Fabryka bezkresnych snów
- Автор: Баллард Джеймс Грэм
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Fabryka bezkresnych snów». Краткое содержание книги:
– Weź wszystko, Blake. To ponad tysiąc dolarów. Wy-starczy, żebyś mógł założyć szkołą latania… Wszyscy wręczali mi pieniądze i karty kredytowe, klasz-cząc z radości w dłonie, kiedy ja dawałem im w zamian ptaki i kwiaty, rudziki i wróble, róże i wiciokrzewy. Szczę-śliwy, że mogę ich zabawić, rozpostarłem ramiona, dotyka-jąc portfeli i książeczek czekowych, a potem odstąpiłem z szerokim gestem. Wśród rozrzuconych na stole monet po-jawił się paw, majestatycznie rozkładając ogon. W pasażu handlowym kierownicy sklepów i ich pracow-nicy wynosili towary, by rozdać je przechodniom. Raz po raz widziałem Starka, który w niebiańskim uniesieniu pchał wyładowany wózek od jednego sklepu do drugiego. Zapar-kował karawan w bocznej uliczce, koło poczty. Krzyknął na dzieci, żeby mu pomogły, po czym władował do samo-chodu dwa telewizory i zamrażarką, rozrzucając wokoło garście banknotów z wypchanej siatki na ptaki. Pozwoliłem mu dalej robić swoje, zadowolony, że wi-dzę, iż Stark czuje się spełniony. Zresztą w zaistniałej sytu-acji potrzebna była choć jedna osoba, która wykazałaby upodobanie do dóbr materialnych. Jak gdyby zgadzając się ze mną, życzliwy Starkowi tłum podążał w ślad za nim, sekundując mu, kiedy wyładowywał karawan odtwarzacza-mi wideo i sprzętem stereofonicznym. Ludzie w nastroju dobrodusznej ironii dawali mu pieniądze – jakiś mężczy-zna zdjął z ręki złoty zegarek i wcisnął go w rękę Starkowi, a pewna kobieta zapięła mu pod brodą swój naszyjnik pereł.
W całym Shepperton dochodziło do wymiany darów. Na niegdyś spokojnych, prowincjonalnych ulicach, zaatakowa-nych przez tropikalny las, rozstawiano kuchenne krzesła i stoły, a na nich zmywarki, butelki szkockiej whisky, srebr-ną zastawę i kamery filmowe – zaimprowizowane stoiska przypominały kramy w dzień wiejskiego święta. Kilka ro-dzin wyniosło na ulicę cały swój dobytek. Ludzie stali wśród własnych mebli z sypialni, rulonów wykładziny dywano-wej i stosów naczyń kuchennych, jak uszczęśliwieni emi-granci, gotowi porzucić miasteczko, by powrócić do pro-stego życia w okrążającej ich dżungli. Roześmiane gospo-dynie rozdawały ostatnie zapasy żywności, wciskając chleb, słoje rozmaitych smakołyków, świeże befsztyki i gicze wie-przowe w okna przejeżdżających samochodów i autobusów. Zdumieni tak powszechną hojnością, ostatni goście wy-jeżdżali z Shepperton przez kurczące się szczeliny w bam-busowej palisadzie przy moście Walton i wiodącej na lotni-sko drodze. Obładowani zdobyczą, oglądali się za siebie jak najeźdźcy, opuszczający miasto, które splądrowało samo siebie. Nawet zakłopotani kierowcy dwóch radiowozów po-licyjnych, które zabłąkały się na główną ulicę, wyjeżdżali obładowani prezentami. Na tylnych siedzeniach ich usia-nych płatkami kwiatów samochodów piętrzyły się, niczym skarby pochodzące z włamania, srebrne zastawy, sztućce, szkatułki z biżuterią i kasetki z pieniędzmi – rezultat owe-go zagadkowego święta darów.
Przyglądając im się z dumą, zrozumiałem, że chcę po-zostać wśród tych ludzi na zawsze.
25
SUKNIA ŚLUBNA
Znów byłem gotów latać.
Było już południe. Powietrze nie poruszało się, ale moją twarz owiewał dziwny wietrzyk. Skórę muskało mi tajem-ne tchnienie, jak gdyby wszystkie komórki mojego ciała czekały na końcu mikroskopijnego pasa startowego. Słoń-ce skryło się za moim nagim ciałem, oślepione tropikalną roślinnością, która dokonała inwazji na niepozorne, prowin-cjonalne miasteczko. Przystając, ludzie zaczęli szukać miej-sca na odpoczynek. Matki z niemowlętami porozsiadały się na urządzeniach gospodarstwa domowego w pasażu han-dlowym, dzieci przycupnęły na gałęziach figowca, a star-sze małżeństwa odpoczywały na tylnych siedzeniach po-rzuconych samochodów. Wytworzyła się atmosfera antrak-tu. Gdy szedłem na parking po drugiej stronie ulicy, prowa-dząc swoim śladem grupkę dzieci, byłem jedynym doro-słym w okolicy, który wciąż się przemieszczał. I nadal nikt nie zdawał sobie sprawy, że jestem komplet-nie nagi.
Wiedziałem, że wszyscy czekają na kolejny zwrot akcji w moim przedstawieniu. Mówiąc ich słowami, czekali, aż zacznę ich znowu „śnić”. Przechadzałem się pomiędzy od-poczywającymi rodzinami, które przed moim przybyciem nie wymyśliłyby nic bardziej ekscytującego niż filmowanie siebie samych nago we własnych ogrodach. Byłem dumny, że są gotowi powierzyć mi wszystkie rodzące się możliwo-ści ich życia. Rozdawszy zawartość spiżarni, wkrótce zgłod-nieją głodem, którego nie zaspokoją owoce mango i chle-bowce, zwieszające się w otoczeniu tropikalnego listowia. Nie wiedzieć czemu, ogarnęła mnie pewność, że gdy na-dejdzie czas, wykarmię ich własnym ciałem, oni zaś dadzą mi pożywać siebie.
Otoczony dziećmi, wspiąłem się na dach parkingu i pod-szedłem do betonowego parapetu. W oddali, za linią parku, skakały w rzece mieczniki, usiłując ściągnąć na siebie mój wzrok i dać mi sygnał, że powinienem rozpocząć już fazę snu. Wszystkie siły łaskawej Natury zdawały koncentro-wać się na mnie, gdy stałem nieruchomo ze słońcem u boku. Bambusowe gaje, rosnące u podnórza mostu oraz na dro-gach na lotnisko i do Londynu, stały się gęstsze. Uformo-wały się w ciężkie palisady, przed którymi musiały zatrzy-mywać się nadjeżdżające samochody. Pasażerowie wycho-dzili na zewnątrz, starając się nie zbliżać do kaktusów i kolczastych opuncji. Wiedziałem, że pozostało mi niewiele czasu. Za kilka godzin Stark zawiadomi stacje telewizyjne i nad Shepperton ściągną reporterzy, a z nimi botanicy, so-cjologowie i urzędowi psychiatrzy.
Ktoś wcisnął mi w dłoń jakiś niewielki przedmiot. Obok mnie stał chłopiec, który przyszedł tu za mną spod pomni-ka. Mrużąc oczy, przypatrywał mi się z uśmiechem. – Mam sprawić, żeby latał?
Kiedy chłopiec niecierpliwie przytaknął, uniosłem pla-stikowy model samolotu i powierzyłem go powietrzu. Lu-dzie musieli schylać głowy, gdy model raptownie skręcał pomiędzy kablami telefonicznymi, a potem pikował ku ziemi, by zmienić się w szarżującą jaskółkę, przemykającą ponad dachem poczty.
Dzieci siedzące za mną na dachu wydały radosny okrzyk, i w tej samej chwili kilku rozwrzeszczanych posiadaczy modeli samolotów wcisnęło mi je w ręce. Kopie myśliw-ców i bombowców spływały z moich palców, kiedy ciska-łem je na drugą stronę ulicy jak zbłąkane strzałki, które wznosiły się w dal w postaci czubatych jerzykó w, szpaków i pliszek.
Dzieci przebiegły z piskiem na drugą stronę dachu. Zo-stał tylko Jamie, stojąc nieśmiało w swoich klamrach orto-pedycznych z domowym modelem samolotu skrytym w dło-niach. David, który gestem próbował go przywołać, popa-trywał spod masywnego czoła zmartwionym wzrokiem w obawie, że ten amatorski wytwór nie zdoła sprostać prze-mianie w ptaka.
Czy tylko one, tylko te upośledzone dzieci wiedziały, że jestem nagi?
– Daj mi go, Jamie. Potrafię sprawić, żeby wszystko la-tało. Nie wierzysz?
Czyżby przyniósł mi kolejnego martwego ptaka? Gdy jednak rozłożył dłonie, zobaczyłem, że trzyma kawałeczek skrzydła cessny, nitowaną płytkę z tej części kadłuba, którą dzieci wciągnęły rankiem na plażę.
– Jamie! – Chciałem go szturchnąć w głowę, zły na upo-śledzonego chłopca za to, że bawił się ze mną w tę maka-bryczną grę, ale on czmychnął na skutych klamrami no-gach.
Gdzieś w dole, na ulicy, zabrzmiał ostrzegawczy krzyk, a potem wśród dzieci siedzących w gałęziach figowca roz-legła się fala chichotów.