Fabryka bezkresnych snów
- Автор: Баллард Джеймс Грэм
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Fabryka bezkresnych snów». Краткое содержание книги:
Rozmyślałem o tej dziwnej, ale brzemiennej propozy-cji, kiedy wkraczałem na trawnik, obserwując ojca Wingate i troje dzieci, pracujących z zapałem na plaży. Dlaczego ten duchowny renegat tak bardzo pragnął odkryć szczątki ar-chaicznej, skrzydlatej istoty, pogrążonej w ziemi pod jego stopami? Uśmiechnąłem się, widząc pełen winy wyraz twa-rzy dzieci, oddających się tajemnemu przedsięwzięciu,.nie-zgodnemu z duchem dnia. Wciągały kawałek skrzydła ces-sny w krzaki z takim przejęciem, że i one nie zauważyły mojej nagości.
Nauczyć ich wszystkich latać? Tych upośledzonych dzieci latać nikt nie nauczy, ale jeśli chodzi o Miriam St. Cloud… Już nas widziałem, lecących razem po niebie nad Shepper-ton, by uciec z tego niewyszukanego raju. Opuściłem teren posiadłości, otworzyłem furtkę i ruszyłem do parku. Gdy przebiegałem obok kortów tenisowych, ciepłe powietrze owiewało mi obnażoną skórę, jakby chciało unieść mnie z ziemi. Musiałem znaleźć Miriam, zanim zacznie rozpaczać nad wszystkim, co zrobiłem.
Wszędzie dostrzegałem grupki ludzi, poruszających się między drzewami. Dzieci ścigały się pośród klombów kwia-towych, usiłując schwytać kolorowe ptaki. Przez bambuso-wą palisadę, którą zasadziłem przy moście Walton, przepy-chali się już pierwsi goście, zwabieni do Shepperton nie-zwykłą roślinnością, porastającą wszystkie dachy, i setka-mi palm, unoszących swoje tropikalne parasole w prowin-cjonalnych ogródkach. Ludzie wysiadali z samochodów przy drodze wiodącej na lotnisko, by sfotografować kaktusy i kolczaste opuncje, zakorzeniające się swobodnie w beto-nowym chodniku.
Przed kliniką czekała na mnie długa kolejka pacjentów – starcy z oddziału geriatrycznego, pogryzieni przez małp-kę, kobieta, która we własnym ogrodzie nadziała się dłonią na bambusowy pal, dwie nastolatki, chichoczące nerwowo na mój widok, jak gdyby przekonane, że to ja jestem sprawcą ich ciąż, i pewien młody elektryk, pokiereszowany przez rybołowa, gnieżdżącego się na dachu poczty. Wszyscy przy-patrywali się mojemu nagiemu ciału bez słowa komenta-rza, przyjmując za oczywiste, że jestem ubrany. Poczekal-nię wypełniał pluton podstarzałych kobiet, kłócących się niecierpliwie o wyniki swoich testów ciążowych. Oddane mi klaki erki wbiły wzrok w plamy nasienia, znaczące moje uda. Czy posiadłem je wszystkie w swojej wizji? Przyglą-dając się ich pulchnym policzkom i zaróżowionym ustom nabrałem pewności, że wyniki wszystkich testów okażą się pozytywne.
– Panie Blake! Proszę!… – Recepcjonistka przepchnęła się przez ludzką ciżbę w korytarzu i wczepiła się bez sił w moje ramię. – Doktor Miriam od nas odeszła! Zamknęła gabinet chirurgiczny dziś rano. Wydawała mi się jakaś dziw-na, i pomyślałam, że może pan…
Wziąłem klucze i wszedłem do gabinetu Miriam. Za-mknąłem drzwi, by odciąć się od gwaru na zewnątrz, i sta-nąłem nagi w zaciemnionym pokoju. Setki zapachów ciała Miriam i jej najdrobniejsze gesty wisiały w wątłym świetle jak pieszczota albo podarunek, czekający na mnie, żebym go rozpakował.
Biurko lekarki było uprzątnięte, szuflady opróżnione, a szafki opieczętowane. Na ścianie wisiały rentgenowskie zdjęcia mojej głowy, zdeformowane klejnoty, przez które przeświecało wciąż upiorne światło, niczym korona znisz-czenia, którą po raz pierwszy ujrzałem nad Shepperton. Między zdjęciami znalazłem pocztówkę z wakacji od jej kolegi po fachu i reprodukcję rysunku Leonarda da Vinci, przedstawiającego Marię Dziewicę, siedzącą na kolanach świętej Anny. Przyglądałem się ich wężowatym postaciom, ukazanym w niezgłębionych pozach. Czy Miriam ujrzała mój uskrzydlony kształt w ptasim stworzeniu, emblemacie mojego sennego lotu, który zdawał się wyłaniać z fałd szat matki i córki, tak jak ja wyłoniłem się spomiędzy Miriam i pani St. Cloud?
– Panie Blake… Czy przyjmie pan teraz pacjentów?
Gorączkowym gestem nakazałem recepcjonistce odejść. – Jestem zajęty. Powiedz im, że jeśli spróbują, mogą wy-leczyć się sami.
Ja odczuwałem bowiem potrzebę latania. Przedarłem się przez tłum kobiet w korytarzu i wysze-dłem z kliniki. Potrącali mnie ludzie, którzy usiłowali przy-gwoździć mnie do kolejnych samochodów, rozszarpując swoje rany i bandaże. Jakaś staruszka uklękła u moich stóp i próbowała utoczyć krwi z moich kostek. – Zostawcie mnie w spokoju! – Dręczyli mnie, a ja my-ślałem tylko o Miriam St. Cloud, chwyciłem więc szybę jej kabrioletu, wskoczyłem do środka nad maską i ruszyłem do kościoła. Usiłowałem zastanowić się, jaki powinien być mój następny krok w procesie przemiany miasteczka. Choć miałem władzę, odczuwałem mimo wszystko potrzebę sa-mopotwierdzenia, dogłębnego zbadania własnych możliwo-ści, a nawet sprowokowania samego siebie. Czy przybyłem tu, by wykorzystać tych ludzi, zbawić ich, ukarać, czy może poprowadzić ku jakiejś seksualnej utopii?… Podniosłem wzrok na barwną, tropikalną roślinność, po-rastającą gęsto dachy domów, spojrzałem na setki wielkich palm daktylowych, pochylających się nad kominami, i na zieloną fontannę drzewa figowego. Z niecierpliwością cze-kałem na kontynuację dnia. Nasłuchiwałem podekscytowa-nych głosów ludzi przed kliniką, którzy spierali się jak dzie-ci, stojąc wśród samochodów. Chciałem, żeby odkryli swo-je prawdziwe moce -jeśli istniały we mnie, istniały także w nich. Wszyscy tutejsi mieszkańcy posiadali moc sproku-rowania maleńkiego Edenu z ziemi pod ich stopami. Chciałem poprowadzić ich do prawdziwego świata przez wszystkie bariery celne wewnętrznych hamulców i utartych zwyczajów. Jednocześnie, z jak najbardziej praktycznego punktu widzenia, sądziłem, że będę mógł wykorzystać lud-ność Shepperton nie tylko w planie ucieczki z miasta i osta-tecznego pokonania śmierci, której już raz udało mi się wy-mknąć, lecz także rzucając wyzwanie niewidzialnym siłom, które obdarowały mnie niezwykłą mocą. Tymczasem ode-brałem im już gubernatorstwo miasteczka. Nie tylko pierw-szy ujdę śmierci, lecz również pierwszy wzniosę się ponad śmiertelność i zwykłe człowieczeństwo, by objąć w posia-danie słusznie przysługujące mi dziedzictwo boga. Kościół był pusty. Mlecznoczerwone kwiaty mojego sek-su dusiły ganek i wejście do zakrystii. Barbarzyńskie rośli-ny górowały już wzrostem nad rozczarowanymi parafiana-mi. Polując wciąż na Miriam, minąłem biegiem basen, kie-rując się w stronę wejścia na pomost z wesołym miastecz-kiem Starka.
Budka była świeżo pomalowana, a na biurku spoczywał automat do wydawania biletów. Gdy przyjdę tu po raz dru-gi, Stark będzie czekał w kasie. Włók na zardzewiałym pon-tonie dryfował w odległości dwudziestu stóp od pomostu, ponieważ Stark przeciął pnącza, oplatające diabelskie koło, karuzelę i żuraw dźwigu.
Dlaczego jednak mieszkańcy Shepperton, z których wielu pracowało przecież na lotnisku i w wytwórni filmowej, mieliby się zainteresować brudnym wrakiem cessny? Być może Stark przypuszczał, że kiedy wieść o moich nadzwy-czajnych mocach i ocaleniu przed śmiercią dotrze do ze-wnętrznego świata, samolot otoczy aura talizmanu, która nie zniknie nawet po moim odejściu… Obserwowani przez kamery telewizyjne całego świata, ludzie zapłacą każdą cenę, by dotknąć przesyconych wodą skrzydeł i zajrzeć do pobielałego kokpitu, z którego wyłonił się kiedyś młody bóg…
Poczułem znów sińce na piersi, niemal już pewien, że to Stark przywrócił mnie do życia. Tylko on nie wątpił, że umarłem, i że przez wąską szczelinę mojego ocalenia w nasz świat przeciekała inna rzeczywistość. W ciemności pod klatkami drżały w pyle ptasie skrzy-dła. Drzwiczki otworzyły się zamaszyście i zobaczyłem sępa, który ze smutkiem dziobał wysypane żwirem dno klatki. Jego towarzysz skulił się pod stosem starych skrzynek, kry-jąc wytarte pióra przed słońcem.