Fabryka bezkresnych snów
- Автор: Баллард Джеймс Грэм
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Fabryka bezkresnych snów». Краткое содержание книги:
Wkrótce wzbiliśmy się już milę nad Shepperton, tropi-kalne miasteczko, otoczone palisadą bambusowego lasu i przypominające jakby enklawę Amazonii, przeniesioną w spokojną dolinę Tamizy. Ulice opustoszały, towarzyszyli mi wszyscy, wyjąwszy starców z oddziału geriatrycznego i członków mojej rodziny. Ojciec Wingate stał na plaży wśród swoich znalezisk archeologicznych i wymachiwał słomko-wym kapeluszem, by dodać mi odwagi. Zachwycona pani St. Cloud obserwowała mnie z okna sypialni, nie wierząc wciąż własnym oczom. Stark wysiadł z karawanu i rozwi-nął baldachim lotni, jakby miał ochotę przyłączyć się do nas. Nawet Miriam, moja podniebna oblubienica, ubrana wciąż w suknię ślubną, stała na trawniku wśród niecierpli-wych pelikanów, czekając, aż zstąpię z powietrza, by oca-lić ją przed tymi ptasimi zalotnikami.
Zatrzymałem procesję dokładnie nad kościołem i odcze-kałem, aż wszyscy zajmą odpowiednie miejsca. Całe Shep-perton leciało za mną z rozpostartymi ramionami, jak para-fianie, gotowi modlić się w katedrze mojego powietrznego jestestwa. Ich twarze były pozbawione wyrazu i pogrążone w transie przebudzenia. Chłodne powietrze szeleściło spód-niczkami dziewcząt i mierzwiło chłopcom włosy. Ich ro-dzice przyglądali się mojej lśniącej postaci, jak gdyby po raz pierwszy dostrzegając we mnie samych siebie. Najbliżej mnie unosiła się dziesięcioletnia dziewczyn-ka, która pierwsza dołączyła do mnie w powietrzu, ściska-jąc wciąż w ręce cukierek. Wziąłem ją za przeguby dłoni i przyciągnąłem do siebie, delikatnie ujmując dziecko w ra-miona.
– Saro, kochanie… Zbudź się.
Czekałem, aż dziewczynka wypuści z płuc powietrze, stanowczo wstrzymywała bowiem oddech ze strachu, by nie poślizgnąć się nagle i nie roztrzaskać na śmierć gdzieś na pustej ulicy.
Po chwili, w przypływie zaufania, chwyciła mnie za ręce i przytuliła się niecierpliwie, a ja przycisnąłem ją do swoje-go nagiego ciała. Chłodne powietrze pędziło wściekle mię-dzy nami, otwierając setki ujść prowadzących w dół, ku śmierci. Ale słońce zlepiło nasze skóry i wchłonąłem dziewczynkę w siebie. Poczułem, jak jej serce tłucze się raptownie w moim sercu, a jej płuca pulsują pod wielkimi kopułami moich płuc. Czułem jej szczupłe ramiona, kierujące moimi ruchami, kiedy wyciągnąłem race w roz-jarzonym powietrzu, by objąć także młodszego brata dziew-czynki.
– Stephen… Chodź tutaj. – Z mojego gardła wydobył się jej głos.
Chłopiec zawahał się, a w jego okrągłej twarzy odbiło się słońce jak w lustrze. Rzucił się w moją pierś, jak gdyby wskakiwał do ciepłego basenu. Wcisnął głowę w mój mo-stek, badając dłońmi moje biodra i brzuch w poszukiwaniu wrót, prowadzących do wnętrza mojego ciała. Uspokoiłem go i przyjąłem w siebie, połykając usta, chłodne wargi i słodki język chłopca, bo pozwaliłem mu wejść w moje cia-ło i przeniknąć je na wylot.
Poczułem się silniejszy i wzmocniony tymi małymi du-chami, ruszyłem więc wśród uczestników procesji, wzywa-jąc ku sobie gestami setki mężczyzn i kobiet, zastygłych z rozpostartymi szeroko ramionami w płynącym powietrzu. – Emily… Amanda… Bobby… – przygarnąłem szybko pozostałe dzieci, które podążały za mną przez cały dzień, wchłaniając ich wąskie biodra swoimi biodrami. Ich rodzi-ce przyglądali mi się z niepokojem, wypuściłem więc dzie-ci ze swojego ciała, dzieląc się na części, niczym łagodny potwór morski, wypluwający rybki, które zagnieździły mu się w paszczy. Dzieci zawisły wokół mnie w powietrzu, wy-machując rękami i uśmiechając się, kiedy kolejno znów przyjmowałem je w siebie.
Lecąc dalej, dotknąłem ramion młodej matki, której syn-ka wchłonąłem. Jej silne ciało chwyciło mnie w gwałtow-nym niemal uścisku. Czułem jej długie uda, mocne biodra i ostre ukąszenia w moich ustach. Kości kobiety splotły się z kośćmi jej syna w otchłani mojego szpiku. Jak hipnotyzer wśród śpiącej publiczności, przygarną-łem resztę mieszkańców miasteczka – starców, staruszki, mężów, żony, policjanta i emerytowanego żołnierza, ciała ohydne i szczupłe, niezgrabne i pełne wdzięku. Kiedy trzy-mali mnie za ręce, spostrzegłem w ich oczach zaufanie i dumę z mojej osoby. Wchłonąłem ostatniego z nich, mło-dego aktora z wytwórni, ubranego w staromodny strój lot-niczy. Objął mnie radośnie, wchodząc w moje ciało niczym kochanek.
Zostawszy na niebie sam, poruszałem się w powietrzu olbrzymimi krokami. Stałem się archanielskim stworzeniem o olbrzymiej mocy, na tyle wreszcie silnym, żeby stąd uciec. Daleko w dole widziałem tysiące zagubionych ptaków, sku-lonych przy ziemi na pozbawionych powietrza ulicach – machały bezradnie skrzydłami pośród rozrzuconych wokół banknotów.
Krążyłem nad autostradą, gotów wylądować na pobli-skich polach i porzucić moich pasażerów – chciałem wysa-dzić ich wszystkich na oczach zdumionych rolników w zbo-żu, sięgającym już bioder dorosłego człowieka. Ale kiedy pędziłem dalej, na północ, pewien dziwny czynnik sprawił, że zwróciłem się przeciwko samemu so-bie. Wiatr pokładał się na mnie swoim wielkim grzbietem, wszystkie tkanki, nerwy i krwinki mojego ciała trzymały mnie w uścisku, a wchłonięci ludzie ciągnęli mnie za serce, przymocowane do sznureczków ich uczuć. Tysiące ludz-kich potrzeb i roszczeń wierności utworzyło jakby olbrzy-mi wał, wokół którego pędziliśmy w niewidzialnym kręgu. Uniesiony nad centrum Shepperton, znalazłem się znów nad opustoszałymi ulicami. Zmęczony, zawisłem w bezru-chu pomiędzy dwiema miękkimi poduchami łagodnych chmur. Ziemia pode mną oddalała się. Niebo pojaśniało, kiedy szybowaliśmy w chłodnym powietrzu. Czułem, że mieszkańcy spoczywają beztrosko w moim wnętrzu, jak śpiący pasażerowie we wzbijającym się coraz wyżej wago-niku, napędzanym jakimś głębokim, wznoszącym się w górę snem. Unosili mnie ku słońcu, pragnąc zagubić się w ko-munii światła.
Podjąłem rozpaczliwą próbę ucieczki, by nie zginąć w ogniu. Szarpnąłem się i zacząłem pikować w kierunku mo-stu Walton niczym oszalały oblatywacz samolotowy, ale i tym razem powstrzymali mnie pasażerowie, musiałem więc wrócić po łuku do punktu wyjścia. Rozzłoszczony, skręci-łem raptownie, by oddalić się od powietrznej masy. Uda-wałem, że chcę się wznieść ku słońcu, a potem runąłem w wyludniony pasaż, gotów roztrzaskać wszystkich o ozdob-ne kafle i rozrzucić szczątki naszych trupów pośród sprzę-tów gospodarstwa domowego i mebli.
Ziemia zbliżała się do nas w powietrznym pędzie. W ostatniej chwili poczułem wewnątrz umacniającą się znów ludzką miłość i czyjąś ciepłą dłoń, która skierowała mnie bezpiecznie ponad dach parkingu. Wypuszczając z siebie mieszkańców Shepperton jeszcze w powietrzu, porzuciłem wszelkie próby ucieczki i bez tchu zatrzymałem swój ogrom-ny pociąg tuż przed supermarketem.
Gdy wszyscy radośnie zstępowali z powietrza, ja wspar-łem się bezradnie o jakiś samochód, niczym obłąkany ma-szynista diabelskiej kolejki, który postanowił w tajemnicy roztrzaskać pasażerów, ale którego ukoiło jakieś życzliwe dziecko. Cała zdyszana populacja Shepperton lądowała wokół mnie z przeraźliwie krzyczącymi dziećmi na czele. Stary żołnierz chwiał się niepewnie na nogach, grożąc z wyrzutem niebu niewłaściwym końcem swojej laski. Go-spodynie domowe, którym kręciło się w głowach, obciąga-ły spódnice, a młodzi mężczyźni przygładzali włosy. Miej-scowy policjant, zdyszany, ale o zaróżowionych policzkach, siedział w fotelu przed sklepem meblowym. Wszędzie do-koła ludzie pokazywali sobie niebo, którego wysokie skle-pienie przecinały wstęgi pary, jakie zostawialiśmy za sobą w górze – przypominały skomplikowaną „kocią kołyskę”, która zszywała powietrze wedle choreografii archanielskie-go baletu. Widziałem wyraźnie, że łukowate smugi, zna-czące moje bezskuteczne usiłowania ucieczki, rozpływają się w niespokojnym powietrzu nad mostem Walton i wy-twórnią filmów.