Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Fabryka bezkresnych snów». Краткое содержание книги:

Fabryka bezkresnych snów to najlepsza powieść Ballarda; jedna z niewielu naprawdę kultowych książek. To bajeczna przypowieść o znaczeniu i potrzebie marzeń, magii i fantazji w naszym życiu. Przygody Blakea – bohatera książki- mogą być tylko urojeniami chorej wyobraźni, ale też mogły zdarzyć się naprawdę. To nasze życie to przecież mieszanina snów, jawy, fantazji i rzeczywistości. Marzenia są piękne. Sny bywają okrutne. Fantazja jest potrzebna każdemu z nas.
1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 51
Перейти на страницу:

Delikatnie podźwignąłem Miriam i wzbiliśmy się w nie-bo. Zawiśliśmy na chwilę nad parkingiem, czekając, by uspokoił się tren. Słońce rozpromieniało draperie sukni, któ-re przypominały rozświetlone skrzydła, niosące nas w po-wietrzu. Z oddali, mrużąc oczy, przyglądały się nam upo-śledzone dzieci. Na przemian zaciskały i rozprostowywały swoje małe rączki, próbując ocenić odległość dzielącą nas od ziemi. Na ulicach kilkusetosobowy tłum pokazywał gwał-townymi gestami, że powinniśmy wracać. Widzowie bali się, że zanadto zbliżymy się do słońca.

Spojrzałem na nich z góry, rozpoznając wielu znajomych z miasteczka, przesłoniętych teraz lekką mgiełką, jak gdy-by stali na dnie szklanego jeziora. Moim prawdziwym kró-lestwem było jasne powietrze, wspólnota czasu i przestrze-ni, w której dzieliliśmy się ciałami z każdym fotonem. Ho-lując za sobą Miriam, wzbiłem się wyżej, na czysty niebo-skłon, by zabrać ją na wycieczkę po moim dominium. Jak gdyby stojąc w wagoniku niewidzialnego statku po-wietrznego, lecieliśmy ramię przy ramieniu ponad dacha-mi tego miasta, wśród dżungli -jaw strzępach kombinezo-nu lotniczego, Miriam w przepysznej sukni ślubnej. Miała otwarte oczy, choć sprawiała wrażenie uśpionej, ponieważ wpatrywała się we mnie jak rozradowana dziewczynka, przejęta dziwnym snem, w którym dane było jej przez chwilę oglądać pierwszą miłość. Miała zimne dłonie i poczułem, że chyba umarła, jej ciało spoczywa gdzieś daleko w dole, na ulicy, a ja odlatuję w dal z jej duszą.

Poszybowaliśmy nad wytwórnię, gdzie na trawiastych pasach startowych stały stare dwupłatowce. Tam zawróci-liśmy, obierając trajektorię, którą nadleciał nad Shepperton mój samolot. Resztę świata, czyli miasteczka w dolinie Ta-mizy, płynącą zakolami rzekę i widoczne w oddali ruchli-we autostrady, spowijało intensywne światło. Przelecieli-śmy nad pasażem handlowym, supermarketem i budynkiem poczty, potem nad parkiem i wiązami, aż dotarliśmy na pla-żę, w pobliżu której zatonęła cessna i gdzie zbudziłem się do swego drugiego życia.

Krążyliśmy nad wodą, a suknia Miriam wyglądała jak duch zatopionego samolotu. Obróciłem ją twarzą do mnie, ponieważ poczułem, że muszę wziąć ją w ramiona. Położy-ła ręce na moich poobijanych żebrach, nawet we śnie pró-bując złagodzić mój ból. Kiedy przyciągnąłem ją do piersi, wokół nas zadrżała aureola światła. Przycisnąłem Miriam do siebie i poczułem dreszcze na jej skórze. Jej twarz do-tknęła mojej, a wargi kobiety wbiły się w moje pokaleczo-ne usta.

Nasze uśmiechy połączyły się z sobą bez bólu. Chłodna skóra Miriam przeniknęła moją, przędza jej nerwów rozla-ła się rtęcią w moich nerwach, a fale jej tętnic zalewały ciepłem i uczuciem najdalsze zakamarki mojego ciała. Po-łączyła się ze mną, gdy się objęliśmy, jej żebra rozpuściły się w moich żebrach, jej ramiona stopiły się z moimi ra-mionami, a jej nogi i brzuch zniknęły w moim ciele. Po-chwa Miriam zacisnęła się na moim członku. Czułem w ustach jej język, czułem, że zębami chwyta moje zęby. Na-sze oczy połączyły się, a źrenice zespoliły się z sobą. Za-mglił się nam wzrok – chimeropodobna istota wyszlifowa-nymi jak ścianki brylantu oczami widziała tylko zwielo-krotnione obrazy.

Ale po chwili ujrzałem wszystko dokoła dwukrotnie sil-niejszym wzrokiem, patrzyłem bowiem zarówno swoimi, jak i jej oczami. W obu naszych głowach czułem nerwowe zawroty oraz zaufanie i miłość Miriam do mnie. Wszystkie kwiaty i liście w parku lśniły teraz jeszcze bardziej przeraź-liwą jasnością, przypominając las z podświetlonego szkła, wykonany przez mistrza jubilerskiego.

Szukałem jej w powietrzu, ale Miriam zniknęła, ulatu-jąc setkami drzwi mojego ciała. To ja byłem teraz ubrany w suknią ślubną. Czułem ciężar jej wielkiego trenu i draperii tiulowych, podobnych do skrzydeł cessny. Zwróciłem się tyłem do rzeki i poleciałem nad parkiem do centrum Shep-perton. Zawisłem tam nad dachem parkingu, wypełniając suknią rozjarzone słońcem powietrze i demonstrując mil-czącym ludziom na dole naszą jedność chimery. Kiedy przysiadłem na betonowym dachu, podbiegli do mnie David i Jamie. Chwycili drżący tren, żeby zatrzymać mnie na dachu niczym dziwny samolot, który zabłąkał się w przestrzeń powietrzną Shepperton. Stanąłem na krawę-dzi, pozwoliłem skrzydłom opaść i pomachałem uspokaja-jąco zebranym w dole tłumom. Wydawało mi się, że ich twarze powleka otępienie, jak gdyby nie potrafili pojąć tego, co widzą. Nawet ojciec Wingate, wachlujący się słomko-wym kapeluszem, był chyba zadziwiony, jakby rozdarty mię-dzy niewiarą a wiarą. Drogą błądziła pani St. Cloud, prze-patrując powietrze nad głową. Nie wiedzieć jak, niebo za-podziało gdzieś jej córkę.

Poczułem, że teraz jestem silniejszy, i upewniłem się, że nie tylko żyję, lecz nasyciłem się energią ducha i ciała Mi-riam. Miałem ochotę zatrzymać ją w sobie, jak księżniczkę zamkniętą we wściekłym zamczysku mojej duszy. Już się za nią stęskniłem. Wiedząc, że wokół są inni, których mogłem wchłonąć, by karmić się ich duchami, wkroczyłem na środek dachu. Rozpostarłem ramiona i wy-puściłem Miriam na rozslonecznione powietrze. Cofnęła się, unosząc z sobą suknię. Jej twarz kryła bla-dość głębokiego transu i głębokiego snu mojego ciała. Wi-dząc, że Miriam materializuje się, Jamie i David podbiegli, by ją powitać, a Rachel pomknęła za nimi z niewidomym uśmiechem na ustach. Dzieci wzięły ją za ręce. W dole eme-rytowany żołnierz zaczął wiwatować i wymachiwać laską. Jego głos chyba wszystkich obudził. Ludzie pospiesznie zsuwali się z dachów aut i zaczynali rozmawiać między sobą, zrozumiawszy, że pokaz latania dobiegł nareszcie końca. Przy schodach Miriam rzuciła mi przez ramię spojrze-nie, jak gdyby widziała mnie po raz pierwszy od początku naszego wspólnego lotu. Uśmiechnęła się i zrozumiałem, że uznaje moją władzę w powietrzu. Wciąż była blada, jak gdyby jej ciało umierało po trochu, opuszczając miastecz-ko.

Byłem pewien, że dzięki niej i dążącym ku niebu du-chom mieszkańców Shepperton będę mógł wreszcie stąd uciec.

27

POWIETRZE PEŁNE DZIECI

– Czy my też umiemy latać, Blake?

– Naucz nas latać…

Kiedy wyszedłem z parkingu, otoczyły mnie grupki dzie-ci. Opędzałem się od nich żartobliwie i popatrywałem z nie-jaką dumą na usiane kwiatami fasady sklepów i supermar-ketów. Po wielu dniach wyczerpania poczułem się odmie-niony i odzyskałem pewność siebie. Nie tylko mogłem znów latać, lecz wchłonąłem także ciało Miriam. Niczym wielki ptak, kopulowałem i odżywiałem się w powietrzu. Czy mógłbym karmić się mieszkańcami miasteczka i wykorzy-stać ich oczy, języki, umysły i seks, by skonstruować latają-cą machinę, która mnie stąd uniesie? Nabrałem niemal pew-ności, że moje moce nie posiadają granic i że potrafię do-konać wszystkiego, na co zdobędzie się moja wyobraźnia. Dzieci wlokły się z tyłu, kłócąc się między sobą, a ja przystanąłem w pasażu handlowym wśród telewizorów i mebli do sypialni. U moich stóp zatrzepotało stadko wró-bli, goniących okruch chlebowca. Wszędzie dokoła ptaki znów wzbijały się w powietrze.

– David! Jamie! – Postanowiłem ich zabawić. – Patrzcie wszyscy na mnie!

Wróble podfruwały wśród banknotów, a ja chwytałem je w dłonie gestem magika. Ptaki zlewały się szybko z moim ciałem i czułem w przegubach trzepotanie ich maleńkich serc jak szmer nerwowych pulsów. Dzieci przyglądały mi się z otwartymi ustami, gdy pstryknąłem palcami, wypusz-czając z nich oszołomionego wróbla samca. Wygładzał zgniecione piórka po napaści młodego sokółą, który sie-dział na pobliskim samochodzie. Klasnąłem w dłonie, przy-ciągając uwagę ciężkiego ptaka, i poczułem w łokciach jego oporne szpony, a w plecach potężne skrzydła. Zadziwione tymi rzekomymi sztuczkami, dzieci zaczęły piszczeć z radości i zakłopotania. Jamie pohukiwał pod nie-bo, ostrzegając je, że jestem zdolny do wszystkiego. Tylko David zdawał się nie być mnie pewien. W progu supermar-ketu zamruczał coś do Rachel, jak gdyby nie wiedział, do czego to wszystko prowadzi. Aleja przez następną godzinę przechadzałem się po moim rewirze niczym prestidigitator, oklaskiwany przez tłum widzów. Pochłonąłem kilkanaście ptaków, które schwytałem w powietrzu i przepuściłem przez drzwi zapadkowe swoich dłoni.

1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 51
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)