Fabryka bezkresnych snów
- Автор: Баллард Джеймс Грэм
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Fabryka bezkresnych snów». Краткое содержание книги:
Moje ciało stało się rozświergotanym domem dla obłą-kanych, pełnym rozdrażnionych ptaków. Przystanąłem pod supermarketem, gdy David cofnął się ze strachu i ostrzegł szeptem Rachel. Dzieci rozwrzeszczały się u moich stóp, kiedy wypuściłem z siebie dwanaście sikorek, tukana i so-koła ze zmierzwionymi piórami, który przeciął powietrze, odlatując z mojego ramienia z okrzykiem odrazy. Schyli-łem się i pozwoliłem wygramolić się z moich pleców nie-zgrabnemu flamingowi, wyciągającemu długie nogi jak nad-wrażliwy kaleka. Dzieci krzyczały przeraźliwie, kiedy ptak wdrapał mi się na ramiona i odleciał w stronę stacji benzy-nowej. Zakryłem rękami twarz, wyczarowałem z ust koli-bra, a w trakcie widowiskowego finału uwolniłem ze swo-jego ciała ostatnie ptaki, wypełniając ten handlowy rewir miasta potopem skrzydeł i piór.
Choć ucieszyłem się bardzo, że zabawiłem dzieci i ich matki, przypomniałem sobie, że chciałem bawić się kiedyś w Szczurołapa w jednym z londyńskich parków. Czyżby udało mi się w jakimś sensie przewidzieć, że będę pewne-go dnia posiadał takie moce? Chciałem nauczyć te dzieci latać i wchłaniać ptaki w swoje ciała, chciałem, by mężo-wie połączyli się w jedno z żonami, młodzieńcy z narze-czonymi, a dzieci z rodzicami, i aby wszyscy przygotowali się do ostatniego lotu ku nieznanym powietrznym rajom. Shepperton ogarnęła gorączka latania. Dzieci biegały po pasażu na wyścigi i zadręczały rodziców, by zabrali je na powietrzną wycieczkę. W drodze powrotnej nad rzekę, koło pomnika, szła już za mną cała procesja, złożona z kilkuset osób.
Za pomnikiem droga opadała w stronę parku. Tłum roz-czarowanych dzieci i rodziców pobiegł w dół pochyłości, szarpiąc mnie z tyłu za strzępy kombinezonu. -BlakeL.
– Zostań z nami, BlakeL.
Przebijając się przez tę ciżbę, wsparłem się o głowy dzieci i wzbiłem się w powietrze. Poruszałem się teraz na czele procesji trzy stopy nad ziemią.
– Weź nas ze sobą, Blake!…
Mogłem nareszcie swobodnie oddychać, więc odwróci-łem się do nich. Krążyłem w powietrzu, a ludzie krzyczeli do mnie, jak uchodźcy, którzy obawiają się, że pozostaną sami, wydani na pastwę losu w otoczonym dżunglą mie-ście.
– Dalej! Wszyscy! Lećcie!
Dwóch młodych mężczyzn w kurtkach motocyklowych zaczęło podskakiwać na drodze, usiłując wznieść się w po-wietrze. Jakaś starsza kobieta mocowała się ze słońcem pa-dającym jej na twarz i trzęsła biodrami, jak gdyby chciała zrzucić gorset. Wszyscy tańczyli shimmy i skakali wokoło, śmiejąc się, jak ludzie zaatakowani przez plagę miłych owadów. Tylko dzieci przyglądały mi się poważnym wzro-kiem. Dwanaścioro z nich zbiło się wokół mnie, chcąc do-tknąć moich stóp.
– Proszę cię, Blake… – dziesięcioletnia dziewczynka o jasnych, związanych w kitkę włosach, zaofiarowała mi cu-kierek jako łapówkę. Pochyliłem się, wziąłem ją za ramio-na i podniosłem. Przytrzymując spódniczkę, dziewczynka piszczała z radości i unosiła się swobodnie w rozwrzesz-czanym powietrzu, a potem schyliła się i pomogła swoje-mu młodszemu bratu dostać się w moje ramiona. Nagle powietrze zapełniło się dziećmi. Krzyczały prze-raźliwie z radości, spoglądając na swoje fikające swobod-nie nogi, już dość wysoko nad głowami rodziców. – Saro, uważaj!… W pogoni za córką zaniepokojona matka uniosła się nad ziemię, wyciągnąwszy ręce w górę. Pedałując wściekle, wzbiła się wyżej i wzięła córkę w ra-miona, a potem radośnie uśmiechnięta odpłynęła w stronę parku.
Ruszyłem przed siebie, a procesja za mną, przypomina-liśmy więc olbrzymi latawiec, którego ogon ciągnął się po ziemi. Ci, którzy zostali na dole, wierzgając i podskakując, próbowali wszystkiego, by unieść się w powietrze. Jakiś młody człowiek oderwał się od ziemi, a po chwili pomógł unieść się w górę swojej dziewczynie. Stary wiarus z laską wzleciał sztywno w niebo. Odpływając dalej, pomachał do mnie laską, jak gdyby chciał mi przekazać, że nauczył się już tego i owego o lataniu.
Sunęliśmy do parku, a z bocznych ulic wybiegały całe rodziny, żeby się do nas przyłączyć. Dawni kierownicy dzia-łów, wagarujący już trzeci dzień, odrzucili teczki, dołączyli do ogona procesji i – chcąc z nas zadrwić – wzięli się pod ręce, naśladując wysiłki ludzi wierzgających na czele ka-walkady, by stwierdzić ku swemu zdumieniu, że i oni uno-szą się w powietrzu.
Kiedy dotarliśmy do parku, zdążało już za mną przeszło tysiąc osób. Do procesji przyłączali się ostatni maruderzy – technicy filmowi, aktorzy w staromodnych pumpach i go-glach, rzeźnik w białym fartuchu, rozdający resztki mięsa rozradowanej zgrai psów i kotów, i dwóch mechaników w wytłuszczonych ogrodniczkach, pracowników stacji ben-zynowej.
Z drzwi budki telefonicznej przypatrywał się nam miej-scowy policjant wzrokiem pełnym podejrzeń. Najwyraźniej zastanawiał się, czy przestrzec mieszkańców, że poważnie naruszają przepis, jakiegoś średniowiecznego statutu, za-kazujący wszelkich indywidualnych i zbiorowych lotów. Po chwili usłyszałem jego krzyk. Gdy zorientował się, że zo-stał sam w Shepperton, porzucił swój rower i pobiegł ra-zem z nami. Z hełmem w ręku wzniósł się niezgrabnie w górę i pożeglował pogodnie na końcu procesji, niczym straż-nik powietrznego pociągu.
Opustoszałą główną ulicą biegły na końcu procesji upo-śledzone dzieci. Jamie skakał i kręcił się na swoich klam-rach, jak gdyby była to tajemna katapulta, która pomaga mu zawsze wznieść się w powietrze. David wlókł się cięż-ko za nim, zadyszany i zbyt zaskoczony, by wytłumaczyć Rachel, dokąd odeszli mieszkańcy. Niewidoma dziewczynka przechyliła głowę i przycisnęła dłonie do uszu, oszołomio-na setkami znajomych głosów w górze i piskami innych dzieci, spadających z zatłoczonego nieba. Poczekałem na nich i wstrzymałem procesję, gdy do-szliśmy do parku. Policjant i aktor pochylili się, żeby podać im dłonie. David wspiął się w powietrze ostatnim wysił-kiem, otwierając szeroko oczy ze zdumienia nad nieocze-kiwaną lekkością swojej wielkiej głowy. Następny był Ja-mie, pedałujący kalekimi nogami w długich, eleganckich krokach. Ale Rachel, zmieszana wieloma krzykami, skrę-ciła w panice na chodnik i zniknęła gdzieś pośród zmywa-rek i telewizorów. Zanim zdążyłem przyjść im z pomocą, David i Jamie pomachali mi i zeskoczyli na ziemię, by do-dać otuchy Rachel.
Żałowałem, że muszę zostawić dzieci, ale spoglądałem już w niebo na czekające mnie słońce. Procesja wzniosła się w powietrze moim śladem jak odrzutowiec przy starcie, obserwowana przez zaciekawione daniele, pasące się wśród drzew. Słyszałem zdumione westchnienia, kiedy Shepper-ton opadało pod nami coraz niżej, a w dole ukazało się dłu-gie zakole rzeki. Mieczniki, morświny, delfiny i ryby lata-jące wyskakiwały ze srebrzystej wody, chcąc nas zachęcić do dalszego lotu.
Już w milczeniu wykonaliśmy szerokie okrążenie na wy-sokości trzystu stóp ponad dachami. Chłodne powietrze wszystkich uciszyło. Obok mnie płynęły dzieci z rozwiany-mi włosami i twarzami skierowanymi ku słońcu. Naśladu-jąc mnie, ułożyły ramiona wzdłuż tułowia, tak jak ich ro-dzice, młodzi i starzy mieszkańcy Shepperton, a wszyscy z tym samym, urzeczonym wyrazem twarzy, jak ludzie bu-dzący się z długiego snu.