Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Zdumiał się, nie własnymi myślami, bo nie było czasu na myślenie, ale tym, ile zdołał poczuć w tak krótkiej chwili, gdy z ostatnim skurczem serca krew przestała dopływać do mózgu. Sala przechyliła się na bok… ból nie do zniesienia… wściekłość i oburzenie… i bezbrzeżny żal, trwający tylko nieskończenie krótką chwilę, lecz nieskończenie głęboki. Zaraz, przecież nie zdążyłem…
ROZDZIAŁ SIÓDMY
Mark stał tak blisko, że huk eksplodującego pocisku pogrążył go w ciszy, atakując jego uszy i zagłuszając inne dźwięki. Wszystko stało się za szybko, by cokolwiek zrozumieć, za szybko, by zamknąć oczy i nie dopuścić do siebie tego widoku. Mały człowiek, który wcześniej wrzeszczał i poganiał ich naprzód, poleciał do tyłu jak szara szmata, z rozpostartymi ramionami i wykrzywioną twarzą. Krew trysnęła łukiem na Marka z parzącą siłą, zmieszana z kawałkami tkanek. Quinn miała skąpany w jasnej czerwieni cały lewy bok.
A więc nie jesteś ideałem, brzmiała pierwsza absurdalna myśl, jaka przyszła mu do głowy. Wstrząsnęła nim ta nieoczekiwana bezbronność. Nie sądziłem, że może ci się stać coś złego. Niech cię szlag, nie sądziłem, że może…
Quinn krzyczała przeraźliwie, wszyscy odsunęli się od nich i tylko on stał jak sparaliżowany, sam w absolutnej ciszy. Miles leżał na betonie z rozpłataną piersią i otwartymi ustami, nieruchomy. Nie żyje. Nieraz widział już martwych ludzi, więc nie miał wątpliwości.
Quinn z szaleństwem w oczach otworzyła do Bharaputran ogień z łuku plazmowego, strzelając raz za razem, aż zaczęły spadać na nich niebezpiecznie gorące fragmenty sufitu. Jeden z Dendarian podbił jej dłoń trzymającą broń.
— Taura, bierz ich! — Quinn wolną ręką wskazała w górę.
Monstrualna sierżant strzeliła zakończoną hakiem liną, która owinęła się wokół dźwigara. Wspięła się po niej z niewiarygodną szybkością, jak szalony pająk. Mark prawie nie mógł jej śledzić, gdy skakała z nieludzką zwinnością z pomostu na pomost miedzy plamami światła i cienia, dopóki na beton nie zaczęli spadać ludzie Bharaputry ze skręconymi karkami. Nafaszerowane elektroniką pancerze nie stanowiły żadnej osłony przed szponiastymi łapami rozwścieczonej olbrzymki. Trzej ludzie spadli z impetem w strumieniu własnej krwi, z rozerwanymi gardłami; jeden z dendariańskich komandosów przebiegający przez salę omal nie zginął przygnieciony ciałem wroga. Nowoczesna sztuka wojenna nie była taka krwawa. Broń miała higienicznie i czysto ugotować nieprzyjaciela niczym jajko w skorupce.
Quinn nie zwracała na to uwagi, jak gdyby prawie jej nie obchodziły skutki własnego rozkazu. Uklękła przy Milesie, wyciągając drżące dłonie i zastygając w niezdecydowaniu. W końcu zdjęła mu hełm, potem rzuciła na podłogę własny i na szary kaptur nałożyła hełm Milesa. Zaczęła poruszać ustami, sprawdzając kanały i nawiązując kontakt z resztą. Widocznie hełm nie uległ żadnym uszkodzeniom. Wydawała rozkazy ludziom osłaniającym ich na zewnątrz, załodze desantowca i jeszcze komuś.
— Norwood, wracaj tutaj, wracaj tutaj. Tak, weź ze sobą. Natychmiast, nie ma chwili do stracenia, Norwood! — Odwróciła się na moment od Milesa, aby krzyknąć: — Taura, zabezpiecz budynek! — Sierżant przekazała z góry rozkazy uwijającym się ludziom.
Quinn wyciągnęła z pochwy na pasie nóż wibracyjny i zaczęła rozcinać Milesowi mundur polowy, zdejmując z niego pas i kombinezon z siatką ochronną i odsuwając na bok zakrwawione strzępy materiału. Uniosła wzrok, a Mark, podążając za jej spojrzeniem, ujrzał wracającego z lotopaletą sanitariusza, który ciągnął swój ciężar nad betonową podłogą. Lotopaletą neutralizowała działanie grawitacji, ale nie masę; siła inercji ciężkiej kriokomory nie pozwalała mu biec, przeszkadzała mu także, gdy zatrzymał się i postawił lotopaletę obok nieżyjącego dowódcy. Za sanitariuszem, jak kaczątka za matką, podążało pół tuzina klonów zbitych w ciasną gromadkę i oglądających w przerażeniu skutki krótkiej strzelaniny.
Sanitariusz patrzył to na Milesa, to na załadowaną lotopaletę.
— Komandor Quinn, to na nic. Nie zmieszczą się oboje.
— Co na nic. — Quinn dźwignęła się na nogi, a jej głos brzmiał szorstko. Zdawała się nie zauważać płynących jej po twarzy łez, które żłobiły różowe ślady na spryskanej krwią skórze. — Co na nic. — Spojrzała ze smutkiem na błyszczącą kriokomorę. — Wyrzuć ją.
— Quinn, nie mogę!
— Rozkazuję. Na moją odpowiedzialność.
— Quinn… — W głosie sanitariusza słychać było autentyczne cierpienie. — Czy on wydałby taki rozkaz?
— Właśnie stracił prawo głosu. No dobrze. — Wzięła głęboki oddech. — Ja to zrobię. Zabierz się do fazy wstępnej.
Zacisnąwszy zęby, przystąpił do wypełniania rozkazu. Otworzył drzwi na końcu komory i wysunął tacę ze sprzętem. Wszystkie instrumenty były w nieładzie, ponieważ już ich użyto, a potem spakowano w wielkim pośpiechu. Rozwinął z izolacji kilka zrolowanych sporych butelek.
Quinn nacisnęła zamek i otworzyła komorę. Wieko odskoczyło z hałasem i uniosło się. Sięgnęła do środka, rozpinając coś, czego Mark nie widział. I nie chciał widzieć. Syknęła, gdy od jej dłoni oderwała się zamrożona w jednej chwili skóra, ale Quinn sięgnęła ponownie. Ze stłumionym jękiem wydobyła z komory zielonkawe, posiniałe nagie ciało kobiety i złożyła na podłodze. Była to zmasakrowana Dendarianka, która osłaniała ich wcześniej z góry na motolocie, Phillipi. Patrol Thorne’a, nie zważając na ogień Bharaputran, odnalazł ją w końcu niedaleko strąconego pojazdu, jakieś dwa budynki od miejsca, w którym zgubiła hełm. Miała złamany kręgosłup, złamane kończyny; umierała wiele godzin, mimo heroicznego wysiłku sanitariusza Zielonych. Quinn uniosła głowę, spostrzegając wpatrzonego w nią Marka. W oczach miała pustkę.
— Nie masz nic do… zawiń ją. — Wskazała na Phillipi, a potem pospiesznie wróciła do Milesa, którym zajmował się klęczący przy nim sanitariusz Niebieskich.
Mark otrząsnął się wreszcie z paraliżu, podszedł do kriokomory i wśród instrumentów znalazł cienką folię termiczną. Bał się sinego ciała, ale bardziej przeraziła go Quinn, nie śmiał się więc jej sprzeciwić. Rozłożył srebrną folię i zawinął w nią zimną i martwą kobietę. Była sztywna i ciężka.
Kiedy się podniósł, usłyszał przyciszony głos sanitariusza, który zanurzał dłonie bez rękawiczek w krwawej jamie, stanowiącej niegdyś klatką piersiową Milesa Vorkosigana.
— Nie mogę znaleźć końca. Gdzie to się, do cholery, kończy? Przynajmniej aorta, cokolwiek…
— Skończyło się cztery minuty temu — warknęła Quinn, ponownie wydobyła nóż wibracyjny i przecięła gardło Milesa — zrobiła dwa dokładne nacięcia, nie naruszające jednak tchawicy. Wsunęła palce w powstałą ranę. Sanitariusz uniósł wzrok i rzekł:
— Upewnij się, że to tętnica, a nie żyła szyjna.
— Staram się. Nie są oznaczone kolorowym kodem. — Znalazła coś jasnego i gumowatego. Z izolowanego pojemnika wyciągnęła rurkę i wcisnęła jej plastikową końcówkę do domniemanej tętnicy. Włączyła zasilanie; zabzyczała mała pompa, wtłaczając szklisty zielonkawy kriopłyn do przezroczystej rurki. Quinn wyciągnęła z pojemnika drugą rurkę i wsunęła jej koniec z drugiej strony szyi Milesa. Z przeciętych naczyń zaczęła płynąć krew, zalewając jej ręce i chlapiąc wszystko dookoła; nie tryskała falami w rytmie skurczów serca, ale płynęła martwym, nieprzerwanym strumieniem. Rozlała się na podłodze w połyskującą kałużę, potem ruszyła cieniutką karminową strużką w dół jakiegoś zagłębienia posadzki. Zdumiewająca ilość krwi. Zbite w gromadkę klony płakały. Mark czuł bolesne pulsowanie w skroniach, od którego ciemniało mu w oczach.