Fabryka bezkresnych snów
- Автор: Баллард Джеймс Грэм
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Fabryka bezkresnych snów». Краткое содержание книги:
A zatem Stark pootwierał klatki w swoim mizernym zoo i wypędził jego mieszkańców. Małpka uczepiła się prętów klatki po zewnętrznej stronie, natomiast szympans siedział samotnie w wagoniku diabelskiego koła, majstrując swo-imi delikatnymi dłońmi przy pulpicie sterowniczym, jakby chciał odlecieć ku jakiemuś szczęśliwszemu lądowisku. Zwierzęta wyglądały na głodne, zaniedbane i onieśmie-lone wybuchającą wokół tropikalną florą. Wiedziałem, że nie należą do mojego odrodzonego Shepperton, ale było mi przykro widzieć je w tak opłakanym stanie, ukląkłem więc, dotknąłem plam spermy na udach i przycisnąłem dłonie do ziemi. Kiedy wstawałem, wraz ze mną wzbiło się w górę niewielkie drzewo chlebowe, którego owoce zawisły na wysokości mojej głowy. Nakarmiłem małpkę, a potem w pobliżu diabelskiego koła zasadziłem bananowiec dla szym-pansa. Siedział w wagoniku, opuściwszy bojaźliwie głowę, i obierał z wdziękiem świeże, żółte owoce. Zanim zdążyłem zająć się sępami, usłyszałem nadjeżdża-jący karawan, którego ochrypły silnik dyszał niczym be-stia. Stark skręcił ciężkim wehikułem na podjazd, obsypu-jąc mi nogi gorącym pyłem. Teatralnym gestem przygładził jasne włosy i rzucił mi spojrzenie zza kierownicy, choć nie zauważył, że jestem nagi. Układał już sobie w głowie prze-bieg pierwszego wywiadu dla telewizji.
Wytrzymałem jego bezczelny wzrok i poczułem, że bu-rzy się we mnie krew. Miałem ochotę spuścić z ramienia sokoła, młodego zabójcę, który chwyci Starka za gardło w pierwszej chwili życia, albo wypuścić z mojego penisa ko-brę, żeby wstrzyknęła mu truciznę do ust. Lecz kiedy do niego podszedłem, ujrzałem z tyłu wozu jakieś zmierzwio-ne, pierzaste, szamoczące się stworzenia. Na stalowych uchwytach, podtrzymujących trumnę, leżało kilkanaście ptaków, które Starkowi udało się schwytać w sieć. Na pod-łodze karawanu spoczywały bezradnie ary, wilgi i kakadu – nowi lokatorzy ogrodu zoologicznego Starka. – Boją się ciebie, Blake. – Otworzył tylne drzwi kara-wanu majestatycznym gestem. – Całe to towarzystwo schwytałem w ciągu pół godziny. Shepperton zmienia się w obłąkaną ptaszarnię…
Wciąż zachowywał się czujnie i przymilnie, jak gdyby moja rosnąca władza nad tym małym miasteczkiem i bez-graniczna płodność prowokowały go, żeby tym bardziej rzu-cić mi wyzwanie. W moim przekonaniu podejrzewał, że owe potargane stworzenia, schwytane w grubą siatkę, są częścią mnie.
Starając się mnie nie dotykać – czyż nie przemieniłbym go w drapieżnego ptaka, wyposażonego w ostry dziób i sła-be nogi? – otworzył zastawę i rzucił ptaki w proch pod moimi stopami. Wpatrywał się w rozciągniętą w sieci zdobycz, w zmaltretowane ptaki, z wyraźną pokusą, żeby zadusić je na miejscu gołymi rękami.
– Spodoba ci się to, co robię, Blake. Będzie tu stałe ar-chiwum, zawierające po jednym okazie z każdego gatunku, czyli coś w rodzaju pomnika na twoją pamiątkę. Nie podo-ba ci się ten pomysł? Myślę już także o delfinarium, dużym na tyle, by można w nim trzymać walenia. A tu będę prze-chowywał wszystkie ptaki. W wielkiej klatce obok cessny znajdzie się największy z nich wszystkich… król ptaków. Rozmarzone oczy Starka przebiegły moje ciało w nie-mal erotycznej gorączce.
– Co ty na to, Blake? Nie chciałbyś mieć kondora?…
24
Przysiadłem nagi na pomniku wojennym i postanowi-łem cieszyć się publicznym świętem. Cała ludność Shep-perton wyległa na ulice, by uczcić jubileuszową uroczystość. Tłum ludzi, wystrojonych w najlepsze letnie ubrania, kręcił się w centrum miasteczka, zmieniając jego niepozorną, choć główną ulicę, w udekorowaną kwiatami aleję jakiejś tropi-kalnej metropolii. Ludzie przechadzali się ramię przy ra-mieniu, pokazując sobie nawzajem pnącza, roziskrzone mchy, zwieszające się z drutów telefonicznych, oraz setki kokosowych i daktylowych palm. Na gałęziach figowca huśtały się dzieci, a młodzież buszowała w porośniętych orchideami i dyniowatymi roślinami altanach, w jakie zmie-niły się porzucone samochody. W ogrodach szalała tapio-ka, wypierając róże i dalie.
Poza tym dookoła roiło się od ptaków. Powietrze przy-pominało kubełek z różnokolorową, ekstrawagancką farbą, którą ktoś chlusnął po niebie. Na wszystkich parapetach szczebiotały papużki, z porośniętych dżunglą tarasów wie-lopoziomowego parkingu skrzeczały derkacze, a jerzyki po-krzykiwały wokół dystrybutorów na stacji benzynowej. Patrząc na nie, odczułem znów potrzebę latania. Jakiś dziesięcioletni mniej więcej chłopiec wgramolił się na schodki pomnika i usiłował wcisnąć mi w dłonie model samolotu w nadziei, że go pobłogosławię. Nie zwracałem na niego uwagi – czytałem nazwiska ludzi, którzy zginęli w obu wojnach światowych, rzemieślników, kasjerów banko-wych, handlarzy samochodów i techników od dubbingu. Chciałem sprawić, by powstali z grobów, i zaprosić ich na ten karnawał, wezwać ich z miejsc spoczynku na zapomnia-nych dawno plażach i polach bitewnych. Trudno, bliżej miałem tych, którzy leżeli na cmentarzu za kościołem. Zeskoczyłem z pomnika i wmieszałem się w tłum, ucie-szony, że wszyscy są w świetnym nastroju. Na dworcu ostat-ni urzędnicy i przedsiębiorcy podejmowali bez entuzjazmu kolejną próbę wyjazdu do Londynu. Kiedy podszedłem bli-żej, porzucili wszelkie myśli o pracy. Rozluźnili krawaty, przewiesili sobie marynarki przez ramiona i zaczęli prze-chadzać się w świątecznym tłoku, zapominając o konferen-cjach na temat dynamiki sprzedaży i o posiedzeniach rad nadzorczych.
Przed bankiem było jakieś zamieszanie. Tłum cofnął się, obserwując w milczeniu dwie zakłopotane kasjerki, które rozstawiały przy wejściu spory stół. Młodsza niemal histe-rycznie wzruszyła ramionami, kiedy zjawiła się dyrektorka banku z zawierającą gotówkę metalową kasetką. Wysoka, szlachetnie wyglądająca kobieta o czole uczonej, otworzy-ła kasetkę, ukazując tysiące banknotów – franków, dola-rów, funtów szterlingów, marek i lirów – poukładanych w pakiety. Zgromadzony przy wejściu personel przyglądał się dyrektorce z pełnym fascynacji niedowierzaniem, ona zaś zanurzyła głęboko w banknotach swoje wrażliwe dłonie i zaczęła wykładać pakiety na stół.
Ktoś na mnie wpadł – poczułem podekscytowane ciało mężczyzny, nagie jak moje, jeżeli nie liczyć kąpielówek. To Stark przeszedł obok, rozpychając ludzi. Trzymał w dłoni zapomnianą siatkę na ptaki i wpatrywał się w banknoty, kołysząc się z boku na bok jak zaczarowany kochanek. Nie mogąc dotknąć pieniędzy ani spuścić z nich oka, zamruczał: – Jedzą ci z ręki, mój drogi…
Zaprosiwszy widzów przyjaznym gestem, by podeszli do stołu z pieniędzmi, dyrektorka banku wróciła do gabine-tu. Nikt nawet nie drgnął, nie będąc w stanie przyjąć tego najbardziej tajemniczego ze wszystkich darów. Tylko Stark podszedł bliżej, wymachując siatkąjak gladiator. Rzucił mi przez ramię szalone, konspiracyjne spojrzenie, przypusz-czając widocznie, że ja sprawiłem to wszystko jakąś nie-zwykłą sztuczką. Szybko zapakował do siatki kilkanaście pakietów, a potem odwrócił się i swobodnym krokiem wkro-czył w tłum.
Wciąż niezdecydowani, ludzie stłoczyli się wokół stołu. Właściciel wypożyczalni telewizorów wziął pakiet dolarów i rzucił go młodej dziewczynie jak cukierek dziecku, a po-tem brawurowym gestem wyciągnął portfel i położył jego zawartość na stole.
Ludzie dokoła zaczęli nagle obdarowywać się nawza-jem pieniędzmi – rzucali monety, książeczki czekowe, kar-ty kredytowe i kupony loteryjne na zielony ryps, niczym szczęśliwi hazardziści, stawiający wszystko na pewnik no-wego żywota. Stojąca przy mnie młoda Cyganka z umoru-sanym dzieckiem na rękach otworzyła torebkę i wyjęła bank-not jednofuntowy, a potem wcisnęła mi go bojaźliwie w dłoń, jak gdyby przemycała sekretną wiadomość dla nie-znanego kochanka. Oczarowała mnie, chciałem dać jej coś w zamian, potarłem więc banknot lepkimi od spermy dłoń-mi i wręczyłem jej synkowi, który rozwinął go w zamyśle-niu, odsłaniając maleńkiego kolibra, unoszącego się w po-wietrzu plamą szkarłatu cal przed nosem chłopca. – Blake… Tu jest milion lirów.