Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
Infantylny murek złożony z szorstkich kamieni, wręcz zapraszających do wspinaczki, okazał się zaporą nie do przebycia. Drakkainen oparł się o niego bokiem, splatając dłonie, i ruchem głowy wskazał dziewczynie jej nogę. Zrozumiała, wsunęła stopę w utworzony z palców koszyczek, wybiła się z ziemi i oboje runęli w śnieg.
Pozbierał się i przez chwilę dyszał, wsunąwszy dłoń pod kaftan i masując mostek. Patrzyła na to z troską, lecz milczała.
Spróbowali jeszcze raz. Podrzucił dziewczynę na murek, przewiesiła się na jego szczycie, wreszcie znikła po tamtej stronie. Namacał odpowiednie kamienie, podskoczył, ale udało mu się dopiero za trzecim razem. Przerzucił ciało przez wierzch muru i spadł po drugiej stronie jak worek kartofli.
— Kiepsko ze mną — wychrypiał do dziewczyny po polsku. — Powiedz Cyfral... A zresztą nic jej nie mów. To i tak nie ma sensu.
Pomogła mu wstać. Ruszyli pod górę, kryjąc się za kamieniami, które zdążyły obrosnąć już zaspami uformowanymi w dziwaczne kształty, jak saharyjskie wydmy.
Kamienna strażnica trwała wśród zamieci cicha i nieruchoma, tylko światło paleniska biło przez okienka. Drakkainen zacisnął zęby i skoncentrował się. Szli bardzo cicho, wycie wiatru głuszyło chrupanie śniegu po nogami.
Prawie przeszli.
Prawie.
Strażnik wyszedł za potrzebą, kiedy wchodzili już na przełęcz.
I zobaczył ich natychmiast.
— Jebem ti duszu — powiedział Drakkainen zmęczonym głosem. — Co wy, ścierwa, żrecie, że was tak goni? Trzeci dzisiaj.
Strażnik krzyknął coś i rzucił się w ich stronę, wyciągając miecz.
W głębi domku, za otwartymi drzwiami rozległ się łomot, jakby coś przewrócono i widać było jakąś paniczną szamotaninę.
— Stań za mną — rzucił Vuko do dziewczyny, wyciągając ostrze.
Strażnik biegł, wrzeszcząc, tuż przed atakiem zrobił dziwaczny, przyczajony zwód niczym bramkarz hokejowy i ciął podstępnie od dołu. Drakkainen uchylił się sennym ruchem i odbił cięcie swoim zdobycznym mieczem, po czym kopnął Węża w bok kolana i spróbował ciąć go w kark, ale nadział się na kontrę. Ostrza zderzyły się ze szczękiem, napastnik zatoczył się, nagle wystrzelił chytrym pchnięciem, Vuko puścił je pod pachą, czując, że przegrywa, że nie jest w stanie dotrzymać tamtemu kroku. Napastnik był zdrowy, wypoczęty i rozgrzany, a on tylko kłębem śniegowych płatków wokół płonącego snopa bólu. Resztką sił zablokował tamtemu łokieć, z mieczem wciąż uwięzionym gdzieś za swoimi plecami, jego własne ostrze zaplątało się w futrzaną połę kaftana, więc grzmotnął Węża okapem hełmu w twarz i obaj zwalili się na ziemię, jak coś, co rozpadło się na dwie części.
Rozległ się wrzask, w drzwiach pojawił się drugi Wąż z łukiem w rękach i kołczanem na plecach, naciągając już cięciwę.
Drakkainen wciąż leżał, ale podciągnął nogi i zaczął się podnosić, macając śnieg w poszukiwaniu broni. Jego przeciwnik zerwał się nieco chwiejnie, jednak znacznie bardziej dziarsko, rozmazując krew po twarzy, i wyciągnął miecz, zawijając nim w jednej z tutejszych skomplikowanych figur przypominających taniec.
Drakkainen namacał rękojeść, oparł ostrze o ziemię i dźwignął się ciężko.
Klejone łuczysko zaskrzypiało cicho, pierzasta brzechwa uwięziona między palcem wskazującym a założonym na środkowy żelaznym pierścieniem podjechała wężowemu łucznikowi do ucha.
Drakkainen chwiejnie ustawił się bokiem do strzelca, czując, że jego ciało jest ciężkie jak nieruchawy drzewny pień i nic z tego nie będzie.
A wtedy dziewczyna, stojąca dotąd cicho z boku, rozjarzyła się nagle zimnym, lodowym blaskiem, który zalał przełęcz i smagnął okoliczne skały, jakby okrył ją płaszcz z zorzy.
Obaj Węże stali skupieni, Drakkainen zataczał się z uniesionym, dygocącym mieczem, usiłując mieć ich obydwu na oku.
Dziewczyna uniosła rękę.
Cięciwa brzęknęła, strzała bzyknęła jadowicie i wbiła się w cel z głuchym chrzęstem. Wszystko to zlało się w jeden przykry dźwięk.
Miecz upadł na ziemię i ześliznął się ze stłumionym brzękiem po skałach.
Wszyscy trzej stali nieruchomo, wreszcie pod Drakkainenem ugięły się kolana i zwalił się bezwładnie na twarz z łomotem, który wydawało się, że wstrząsnął górami.
Hełm potoczył się po śniegu, zakołysał się i znieruchomiał.
Dziewczyna nadal jaśniała lodowatym blaskiem zorzy.
Obaj Węże też się nie ruszali.
Tylko wiatr wył wśród skał i ciskał śniegiem.
Jeden Wąż zakrztusił się i prychnął krwią. Objął sterczące z piersi drzewce strzały, niewiele więcej niż brzechwę, wyciągnął kawałek i złamał je. A potem przewrócił się miękko na bok i zacisnął lepkie od krwi palce na wystającym z mostka drewnianym pręcie.
Łucznik nadal się nie poruszał.
Dziewczyna stała wciąż z wyciągniętą do góry ręką, rozsiewając upiorny, neonowy poblask.
Strzelec starannie ułożył łuk na ziemi, ściągnął z pleców kołczan i położył obok, po czym zdjął kurtę i koszulę, ukazując bladą pierś, poznaczoną czerwono-czarnymi zygzakami tatuażu.
Wyciągnął miecz i, odwróciwszy się do ściany, starał się wepchnąć głowicę między kamienie. Miecz ześliznął się miękko, Wąż podniósł go i powtórzył manipulację z jakimś tępym uporem, tym razem wciskając głowicę staranniej, i zablokował czubek własnym ciałem.
Oparł dłonie o ścianę, usta cały czas mu się poruszały w jakiejś bezgłośnej litanii, a po policzkach ciekły łzy i stopiony śnieg, osiadający na włosach splecionych w warkoczyki.
Rozległ się chrzęst i zduszony krzyk, który utonął w zawodzeniu burzy.
Czerwone ostrze wysunęło się z poznaczonych tatuażem pleców, a Wąż przywarł konwulsyjnie do ściany i ostatecznie zwalił się na bok.
Dziewczyna opuściła rękę, rozmazane światło zorzy zgasło.
Podeszła do leżącego Drakkainena, odwróciła go na plecy, po czym przyklękła i położyła mu na chwilę dłoń na ustach. A potem wsunęła ręce pod jego grzbiet i uniosła zupełnie bez wysiłku, jakby był pustym ubraniem.
W kamiennej zagrodzie rozległ się szczęk blach i w niebo wyprysnęła upiorna, tęskna skarga dwóch krabów. W oczach dziewczyny na ułamek sekundy znów zapłonęła zorza, krótko jak flesz.
Krzyk ucichł nagle niczym ucięty nożem.
Dziewczyna odwróciła się i ruszyła lekko w górę przełęczy. Widać było jej drobne plecy i z jednej strony zwisające bezwładnie nogi, a z drugiej głowę i ramiona rosłego mężczyzny, ale nie wyglądało na to, żeby w ogóle zauważała swój ciężar.
Po chwili znikli w zamieci.
Rozdział 4
Imiona bogów
Tygrysie o ślepiach jak płomień,
zwierzu gibki i płowy strzeż się,
już skwierczą pochodnie,
nadchodzi pora na łowy.
Strzeż się, strzeż się, tygrysie.
Wróg wdarł się w puszczę o świcie,
myśliwca kły i pazury.
Gotuj do walki o życie.