Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Fabryka bezkresnych snów». Краткое содержание книги:

Fabryka bezkresnych snów to najlepsza powieść Ballarda; jedna z niewielu naprawdę kultowych książek. To bajeczna przypowieść o znaczeniu i potrzebie marzeń, magii i fantazji w naszym życiu. Przygody Blakea – bohatera książki- mogą być tylko urojeniami chorej wyobraźni, ale też mogły zdarzyć się naprawdę. To nasze życie to przecież mieszanina snów, jawy, fantazji i rzeczywistości. Marzenia są piękne. Sny bywają okrutne. Fantazja jest potrzebna każdemu z nas.
1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 51
Перейти на страницу:

Raz jeszcze, na drodze na lotnisko, w pobliżu północnej granicy Shepperton, gdzie zaledwie trzy dni wcześniej sam się uwięziłem, nadszedł znów czas, by odciąć miasteczko od zewnętrznego świata. Minęli mnie dwaj podstarzali stró-że, jadący na rowerach. Zaśmiali się dobrodusznie, widząc, że onanizuję się przy drodze, a słońce czeka cierpliwie na moim ramieniu, aż skończę. Kiedy się obejrzeli, w poprzek drogi pod moimi stopami wyrastał już gaj karłowatych palm o ząbkowanych liściach.

Gdy wróciłem nad rzekę, Shepperton powracało do ży-cia, a zasłony okienne rozsuwały się na jasny dzień i ogro-dowe dżungle, porastające podjazdy i dachy garaży. Dzieci w piżamach wychylały się przez okna, wydając radosne okrzyki i wiwatując na widok tęczowych chmur tropikal-nych ptaków. Przed wytwórnią filmową mleczarz zaparko-wał pełną butelek furgonetkę i pokazywał palcem olbrzy-mie paprocie oraz pnące palmy, rozciągające się na budyn-kach studia dźwiękowego. Z taksówki wysiadło trzech ak-torów, którzy przyglądali się przemianie, jak gdyby bez żad-nych prób mieli odegrać nową scenę w jakiejś amazońskiej superprodukcji, którą ich obłąkany producent wymyślił so-bie w nocy. Gdy przechodziłem obok, przyglądali się moje-mu nagiemu ciału i wysmarowanym spermą udom, sądząc najwyraźniej, że jest to odpowiedni kostium dla ich tropi-kalnej epopei.

Choć byłem niezmiernie zadowolony z poczynionych przygotowań do rozpoczynającego się dnia, wiedziałem; że to zaledwie początek. Przywróciłem do życia pierwotny las, ale wśród tropikalnych pnączy i za niesamowitym upierze-niem ptaków czekał na swoją kolej znacznie surowszy świat. Obserwowałem przechodzącego obok listonosza i przystro-jone w nocne koszule gospodynie domowe, które wyjmo-wały bukiety orchidei ze skrzynek na listy i uśmiechały się do tych przesyłek od nieznanego kochanka. Całe miasto stało się moją girlandą dla ich rozgrzanych nocą ciał. Ale był to tylko mój pierwszy dzień na stanowisku urzę-dującego bóstwa Shepperton, w roli pogańskiego bożka pro-wincji, którego opisała Miriam St. Cloud. Nasłuchiwałem krakania wielkich ptaszysk i zobaczyłem kondora, gramo-lącego się na dachu kliniki. Jego pazury chwytały dachów-ki, jak gdyby były to szyje ofiar drapieżnika. Ptak rzucił mi zmęczone spojrzenie, znudzony uroczystą atmosferą, i cze-kał, aż nadejdzie wreszcie właściwy moment. Odpędziłem gestem ciężarną łanię i wszedłem do chłod-nego jeszcze lasu. Ukląkłem na wilgotnej trawie pomiędzy rozświetlonymi drzewami – w uschłych niegdyś wiązach zaczynało krążyć wątłe życie, a przez ich martwą korę prze-bijały się pierwsze nowe pędy. Poczułem, że słońce kąpie moje nagie ciało, i ubóstwiłem sam siebie.

23

ZAKŁADAM SZKOŁĘ LATANIA

– Blake, urządziłeś nam cudowny dzień!-Pani St. Cloud stała w swoim ulubionym miejscu w oknie sypialni. Wska-zała palcem światło, które lało się z drzew okalających brzeg rzeki w Shepperton, elektryczny brzeg. – To wspaniałe… Zmieniłeś Shepperton w plan filmowy.

Leżałem w ciepłym, porannym powietrzu całą godzinę, a moim ciałem opiekowało się słońce. Ucieszyłem się na widok pani St. Cloud, tak podekscytowanej, jak przewod-niczka drużyny skautek na jakimś zlocie. Zatrzymała się u wezgłowia łóżka, niepewna, czy wolno jej wkroczyć w gra-nice otaczającej mnie aury. Była zadowolona i zarazem zdezorientowana, niczym matka przedwcześnie rozwinię-tego dziecka, którego zdolności mogły się rozpłynąć w kil-kunastu niespodziewanych kierunkach. Chciałem się popi-sywać, wyczarować dla niej z niczego wszelkie rodzaje nad-zwyczajnych skarbów. Choć nadal miałem niewielkie po-jęcie o prawdziwym zasięgu moich mocy, widziałem, że pani St. Cloud uważa je za oczywiste. Zaufanie, jakim mnie darzyła, było tym, czego potrzebowałem. Zastanawiałem się jak poszerzyć swoje królestwo, a nawet rzucić wyzwa-nie tym niewidzialnym siłom, które nadały mi moc. – Widziała pani Miriam dziś rano? – Bałem się, że Mi-riam mogła uciec z Shepperton, do Londynu i schronić się w komnatach jakiejś koleżanki po fachu, kiedy w tym ma-łym, nadrzecznym miasteczku będą rozgrywać się dziwne wydarzenia, a wśród pralek i używanych samochodów bę-dzie szalał jej pogański bożek.

– Miriam jest w klinice. Nie przejmuj się, Blake, wczo-raj wieczorem była zdenerwowana. – Pani St. Cloud mówi-ła o swojej córce jak o zbłąkanej małżonce, ogarniętej ja-kąś niedorzeczną gorączką religijną. – Ona cię wkrótce zro-zumie. Ja już cię rozumiem. Ojciec Wingate też. – Wiem. To bardzo ważne. – Pomachałem ludziom sto-jącym na brzegu od strony Walton, ponieważ pokonali pod-mokłą łąkę, żeby na własne oczy zobaczyć przemianę Shep-perton. – Zrobiłem to wszystko dla niej. I dla pani. – Oczywiście, Blake. – Pani St. Cloud ścisnęła mnie za ramiona, chcąc dodać mi otuchy.

Dotyk jej silnych palców na mojej skórze sprawił mi przy-jemność. Zaczynałem już zapominać, że leżeliśmy razem na tym łóżku, gdy odbywały się moje zastępcze narodziny. Cieszyłem się, że pani St. Cloud, podobnie jak inni, nie za-uważyła mojej nagości.

Z wody wyskoczył miecznik. Jego biały miecz przebił powietrze w salucie na moją cześć. Rzeka była pełna ryb, jak oceanarium o nadmiernie rozrośniętym inwentarzu. Nie zwracając uwagi na delfiny, morświny oraz ławice wiel-kich karpi i łososi, ojciec Wingate siedział na płóciennym krzesełku wśród sprzę-tu do poszukiwania skamielin i stadka ciekawskich pingwi-nów. Pogrążony w pracy, przesiewał mokry piach. Razem z nim na plażę przyszły upośledzone dzieci, które wyciągały teraz na brzeg kawałek skrzydła cessny, wyrzuconego w nocy na płyciznę.

Wszyscy pracowali, jak gdyby zaraz miał się skończyć czas. Przyszło mi do głowy, że zawsze, gdy się budziłem, zastawałem członków mojej „Rodziny” na swoich pierwot-nych miejscach, jak większość aktorów, ustawiających się do kolejnego ujęcia w ich imitacji rzeczywistości. Nawet Stark, rozebrany do kąpielówek, pracował na zrujnowanym pomoście wesołego miasteczka. Poluzował cumy swojej łodzi z włókiem, gotów wypłynąć zardzewiałym pontonem nad zatopioną cessnę. Dźwig oplatały grube liany, pokry-wające też diabelskie koło. Stark z maczetą w dłoni ciął pnącza, odstraszając ostrzem obserwujące go fulmary. Zaniepokojony tą harówką, ująłem pod ramię panią St. Cloud, która uspokajająco przygarnęła mnie do piersi. – Powiedz mi, Blake… Co dzisiaj dla nas wyśnisz?

– Ja nie śnię.

– Wiem… – Uśmiechnęła się na myśl o swojej niezdar-ności, uradowana uczuciem, jakie dla mnie żywiła. – To my śnimy, wiem o tym. Ty nam tylko pokazujesz, jak się obudzić. – Kiedy za oknem przeleciała szkarłatna ara, pani St. Cloud powiedziała z absolutną powagą: – Blake, a może założyłbyś tu szkołę latania? Nauczyłbyś latać wszystkich mieszkańców Shepperton. Jeśli chcesz, pomówię na ten te-mat z ludźmi na brzegu.

1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 51
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)