotnym uśmiechu. — Przepraszam cię, mów dalej.
Barenboim uśmiechnął się wyrozumiale.
— Prosimy cię o odnalezienie żony Willy’ego — rzekł. — Poza tym jest jeszcze jego osobista sprawa. Otóż Willy jest przekonany, że ktoś chciał go zamordować.
— O, to fatalnie — powiedział Gwynne, spoglądając ze współczuciem na Carewe’a. — Tylko jedno jest gorsze od nieudanego zamachu na nasze życie: zamach udany.
Nauczony doświadczeniem Carewe skinął głową. Już wcześniej zwrócił uwagę na sposób, w jaki Barenboim okazał brak wiary w autentyczność śmiertelnego niebezpieczeństwa wiszącego nad jego głową. Cząstką swojego jestestwa odczuwał rozdrażnienie, że nie może przekonać nikogo, iż jest celem ataków mordercy; ale ogień na kominku tak miło grzał go w nogi, a szkocka tak miło grzała mu żołądek, że przeniknęła go rozkoszna błogość, zmieniając ogarniające go znużenie w zmysłową przyjemność.
— Nie widzę trudności — rzekł sennie. — Chciałbym współpracować z Teodorem, kiedy będzie szukał mojej żony. Domyślam się, że jednocześnie zatroszczy się o to, żebym ja był zdrów i cały.
— Domyślam się, że jako doktor Gwynne — wtrącił Gwynne zacierając ręce. — Wobec tego będę mógł zażądać dodatkowo honorarium za opiekę lekarską.
— A propos, Willy. Jesteś przecież jeszcze rekonwalescentem — powiedział Barenboim. — Byłeś już u lekarza?
— Jeszcze nie. Przyzwyczaiłem się do funkcjonowania na pół pary.
— Nie znam się na tym, ale brzmi to groźnie. Przyślę ci naszego lekarza zakładowego.
— Nie rób sobie kłopotu — odparł Carewe, w którym odżyła gwałtownie świeżo nabyta niechęć do szpitali. — Rano wybiorę się do swojego lekarza.
— Dobrze. Każ mu przesłać rachunek. do Farmy.
— Dziękuję. — Carewe przyłapał się na tym, że o mało me zasnął. — Powinienem chyba iść do domu.
— Nie ma potrzeby — odezwał się ze zdumiewającą żarliwością Pleeth, który cały czas siedział sztywno w nietypowym dla siebie bezruchu na niewidzialnym wiktoriańskim krześle, bawiąc się złotym wisiorkiem w kształcie cygara. — Proponuję nocleg u mnie, serdecznie zapraszam.
Carewe potrząsnął przecząco głową.
— Wolałbym jednak wrócić do siebie — odparł. — Tam najprędzej spodziewałaby się mnie znaleźć Atena.
Wstał i upewniwszy się, że Gwynne zna jego domowy numer, wyszedł i wsiadł do bolidu. Kiedy dojechał do domu, nogi uginały się pod nim przy każdym kroku i ledwo się położył, zasnął.
Obudził się rano i od razu jego obawy o bezpieczeństwo Ateny, które wieczorem tak łatwo dały się rozproszyć argumentami Barenboima, powróciły ze zdwojoną siłą. Z rozumowania prezesa wynikało, że nikt nie ma powodu krzywdzić Ateny, jednakże rozumując podobnie, nikt również nie miał powodu krzywdzić jego. A przecież czterokrotnie w ciągu jednej doby otarł się o śmierć. Chociaż nie czuł głodu, zrobił sobie lekkie śniadanie, składające się z jajek i soku z owoców cytrusowych, a potem podszedł do wideofonu i połączył się z doktorem Westi. Umówił się z nim na dziesiątą, a wolny czas wykorzystał na depilację zarostu na twarzy i znalezienie czystego ubrania.
Gabinet doktora Westi mieścił się na ósmym piętrze siedziby sztuk medycznych w Three Springs. Carewe zjawił się tam nieco za wcześnie, ale cybernetyczna sekretarka nie kazała mu czekać i wpuściła go od razu do środka. Wyglądający na naukowca Westi, który ostudził się dopiero po sześćdziesiątce, wskazał mu krzesło.
— Dzień dobry, Will — przywitał go serdecznie. — Co to, masz kłopoty z przystosowaniem się?
— Jak to?
— Z twojej kompkarty wynika, że oboje z Ateną zostaliście niedawno zarejestrowani w ministerstwie zdrowia jako nieśmiertelni. Pomyślałem, że może…