Fabryka bezkresnych snów
- Автор: Баллард Джеймс Грэм
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Fabryka bezkresnych snów». Краткое содержание книги:
Choć odczuwałem złość, wiedziałem, że jestem związa-ny z tym miasteczkiem, ponieważ potrzebują mnie jego mieszkańcy, którzy coraz powszechniej uznawali, że otwo-rzyłem im drzwi do prawdziwego świata, i ponieważ ogra-nicza mnie skończony wszechświat mojej własnej jaźni. Lecz kiedy przyglądałem się tym szczęśliwym, uśmiech-niętym ludziom o dźwięczącej skórze, którzy machali do mnie, jak przedtem, kiedy szybowałem wysoko nad mia-stem, zrozumiałem, że jeśli chcę odzyskać wolność, muszę najpierw uciec od nich – uciec od ich opieki i czułości. Mieszkańcy rozchodzili się po milczących ulicach, za-chęcając przestraszone ptaki pod ich stopami, żeby znów zerwały się do lotu. Mijając mnie, uśmiechali się nieśmiało ze słodyczą kochanków, znających najintymniejsze miej-sca mojego ciała. Ich wychłodzona skóra tworzyła koryta-rze zimna w wilgotnym powietrzu tego popołudnia. Nie było ich jednak tylu, co przed lotem. Dwie matki, którym wiatr owiewał twarze, przeszukiwały opustoszały już pasaż, zerkając co jakiś czas w niebo, jak gdyby ich dzieci ciągle tam krążyły.
– Saro, zejdź na dół, kochanie…
– Bobby, teraz kolej na ptaki…
Przeszedłem obok nich, nagi pod szczątkami kombine-zonu. Czułem w sobie ciała dziesięcioletniej Sary, jej bra-ciszka i młodego chłopca. Zazdrosny o wolność tych troj-ga, nie wypuściłem ich, kiedy wylądowaliśmy. Potrzebo-wałem młodych ciał i dusz, by napełniły mnie siłą. Odtąd już zawsze miały się bawić w moim wnętrzu i biegać po ciemnych łąkach mojego serca. Nadal nic nie jadłem, choć mijał czwarty dzień, odkąd przybyłem do Shepperton, lecz kiedy skosztowałem ciał tych dzieci, zrozumiałem, że to one są moim pożywieniem.
28
Słońce rozpalało niebo żywym ogniem. Wspiąłem się na najwyższy taras parkingu i spojrzałem na dachy Shep-perton. Barwne lasy na dole roiły się tysiącami ptaków, zmie-niających to szare miasteczko w tropikalny raj, który z taką łatwością wyczarowałem z myśli. Widziałem jednak nad głową rozpływającą się sygnaturę, jak gdyby jakiś zgrzy-biały pismak zaznaczył w ten sposób na niebie moją bez-skuteczną próbę ucieczki. Ktokolwiek zostawił mnie tu w odosobnieniu, uczynił mnie zarazem konsulem tej wyspy, nadał mi moc latania i przyjmowania postaci wszelkich stworzeń, a także moc wyczarowywania kwiatów i ptaków z czubków moich palców. Wiedziałem już jednak, jak nikłe są to moce. Czułem się tak, jak gdyby ktoś lekceważąco skazał mnie na wygnanie do nieznanego, odległego portu nad Morzem Czarnym i nadał mi prawo zmuszania kamie-ni na plaży, żeby dla mnie śpiewały.
Czy chodziło o to, że miałem się po prostu bawić? Pa-trzyłem, jak nieszczęśliwe matki odchodzą w dal późnego popołudnia. Jedna z nich przystanęła, by porozmawiać z pawiami, siedzącymi na portyku banku. Pytała, czy widzia-ły jej synka i córkę, bawiących się wśród chmur, aleja sły-szałem słabe głosy dzieci tej kobiety w moich kościach. Ostatni mieszkańcy wrócili już do domów porośniętymi dżunglą ulicami. Nikt nie zauważył, że byłem nagi, sądząc widocznie, że jako pogański bożek ich prowincjonalnego miasta, urzędujące bóstwo odbiorników telewizyjnych i sprzętów kuchennych, nie będę ubrany w nic więcej oprócz kostiumu skóry.
Pod moimi nogami leżało splamione spermą ubranie – pozostałość po jakimś zmarłym księdzu, którą musiały tu przynieść upośledzone dzieci, kiedy zabrałem mieszkańców miasteczka na powietrzną wycieczkę. Spojrzawszy na ubra-nie, wiedziałem, że już nigdy więcej go nie włożę. Kopnia-kiem strąciłem spodnie i marynarkę za skraj tarasu, na uli-cę, postanowiwszy, że od tej pory będę chodził nago, poka-zując tym ludziom swoje ciało, dopóki nareszcie go nie roz-poznają.
To skóra zapewniała mi moc. Im dłużej wystawiałem ją na działanie powietrza i nieba, tym bardziej rosły moje na-dzieje, że przekabacę je na swoją stronę. Gniewało mnie, że zostałem uwięziony w miasteczku. Wcześniej czy póź-niej będę musiał rzucić wyzwanie niewidzialnym siłom, które skazały mnie na wygnanie w Shepperton, i zmierzyć zasoby mojej obłąkanej wyobraźni z ich fantazją. Marzyłem już, żeby rozciągnąć swoją skromną władzę na świat leżący dalej, na pozostałe miasta w dolinie Tami-zy, a nawet na sam Londyn. Witałem już niemal kamery telewizyjne i reporterów prasowych. Tropikalny zmierzch kąpał mi skórę w zielonozłotym świetle, jak gdyby namasz-czając ją dziwnymi żądzami. Ulice rozświetlały pióra sie-dzących na dachach domów szkarłatnych ibisów, które przy-pominały egzotyczne latarnie, oświetlające mi drogę. Po-budzony wolą walki, gładziłem się po posiniaczonych że-brach. Postanowiłem w pełni wykorzystać swoje moce – w razie konieczności nawet na najokrutniejsze i perwersyjne sposoby, bo wówczas natrafiłbym, być może, na jakieś nie-odkryte jeszcze zdolności, dzięki którym zdołałbym się uwolnić.
Przechadzałem się w zapadającym zmroku po dachu par-kingu, tej betonowej rampie, z której po raz pierwszy wzbi-łem się w powietrze. Postanowiłem nie wracać do rezyden-cji St. Cloudów, czyniąc swoim domem ów labirynt pochy-lonych skośnie kondygnacji.
Pomimo woli zwycięstwa wiedziałem, że mój czas do-biega już chyba końca, i przypomniałem sobie ostrzegaw-cze wizje holocaustu. Nie zważając na gniew, chciałem za wszelką cenę ocalić tych, którzy przedtem uratowali mnie, a nade wszystko Miriam St. Cloud. Żałowałem, że nie ma jej tu ze mną. Myślałem o jej uśmiechu, zapachu, obtartych piętach i połamanych paznokciach – o nieskończonym in-wentarzu podniet i możliwości. W pewnym sensie klucz do mojej ucieczki krył się wśród pospolitego żywota miesz-kańców Shepperton. Już przekształciłem ich życie, podwa-żyłem pojęcie małżeństwa i rodzicielstwa, zmysł oszczęd-ności i dumę z dobrze wykonanej pracy. Musiałem jednak iść dalej, by podkopać zaufanie między małżonkami, ojca-mi i synami. Chciałem, żeby przekroczyli granice dzielące dzieci i ojców, gatunki i królestwa biologiczne, świat oży-wiony i nieożywiony. Chciałem zniszczyć bariery dzielące matki od synów i ojców od córek.
Przypomniałem sobie moją dziwaczną próbę uduszenia pani St. Cloud, niezwykły sposób, w jaki usiłowałem zgwał-cić niewidomą dziewczynkę, i nieprzytomną młodą kobie-tę, której omal nie zamordowałem w jej własnym mieszka-niu w pobliżu lotniska w Londynie. Tamte zbrodnie i żądze stanowiły pierwsze zapowiedzi tych łagodnych sił, które ujawniły mi się w Shepperton. Gdy będąc uczniem, kopu-lowałem z ziemią, gdy próbowałem ożywić później trupa i kiedy zawładnęła mną obsesja Szczurołapa, marzącego o jakimś niedalekim raju dla dzieci, przeczuwałem widocz-nie swoje moce, którymi teraz mogłem się podzielić z miesz-kańcami tego spokojnego miasteczka.
Rozmyślając o pani St. Cloud, mojej adoptowanej mat-ce, z którą dzieliłem łoże, dotknąłem swoich rozbitych ust. Zapragnąłem nagle, by wszyscy w Shepperton zespolili się z sobą, żeby matki kopulowały z synami, a ojcowie z cór-kami, i aby wszyscy połączyli się w zamtuzie mojego ciała, jak czynili to z radością podczas lotu.
Ale nade wszystko chciałem być wielbiony, by czerpać siły z czci mieszkańców i uciec z tego miasta. Chciałem, żeby czcili mój oddech i mój pot, powietrze, które choć przez chwilę dotykało mojej skóry, moje nasienie i mocz, odciski moich stóp na ziemi, rany na moich ustach i piersi. Chciałem, by wszyscy po kolei kładli na mnie dłonie, wte-dy bowiem dowiedziałbym się, kto mnie reanimował. Chcia-łem, żeby przyprowadzili swoje dzieci do mego labiryntu i żeby oddali mi swoje żony i matki.
Przypomniawszy sobie słowa ojca Wingate, byłem teraz pewien, że grzech na tym świecie jest metaforą cnoty w innej rzeczywistości, i że uda mi się stąd uciec tylko po-przez najbardziej ekstremalną z owych metafor.