Fabryka bezkresnych snów
- Автор: Баллард Джеймс Грэм
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Fabryka bezkresnych snów». Краткое содержание книги:
– Tutaj, na dole, Blake! – zawołał jakiś głos. – Jest two-ja pierwsza uczennica.
Środkiem usłanej kwiatami ulicy nadchodziła Miriam St. Cloud, ubrana w groteskową, lecz wspaniałą suknię ślub-ną. Spięta z setek jardów białego tiulu, przypominała ko-stiumy do niektórych superprodukcji hollywoodzkich z lat trzydziestych.
Miriam ciągnęła za sobą wielki tren, którego rąbek, wy-strzępiony niczym ptasi ogon, niosła mała Rachel, przymy-kając niewidome oczy, jak gdyby śniła o lataniu. Wystające znad ramion Miriam tiulowe draperie tworzyły parę ogrom-nych, miękkich skrzydeł, czekających tylko, by wzbić się w powietrze.
Miriam przystanęła na ulicy, jak wielki biały ptak w po-szukiwaniu nieba. Z początku sądziłem, że znajduje się w transie religijnym, w głębokim stuporze, z którego nigdy jej nie wydobędę. Rozglądała się wokoło, wśród kwiatów i pnączy pokrywających supermarket i sklepy z artykułami gospodarstwa domowego. Przyglądała się ptakom siedzą-cym na portyku stacji benzynowej, obserwowana zza przy-strojonych kwieciem dystrybutorów przez łanię daniela, jak gdyby zastanawiającą się, który z ptaków zostanie oblubień-cem Miriam.
– Pani doktor, on jest na dachu…
– Na górze, pani doktor…
Ludzie wołali do niej z zaparkowanych aut, wskazując moją postać, rysującą się wyraźnie na tle nieba. Stałem na dachu parkingu, ale gdy Miriam na dole podniosła na mnie wzrok, zauważyłem, że jest całkiem przytomna i usiłuje w najzupełniej zdroworozsądkowy sposób nie dać się przy-tłoczyć przepychowi wiszących ogrodów orchidei i kwit-nących pnącz. Sprawiało mi przyjemność, że podziwia moją władzę nad powietrzem, ptakami i lasem, choć nadal po-dejrzewała, że jestem intruzem we właściwym porządku naturalnego wszechświata.
Wiedziałem jednak zarazem, że Miriam spełnia wresz-cie tajemny cel, który sobie wyznaczyła – że ziszcza sią jej młodzieńczy sen o zaślubinach w powietrzu. Podtrzymując w dłoni skraj sukni ślubnej, przeszła spokojnie przez obser-wujący ją tłum. Nie krepowała sią wcale, że urzeczywist-nia ten przyjemny kaprys na oczach swoich pacjentów. Lecz nawet wtedy, gdy Miriam kroczyła stanowczo w kierunku wejścia na parking, byłem pewien, że na swój ci-chy sposób rzuca mi wyzwanie i wierzy wciąż, że moje moce są ograniczone, nieskończenie słabsze niż moce jej koron-nego bóstwa. Czyżby próbowała wystawić mnie na próbą i sprawdzić, czy potrafią nauczyć ją latać? Kiedy wchodziła na schody, wszyscy zamilkli. Ostatni mieszkańcy okolicznych ulic opuszczali domy i nadchodzili ku nam pod osłoną baldachimu tropikalnej roślinności. Nawet Stark postanowił odpocząć od radosnej grabieży miasteczka. Usiadł na dachu karawanu przed budynkiem poczty, otoczony zrabowanymi urządzeniami i kolorowy-mi, jesiennymi liśćmi opadłych banknotów. Pomachał mi z pewnym siebie uśmiechem, przekonany, że zadziwią wszyst-kich, cokolwiek zdecydują sią teraz uczynić. Podobała mi sią jego całkowita szczerość.
Na końcu ulicy, pod pomnikiem wojennym, ojciec Win-gate wachlował sobie twarz słomkowym kapeluszem. Wraz z panią St. Cloud przyszedł tutaj przez park, w towarzy-stwie szofera i gospodyni. Przywieźli na wózkach trzech starszych pacjentów z oddziału geriatrycznego. Stali teraz razem, a ksiądz przekonywał panią St. Cloud, że nie zagra-ża mi żadne niebezpieczeństwo – wyglądali jak para rodzi-ców z prowincji, których sukcesy syna usunąły w cień, lecz którzy mimo to są z niego dumni.
Za moimi plecami doszło do szamotaniny. David wy-rwał sią dzieciom i podbiegł do mnie. Jego oczy patrzyły z niepokojem spod napuchniętego czoła. Wiedział, że tylko on nie został dopuszczony do tajemnicy szczęścia dzisiej-szego dnia. Przyniósł mi wystrzępiony biały gałganek na znak pokoju po okrutnym figlu Jamiego. – Blake… To dla ciebie.
– To prawdziwy skarb, Davidzie.
Rozpoznałem szczątki mojego kombinezonu, kawałek prawego rękawa i pasa. Naciągnąłem kombinezon na gło-wę i biodra. Ubrany we fragment przeszłości, zwróciłem się ku Miriam St. Cloud. Dotarła już na piętro i szła wprost na mnie w swojej sukni ślubnej, gotowa na zaślubiny z po-wietrzem.
Na dachu parkingu wzbierał już wiatr, unosząc tren i skrzydła sukni Miriam, chcąc unieść ją w powietrze. – Czy mógłbyś mnie podtrzymać, Blake? Łapiąc równowagę, wyciągnęła do mnie ręce, niby nie-śmiała żona cudownego gimnastyka, niepewna, co się za chwilę zdarzy, lecz pewna, że dobrze się skończy. Poczu-łem ciepły zapach jej ciała i zobaczyłem plamy potu na sukni pod pachami.
– Włożyłeś kombinezon… Jest cały w strzępach. – Wystarczy tego, co zostało, Miriam. A teraz chwyć mnie za ręce.
Chciałem ją tylko oswobodzić i ulecieć z nią z tego mia-steczka, w którym zostaliśmy uwięzieni. Chciałem przeka-zać jej wszystkie moje moce, by mogła uciec sama, jeśli ja bym nie mógł.
Trzymając ją za nadgarstki, zaprowadziłem Miriam na skraj dachu. Ujrzawszy ziemię pięć pięter niżej, Miriam po-tknęła się i rozerwała tren sukni. Jej dłonie trzepotały w powietrzu, aż odnalazły wreszcie moje ramiona. Milczący tłum rozsiadł się pod drzewami. Przyglądali się nam nawet miejscy policjanci na rowerach. Z nieba spa-dały bezradnie tysiące ptaków, których skrzydła oszukało powietrze, nie dające im żadnego oparcia. Unieruchomio-ne na dachach, machały słabo skrzydłami, jak gdyby dając sobie jakieś znaki. Ary i papużki rozłożyły się szeroko w ścieku pod supermarketem, na proscenium stacji benzyno-wej leżały płaskonogie flamingi, a wróble i rudziki spadały w znieruchomiałym powietrzu jak kamienie. Miasto pokrywało teraz zupełnie nowe niebo. Poczułem pod skórą elektryczną gorączkę, jak podczas poprzednich wizji, i wiedziałem, że oto raz jeszcze wkra-czam przez drzwi mojego ciała w królestwo rządzone in-nym czasem i przestrzenią.
– Blake, czy my?…
– Tak, Miriam, umiemy latać.
Staliśmy razem na krawędzi dachu, wysuwając stopy za skraj parapetu. Miriam wzięła mnie za ręce i popatrzyła w dół, na ulicę, pełna obaw, że roztrzaskamy się na śmierć wśród zaparkowanych samochodów. Ale w ostatniej chwili odwróciła się do mnie z pełnym zaufaniem, pragnąc znów ujrzeć mój triumf nad śmiercią, którą już raz przecież po-konałem.
– Blake, leć!…
Objąłem ją ręką w pasie i postąpiliśmy krok naprzód, w otwartą przestrzeń powietrza.
26
Razem runęliśmy w dół.
Dłonie Miriam chwyciły mnie za pierś, rozrywając mi paznokciami skórę. W górze rozległ się ostrzegawczy krzyk – ślepy wrzask Rachel.
Chwyciłem nasze spadające ciała i znalazłem dla nich oparcie w powietrzu. W dole, na ulicy, ludzie rozbiegli się na wszystkie strony. Matki przewracały się o własne dzieci. Miriam i ja zawiśliśmy razem na długość ramienia od czwar-tej kondygnacji parkingu. Poprzez zasłaniające jej krawędź bugenwille widziałem samochody stojące w cieniach na po-chyłym tarasie. Biały tren Miriam sterczał nad nim piono-wo, wznosząc się na wysokość pięćdziesięciu stóp. Wyglą-dał jak olbrzymie, strojne nakrycie głowy. Uspokoiłem się i znów zacząłem oddychać. Chłodny powiew ogarnął front budynku, pieszcząc tył moich ud, pier-si i ramiona, a Miriam wciąż wpatrywała się we mnie nie-ruchomo, bez wyrazu, skupiona na moich dłoniach. Czekałem, aż zacznie oddychać. Czułem, że jej skóra wibruje jak zbyt mocno obciągnięty bęben. Wysiłkiem woli wszystkie komórki jej ciała przekraczały próg ich prawdzi-wego królestwa, łącząc się w nim na nowo, cząsteczka po cząsteczce. W końcu uspokoiła się, już pewna swojego pa-nowania nad powietrzem. Trzymałem ją za race i czułem, że poruszyły się w poszukiwaniu pulsu moich nerwów i krążącej krwi, jak gdyby Miriam była świeżo upieczonym pilotem, który rozluźnia wściekły z początku uścisk. Uśmiechnęła się do mnie czule – żona, która uczestniczy we wspólnym locie z mężem, ale przede wszystkim upra-wia z nim po raz pierwszy miłość seksualną. Wokół nas spadały ostatnie ptaki.